Tomasz Błeszyński - od 2007 r. na blogu Money.pl
 Oceń wpis
   

Najwyższe czynsze handlowe są w Piotrkowie. Łódź co raz tańsza. Piertyna traci prestiż.

Piotrkowska idzie na dno. Deptak w 750-tysięcznej Łodzi przestał być najdroższym traktem handlowym w naszym regionie. Więcej za wynajem lokalu na sklep trzeba dziś zapłacić w dużo mniejszych miastach - przy ul. Słowackiego w Piotrkowie Trybunalskim (miasto 78-tysięczne) i przy ul. Kościuszki w Bełchatowie (62 tysięcy mieszkańców).

- Miesięczne ceny najmu powierzchni handlowych na parterach kamienic wahają się dziś na Piotrkowskiej w granicach 80-100 zł za metr kwadratowy - mówi Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości. - Jeszcze kilka lat temu stawki sięgały tu 290 zł, a w latach 90. minionego wieku ulica Piotrkowska była najdroższą ulicą w Polsce, przebijając nawet Chmielną w Warszawie. Znalezienie wolnego lokalu, nawet w bramie, graniczyło z cudem. Dziś jest inaczej. Kamienice świecą pustkami, nikt nie chce mieć tu sklepu. I nic dziwnego. Ulica jest zwyczajnie niewygodna, bo nie można na nią wjechać, brak też parkingów. Brakuje klientów. Po otwarciu Manufaktury i Galerii Łódzkiej na Piotrkowskiej nie ma ludzi, którzy chcieliby coś kupić. Cały dzień przechadzają się tędy gromady młodzieży bez pieniędzy. A poza tym władze Łodzi, zamiast promować Piotrkowską jako centrum Łodzi, promują nowe centrum miasta w rejonie Dworca Fabrycznego - dodaje Błeszyński.

Ceny najmu lokali handlowych dają wyobrażenie o prestiżu ulicy. Piotrkowska od dawna nie gra w pierwszej lidze z głównymi ulicami największych polskich miast. W Warszawie przy Nowym Świecie miesięczne stawki sięgają 350 zł za metr kwadratowy, w Krakowie przy Floriańskiej płaci się powyżej 300 zł.

Niestety. Okazuje się, że Piotrkowska traci prymat nawet na tle ulic handlowych w mniejszych miastach naszego regionu. Za najdroższą ulicę w województwie może dziś uchodzić ulica Słowackiego w Piotrkowie Trybunalskim. Tu też mówimy oczywiście o widełkach cenowych, w zależności od tego, czy lokal ma toaletę, dużą witrynę, gładzie na ścianach czy łatwy dostęp do parkingu. Ale generalnie jest drożej niż w Łodzi:

- Stawki najmu zaczynają się od 90 złotych, a dochodzą do 130 złotych za metr kwadratowy. Ceny nie zmieniają się od bardzo dawna, choć być może jesienią zaczną nieco spadać. 13 listopada otwiera się centrum handlowe Focus Mail, które może przeciągnąć część najemców - przewiduje Iwona Zabłocka z piotrkowskiego biura nieruchomości Waliszczak.

Drożej niż w Łodzi jest też w Bełchatowie. Bożena Orlik z tutejszego biura nieruchomości Patio szacuje, że przy ulicy Kościuszki ceny wahają się w przedziale od 100 do 120 zł za mkw.

- Piotrkowska w Łodzi jest deptakiem. Nie ma wygodnego dojazdu do sklepu, chyba że rikszą. Natomiast po ulicy Kościuszki w Bełchatowie jeździmy samochodami, z parkowaniem, choć nie jest łatwo, też sobie jakoś radzimy. Tu jest wszystko. Sklepy, urząd miasta, banki, poczta. Trudno o wolny lokal, dlatego od lat ceny nie przestają rosnąć - mówi Bożena Orlik. Szefowa biura zaznacza, że podobnie jest w Radomsku (48 tys. mieszkańców). Tam, przy ul. Reymonta, ceny osiągnęły już pułap 80-100 zł, a więc porównywalny z Łodzią. I też ciężko wyszukać coś wolnego.

