Tomasz Błeszyński - od 2007 r. bloguje na Money.pl
 Oceń wpis
   
Kredyty hipoteczne są od lat jedynym w miarę skutecznie działającym instrumentem „wspierania” mieszkalnictwa w Polsce. Zapotrzebowanie na własne „M” stale utrzymuje się na wysokim poziomie, ceny nieruchomości zależności od koniunktury, politycznej, ekonomicznej albo szybują niebotycznie w górę lub z hukiem spadają w dół, ale i tak dla przeciętnego Polaka zakup mieszkania pozostaje niedościgłym marzeniem.
Sektor bankowy sprytnie i za razem bezwzględnie wykorzystuje taką sytuację, produkuje, co raz to nowe podobno najlepsze kredyty i bez oporów wciska je klientom. W ten sposób z jednej strony „pomaga” sfinansować zakup upragnionego mieszkania a z drugiej strony uzależnia, na co raz to dłuższy okres kredytowana, biorącego kredyt, pozostawiając mu tylko jedno-płacić i siedzieć cicho.
 Nie od dzisiaj wiadomo, że bank jest zawsze w komfortowej sytuacji. Zanim łaskawie da upragniony kredyt wyceni po swojemu wartość np. mieszkania, obniżając przy tym argumentując jak zawsze ewentualnym ryzykiem. Jak już przyjdzie czas na zawarcie umowy kredytowej to jest ona zazwyczaj jednostronna, najeżona pułapkami i kruczkami prawnymi. Roi się w niej czasem od tzw. klauzul niedozwolonych, których w relacjach bank-konsument być nie powinno. Są, co prawda uregulowania ustawowe chroniące konsumenta, ale przeciętny śmiertelnik nie odważy się walczyć o swoje nie mając przecież innego wyjścia na sfinansowanie zakupu mieszkania.
Banki lobbują i na tym wygrywają, trzymają w ekonomicznej pętli wszystkich, oprocentowanie kredytów, co prawda zmienia się, ale korzyści z tego zawsze płyną tylko w jedna stronę. Klienci są nieustannie poddawani różnego rodzaju zabiegom speców od marketingu. Promocja, goni promocję, ale w efekcie końcowym i tak płacą za wszystko kredytobiorcy.
Instytucje finansowe były współautorami wywołania na polskim rynku nieruchomości tzw. banki cenowej, na której skorzystały również firmy deweloperskie i producenci materiałów budowlanych. Już od 2006 roku nakręcano sztucznie koniunkturę, ceny nowych mieszkań drożały z miesiąca na miesiąc, podaż była celowo ograniczana, szaleńczo rósł popyt, banki oferowały promocyjne kredyty.
Na rynku usług finansowych prosperują całkiem nie źle duże firmy doradztwa finansowego. Zarabiają, na kim się da by jeszcze uszczkną coś dla siebie z tej transakcji. Wykorzystują one bardzo często nisze powstałe w wyniku niekompetencji pracowników banku i bezradności klientów. Są przez to bardzo skuteczni i rozwijają się na tym i tak już drogim rynku finansowym.   
Żniwa nie trwają jednak wiecznie i już od jesieni 2007 rozpoczął się proces stabilizacji rynku. Bankowcy wystraszali się krachem hipotecznym w USA i jego europejskimi następstwami. Zaostrzono procedury obliczania zdolności kredytowej, zwiększono zakres ryzyka no i oczywiście podniesiono oprocentowanie kredytów hipotecznych. Na rynku nieruchomości zaczyna panować bessa, ci, co mieli kupi mieszkania i wziąć kredyt już to uczynili. Po co więc teraz zabiegać bankom o nowych klientów, lepiej docisnąć i windykować już pozyskanych. Sprawy egzekucji kredytów hipotecznych, banki traktują jak temat tabu, nie publikuje się zestawień dotyczących windykacji. W ciszy gabinetów rozstrzygane są te bardzo często dramatyczne dla ludzi sprawy. Banki bez skrupułów sprzedają długi klientów różnym firmom windykacyjnym a te przy pomocy komorników ściągają należności z zyskiem.
Na szczęście spłacalność kredytów hipotecznych jest większą niż pozostałych, ale przecież płynność finansowa kredytobiorcy uzależniona jest od jego sytuacji ekonomicznej w perspektywie kredytowania, czyli nawet 25-30 lat. Nikogo nie interesuje czy będzie miał stabilną i dobrą pracę, czy zdrowie pozwoli mu na to. Ma płacić i tyle, bank był i jest przychylny tylko na początku i w reklamowych spotach typu „przyjeżdżamy, załatwiamy”.
Zmiana oprocentowania kredytów hipotecznych nie wpłynie znacząco na i tak pogrążający się w bessie rynek nieruchomości. A by przyczynić się do rozwoju rynku potrzebne są systemowe zmiany a nie tylko spekulacyjne, krótko trwałe akcje. Potrzebne są konkretne prace ustawodawcze wspierające rynek mieszkaniowy a nie przedwyborcze obietnice, stabilizacja na rynku pracy, godziwe zarobki. Niezbędne jest wprowadzenie innych systemów finansowania np. leasingu nieruchomości z prawdziwego zdarzenia, którego nie mogę się doczekać od lat.
Może doczekamy czasów, gdy branie kredytu będzie przyjemnością a nie długoletnim zmartwieniem.
 
Tomasz Błeszyński
Doradca Rynku Nieruchomości
 
Kwiecień 2008
 
Kategoria: Biznes
 

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
Doradca Rynku Nieruchomości, Coach biznesu, Bloger.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-05-23 12:46
Janwar do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Nie istnieje prawidłowa wartość mieszkania. Rzeczoznawcy majątkowi mylą się także w jedną i[...]
 
2017-05-23 09:56
Lodzianin do wpisu:
Wokół dworca powstaje szary, łódzki Mordor
Zgadzam się w 100%
 
2017-05-22 21:36
Martinos10 do wpisu:
Wokół dworca powstaje szary, łódzki Mordor
Głupoty Pan Tomasz wygaduje, ... jakie call center? Tak było 10, 15 lat temu... nowoczesne[...]
 
2017-05-16 13:32
Robert Bogdański do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Z mego serca ten artykuł, ale urealniając to: Od zawsze kupujący chciał jak najwięcej, a[...]
 
2017-05-15 12:14
PsychOPAT do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Odpowiednia cena, to taka, którą akceptuje kupujący i sprzedający. To jedyna wytyczna.[...]