 Niewielkie Kutno (51 tys. mieszkańców) także zrównało się poziomem stawek z Łodzią. Przy ul. Królewskiej znaleźliśmy kilka ofert w przedziale cenowym 75-100 zł. - Ulica została odnowiona, położono tu elegancką kostkę, fasady kamienic są odnowione. W odróżnieniu od Piotrkowskiej, na Królewskiej się "bywa" - mówi Agnieszka Kujawska, mieszkanka Kutna. - To typowa ulica handlowa, tu są wszystkie najważniejsze sklepy. W mieście nie ma galerii handlowej, co najwyżej hipermarkety Carrefour i Kaufland - dodaje kobieta. 

Oprócz Łodzi, jedynym miejscem, w którym usłyszeliśmy o braku zainteresowania lokalami handlowymi, są Skierniewice (49 tys. mieszkańców). W okolicach rynku - przy ul. Batorego czy Jagiellońskiej stawki wahają się od 50 do 80 zł za mkw. Tyle że - jak mówią pośrednicy - od trzech miesięcy brakuje chętnych na wynajem, ruch w interesie jest zerowy. Właściciele kurczowo trzymają się jeszcze starych stawek, ale już wkrótce będą musieli spuścić z tonu.

 
Piotr Brzózka
Polska Dziennik Łódzki
2009-09-30
 
Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

Utrudniony dostęp do kredytów sprawia, że coraz mniej osób stanu wolnego stać na własne mieszkanie. O zakupie nieruchomości przesądza głównie cena.

Utrudniony dostęp do kredytów sprawia, że coraz mniej osób stanu wolnego stać na własne mieszkanie. Gospodarstwa domowe, w których stałe dochody osiągają dwie osoby, są dziś w dużo korzystniejszej sytuacji niż osoby samotne. A wśród poszukujących mieszkania w największych miastach Polski dominują osoby, które planują potomstwo. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu "Badanie preferencji nabywców," sporządzonego przez ekspertów redNet Consulting w pięciu największych polskich miastach. Dane zbierali podczas wiosennej edycji targów tabelaofert. pl, podczas której ankiety wypełniło 1575 osób. "PB" publikuje wyniki tych badań jako pierwszy.

Najważniejsze kryterium

W całej Polsce dominują potencjalni nabywcy, nie posiadający jeszcze własnej nieruchomości i planujący jej zakup pierwszy raz w życiu. Zdaniem ekspertów firmy redNet będą się oni starali kupić lokal w najbliższej przyszłości — w tym lub najpóźniej w przyszłym roku. W tej grupie plany powiększenia rodziny deklaruje blisko 41,4 proc. badanych par w Krakowie, 38,9 proc. w Trójmieście, a w pozostałych miastach średnio po 35 proc.

Z badań wynika jednocześnie, że ci, którzy mają już własny dach nad głową, nie są obecnie zainteresowani nabywaniem kolejnej nieruchomości. Dla tych natomiast, którzy są zainteresowani zakupem najważniejszym kryterium jest cena. Maleją za to oczekiwania co do standardu i jakości wykończenia mieszkania. Większość ankietowanych preferuje lokale umożliwiające uzyskanie dopłaty do kredytu w ramach programu "Rodzina na swoim", a więc poniżej średniej oferty rynkowej. Znikomy odsetek deklaruje chęć zakupu droższych mieszkań.

Najdrożej w stolicy

Z badań wynika, że we wszystkich miastach nabywcy nie akceptują wysokich cen. Magiczną granicą dla Poznania, Wrocławia, Krakowa i Trójmiasta jest 7 tys. zł za mkw. Z kolei w Warszawie górny pułap cenowy akceptowany przez kupujących to 8 tys. zł za mkw.

W Trójmieście jeszcze jesienią ubiegłego roku prawie 30 proc. potencjalnych klientów było skłonnych zapłacić za mieszkanie ponad 7 tys. zł za metr kwadratowy, obecnie taką gotowość deklaruje zaledwie 14 proc. Jeszcze mniejszy odsetek może pozwolić sobie na zakup za taką cenę lokalu w Poznaniu (5,8 proc., a pół roku temu 15,7 proc.) i Wrocławiu (obecnie 7,8 proc., a jesienią 2008 r. — 15,4 proc.).

W stolicy Małopolski ponad 23 proc. osób poszukujących własnego mieszkania jest skłonnych zapłacić za nie ponad 7 tys. zł, tymczasem pół roku wcześniej takich potencjalnych nabywców było blisko 31,7 proc.

W Warszawie, gdzie mieszkania są najdroższe, wyższy jest górny poziom akceptowanych cen — obecnie co czwarty nabywca poszukujący tutaj lokalu jest skłonny zapłacić za niego ponad 8 tys. zł. Dla porównania — pół roku wcześniej takich nabywców było 40 procent. Stolica ma jednocześnie najniższy odsetek osób deklarujących, że stać je jedynie na zakup najtańszych lokali, czyli do 5 tys. zł za mkw. W tej grupie jest zaledwie 4,5 proc. badanych. W pozostałych miastach takich osób jest więcej, w Krakowie — 12,5 proc., w Poznaniu — 23 proc., we Wrocławiu — 25,8 proc. i aż 35,8 proc. w Trójmieście.

Duże mniej poszukiwane

W Warszawie, Krakowie i Poznaniu dominują osoby poszukujące lokali dwupokojowych, za to we Wrocławiu i Trójmieście nabywcy preferują mieszkania trzypokojowe. Jednocześnie na każdym z badanych rynków zmalało zainteresowanie mieszkaniami czteropokojowymi. Przykład? W Warszawie jesienią 2008 roku aż 17 proc. badanych deklarowało chęć zakupu dużego mieszkania, obecnie już zaledwie 11,2 proc. Podobnie jest w Poznaniu, Wrocławiu i Krakowie.

W Trójmieście jesienią 2008 r. prawie 29 proc. kupujących poszukiwało dużych lokali, a dziś — niecałe 18 proc. To największy odsetek w kraju. Co ciekawe, ze względu na niższe ceny mieszkań w tej aglomeracji oraz wysoki poziom zarobków, kupujący mogą sobie pozwolić na zrealizowanie tych planów i zakup większych lokali.

Generalnie, na wszystkich pięciu badanych rynkach maleje preferowana powierzchnia mieszkalna. Na przykład w Warszawie blisko 40 proc. poszukuje lokalu do 50 mkw.,

Inny trend? Kupujący coraz częściej są zainteresowani opcją wykończenia pod klucz. Taką możliwość rozważają głównie mieszkańcy Wrocławia, gdzie ponad 51 proc. badanych jest nią zainteresowanych. W Warszawie 48 proc. deklaruje takie zainteresowanie, zaś w Krakowie prawie 40 proc. Taka usługa cieszy się natomiast mniejszą popularnością w Trójmieście i Poznaniu.

To nie koniec wniosków. Zdaniem ekspertów firmy redNet nabywcy nie chcą już kupować lokali na etapie "dziury w ziemi". Większość poszukuje mieszkań w inwestycjach ukończonych bądź w końcowej fazie realizacji.  Jednocześnie zdecydowana większość chce posiłkować się kredytem i to na 100 proc. wartości nieruchomości. Deklaruje tak od 20 do 25 proc. badanych.

Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości

Moim zdaniem rola singli jest niedoceniona. Tymczasem jest to generalnie bardzo dobrze sytuowana grupa, wśród której nie brakuje wysokiej klasy menedżerów z dużymi wymaganiami, których nie powinno się lekceważyć jako klientów.

Dwa lata temu, w okresie dobrej koniunktury, to właśnie oni stanowili duży odsetek nabywców. Program "Rodzina na swoim" ożywia z kolei popyt w segmencie popularnym, co już widać. Wzrost zainteresowania zakupem lokali w tym sektorze rynku zahamował częściowo spadki cen.

Nie zmienia to jednak faktu, że kondycja deweloperów jest nadal bardzo zła, a prawdziwe spadki są jeszcze przed nami. Najgorszym okresem dla firm deweloperskich będą zwłaszcza wakacje, ale nie liczyłbym na znaczącą poprawę sprzedaży jesienią.

 
Agnieszka Zielińska
Puls Biznesu
2009-06-23
 
Kategoria: Biznes
 
Czyja jest Łódź 2009-09-25 09:54
 Oceń wpis
   

Ten, kto w przyszłorocznych wyborach dostanie od łodzian gwiazdę szeryfa miasta, nie znajdzie w biurku ustępującego prezydenta aktualnej i wyczerpującej informacji o tym, ilu i jakich właścicieli ma ponad 37.000 łódzkich budynków mieszkalnych.

Wiedza o faktycznych zasobach budowlanych miasta i ich wszystkich właścicielach dopiero się rodzi w miejskim ośrodku dokumentacji geodezyjnej i kartograficznej. Dyrektor tej placówki, Jan Schnerch, przyznaje, że w katalogu, którym dysponuje, jest tylko 70 proc. budynków. Dopiero gdy reszta, czyli około 11.100, też zostanie dokładnie zinwentaryzowana, kompletny, każdy łodzianin będzie mógł otworzyć w komputerze stronę Wojewódzkiego Urzędu Statystycznego i sprawdzić, pod czyim dachem i na czyim gruncie mieszka.

Sprywatyzowany tort

Tylko jedno jest dziś pewne: Łódź już się w znacznej części sprywatyzowała i będzie się prywatyzować nadal. Spis powszechny w 2002 roku ujawnił, że na pierwsze miejsce w rankingu właścicieli łódzkich kamienic, apartamentowców, skromniejszych domów wielorodzinnych, tak zwanych szeregowców, domków jednorodzinnych i podpartych kosturem wiekowych drewniaków wysforowały się osoby fizyczne. 

Do nich należało w owym czasie już ponad 24.200 budynków. Potem była przepaść, bo gmina, drugi właściciel w tym rankingu, miała 4.260 budynków. Trzecie miejsce zajmowały wspólnoty mieszkaniowe (3.470), czwarte spółdzielnie (2.760), piąte Skarb Państwa (588), szóste zakłady pracy (226), siódme pozostali właściciele (162).

Aktualniejszego rankingu nie ma i pewno długo jeszcze nie będzie, ale na podstawie tego, co już jest w komputerach, dyr. Jan Schnerch wysuwa wniosek, że łódzki rynek nieruchomości ma znamiona postępującej prywatyzacji.

Podobnego zdania jest niezależny doradca rynku nieruchomości Tomasz Błeszyński: - Jeśli szacuje się, że obecnie ponad połowa tortu z łódzkimi budynkami należy do prywatnych właścicieli, to za kilka lat ten kawałek powiększy się do trzech czwartych - przewiduje. - Na przeszkodzie stoi jedynie bałagan własnościowy. A nie można dobrze zarządzać miastem, jeśli do końca nie wiadomo, do kogo należy każdy metr kwadratowy gruntu i każdy dom, nawet taki, w którym nikt już nie mieszka.

Mimo niejasnej sytuacji własnościowej, liczba kamienic i innych budynków mieszalnych pod zarządem administracji nieruchomościami czy zakładów gospodarki komunalnej, zmniejsza się z roku na rok. Dziesięć lat temu gmina i Skarb Państwa byli właścicielami 5.570 posesji i zarządzali 1.262 budynkami prywatnymi. Obecnie do gminy Łódź i skarbu państwa należy 4.785 budynków (o 785 mniej), a liczba prywatnych, którymi zarządzały administracje nieruchomościami i zarządy gospodarki mieszkaniowej, stopniała do 691. - Prawni właścicieli chętnie odbierają swoje dobra i dyktują swoje stawki czynszu, a my chętnie je oddajemy - mówi Barbara Zawadzka z wydziału budynków Urzędu Miasta. - Podkreślam, że fakt, iż właściciele odbierają swoją własność, nie zmniejsza majątku trwałego gminy. Ubywa natomiast budynków nie będących naszą własnością, a którymi zarządzaliśmy.

Wasze ulice, nasze kamienice

Sprawiedliwość dziejową, czyli odzyskiwanie przez prawowitych właścicieli tego, co do nich należy, najlepiej widać na odcinku ul. Piotrkowskiej, od al. Piłsudskiego do pl. Wolności. Owszem, ulica i chodnik są "uspołecznione", ale kamienice komunalne można policzyć na palcach. Ze 139 nieruchomości ulokowanych po obu stronach tego reprezentacyjnego szlaku tylko 21 należy w stu procentach do gminy, a 11 innych częściowo. Gospodarzami 35 kolejnych są wspólnoty mieszkaniowe, a pozostałe w liczbie 72 mają prywatnych właścicieli.

Podobne proporcje muszą być w całym mieście, skoro już prawie 7 na 10 łódzkich domów jest własnością osób fizycznych bądź prawnych (banków, spółek, stowarzyszeń, fundacji itp.)

Najpierw walec, potem plomba

Prywatyzacja Łodzi ma, jak księżyc, oprócz jasnej także ciemną stronę. I nie chodzi tu o "kamieniczników" mieszkających za granicą (szacuje się, że upomniało się o "swoje" tylko około 350 cudzoziemców, głównie z Niemiec, Izraela i Stanów Zjednoczonych). Chodzi o to, że pod prywatnym dachem jest drożej niż pod gminnym. Minimalny czynsz za metr kwadratowy lokalu bez ogrzewania i ciepłej wody oscyluje w granicach 7 zł, a w budynkach komunalnych jest o połowę mniejszy.

Łódzka prywatność jest też smutna i odrapana. Większość kamienic, bo o nich mowa, nie doczekała się dotąd wizyty tynkarzy i malarzy. Pięknie odrestaurowane prywatne posesje przy Piotrkowskiej 89 czy Andrzeja Struga 2, należą do wyjątków. Bywa jeszcze gorzej. Po niejednej neorenesansowej budowli przejechał spychacz i walec, a na sprzedanej działce wyrosła szkaradna plomba. Do rewitalizacji zabytkowej willi przy ul. Wigury zobowiązał się inwestor. Tymczasem w nocy zrobił rozbiórkę, bo zależało mu tylko na atrakcyjnym terenie. Został ukarany mandatem w wysokości... 500 zł.

 
Bohdan Dmochowski
Express Ilustrowany  
2009-09-25
 
Kategoria: Biznes
 

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
doradca rynku nieruchomości, coach biznesu, bloger, analityk, wykładowca, think - tank, fan - muzyki, literatury, filmu, sztuki, architektury i biegania.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-09-14 20:37
Z.Maria do wpisu:
Będą chętni na drewniane domy
Witam Pana, Bardzo dobry komentarz i trafne spostrzeżenia. To może być dobry pomysł z tymi[...]
 
2017-09-06 20:46
Marek I. do wpisu:
Trudny wybór po ciężkiej walce
uczucie takiej walki na pewno nie raz niejednemu towarzyszące, mnie na pewno też. Czasem nie[...]
 
2017-09-02 14:10
Michoł do wpisu:
Inwestorzy podbijają ceny mieszkań
Pan Błeszyński może mieć rację, bo chciwość deweloperów na pieniądze jest nam znana od lat. Oby[...]
 
2017-08-31 22:14
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Trudny wybór po ciężkiej walce
Dokładnie tak - trafnie Pan to określił - ciężki życiowy wybór. Jak zachować w tym wszystkim[...]
 
2017-08-23 18:39
Marek I. do wpisu:
Te mieszkania tanieją. Warto kupić ?
Nie dziwię się, firmy budowlane oszczędzają na materiałach jak mogą, w związku z dużą[...]