Tomasz Błeszyński - od 2007 r. bloguje na Money.pl
 Oceń wpis
   

Czy mamy  kryzys na rynku nieruchomości, jak radzą sobie deweloperzy  w obliczu wielu upadłości tej branży ... ?

Czy lofty w  rewitalizowanych fabrykach będą znajdowały nabywców, jaka przyszłość czeka  rynek  mieszkaniowy ... ?

Na te i inne pytania w kwietniowym programie „Bez etatu” Marka Krzciuka odpowiadali zaproszeni do studia eksperci min. Tomasz Błeszyński / www.tomaszbleszynski.pl / doradca rynku nieruchomości.

Źródło:TV TOYA

kwiecień 2012

Kategoria: Biznes
 
Jak wygrać z Warszawą? 2012-04-13 11:55
 Oceń wpis
   

Rozmawiając z inwestorami, którzy zdecydowali się tu ulokować swoje biznesy, zawsze zadaję to samo pytanie: dlaczego Łódź? Odpowiedzi, jakich udzielają, coraz bardziej przekonują mnie, że możemy być ciekawą alternatywą dla Warszawy - pisze Michał Frąk

Dlaczego Łódź? Tak zaczynam większość wywiadów z inwestorami, którzy przychodzą lub rozwijają się w mieście. Jeszcze kilka lat temu narzekaliśmy, że powstają tu jedynie montownie dające zatrudnienie niewykwalifikowanej sile roboczej. Dzisiaj sytuacja jest inna. Na targach pracy organizowanych przez Politechnikę Łódzką wszyscy sponsorzy to firmy IT. To nie znaczy, że jedynie informatycy w Łodzi mogą liczyć na pracę. Nowych ludzi szukają też banki i branża BPO. W 2014 roku z Dworca Łódź Fabryczna na Centralny w Warszawie będzie jechało się nieco ponad godzinę. Dla warszawiaka przyzwyczajonego do stania w korkach to nic wielkiego. Już teraz firmy z Warszawy mówią, że będą traktowały Łódź jako jedną z dzielnic stolicy. Jak wypadamy na tle Śródmieścia Warszawy, Żoliborza czy Pragi?

Zdecydowana większość menedżerów pytana, dlaczego wybrała Łódź, mówi o wykształconej kadrze i absolwentach. Oprócz tego, że oni tu są, ważne jest, ile trzeba im płacić. Z badania wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak wynika, że średnia płaca w Warszawie to 5 tys. zł, a w Łodzi zaledwie 3,5 tys. zł. Z jednej strony jest to smutne, ale z drugiej wydaje się, że lepiej, kiedy inwestorzy przychodzą choćby ze względu na koszty, niż mieliby nie przychodzić w ogóle. Czy dla łodzianina pracującego dla Citi, Nordei i Infosysu lepiej byłoby, gdyby tych firm tu nie było? 

Drugim ważnym elementem wpływającym na koszty prowadzenia działalności jest wynajem powierzchni biurowej. W tej kategorii Łódź też jest mocno konkurencyjna. Tomasz Błeszyński, ekspert nieruchomości, opowiada, że w 1995 roku było już tak, że firmy z Warszawy wynajmowały biura w Łodzi, bo taniej. Jednak miasto nie wykorzystało tej szansy, za to zrobił to Wrocław i Poznań. Teraz - po zbudowaniu kolei i autostrady Łódź - Warszawa - sytuacja może się powtórzyć. - Ceny najmu w Łodzi średnio są niższe o połowę niż w stolicy. Za 12 euro za m kw. spokojnie można wynająć porządne biuro, a za 20 euro za m kw. ma się już najwyższy standard. W Warszawie za te pieniądze da się znaleźć coś na obrzeżach miasta - tłumaczy Błeszyński.

Na dodatek w Łodzi wykorzystane jest zaledwie 60 proc. powierzchni biurowej. Reszta stoi pusta i jest dostępna od ręki. - Wystarczy spojrzeć, z jakim trudem najemców zdobywa biurowiec Sterlinga Business Center czy University Business Park przy Wólczańskiej - dodaje ekspert.

Dla pracujących liczy się nie to, ile zarabiają, ale ile pieniędzy zostaje w ich portfelach. Co z tego, że w stolicy zarabia się dużo, jeśli cena wynajęcia mieszkania jest dwa razy wyższa niż w Łodzi. Mimo że w ostatnim roku średnia cena najmu mieszkania w stolicy niewiele spadła, to i tak za 50 m kw. trzeba zapłacić tam 2,2 tys. zł miesięcznie. To więcej niż na przykład w Poznaniu, gdzie na takie samo lokum trzeba wydać tylko 1,45 tys. zł.

Sceptyczni wobec koncepcji migracji biznesu z Warszawy do Łodzi wątpią, czy ludzie będą chcieli się tu przenosić. Decydujący może okazać się rachunek ekonomiczny, choć mając w pamięci finansowy kryzys, na miejscu władz miasta nie zostawiałbym wszystkiego w rękach rynku.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Michał Frąk

13.04.2012

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

Pośrednicy i zarządcy nieruchomości bronią licencji na ulicach Warszawy. Nie chcemy być gowinianymi pośrednikami! Nie chcemy być gowinianymi zarządcami! - skandowało około tysiąca uczestników marszu protestacyjnego, którym nie podoba się pomysł deregulacji tych zawodów.

Po raz pierwszy przedstawiciele nieruchomościowych profesji wyszli na ulicę. Powód? Wiceprezydent Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości Tomasz Błeszyński wyjaśnia, że minister sprawiedliwości Jarosław Gowin forsuje deregulację, kompletnie nie licząc się ze zdaniem zainteresowanych.

Przypomnijmy, że minister Gowin proponuje, aby pośrednikiem lub zarządcą nieruchomości mógł być każdy, kto nie był karany za ściśle określone przestępstwa, np. przeciwko mieniu lub obrotowi gospodarczemu. Oznaczałoby to nie tylko likwidację państwowej licencji, bez której nie można obecnie legalnie wykonywać tych zawodów. Zniesiony byłby także wymóg posiadania wyższego wykształcenia (w danym kierunku lub studia podyplomowe) oraz praktyki zawodowej.

Według Ministerstwa Sprawiedliwości pełne otwarcie dostępu do zawodu pośrednika zwiększy liczbę miejsc pracy. Poza tym wzrośnie konkurencja, a w efekcie spadną ceny usług i poprawi się ich jakość. Ministerstwo przekonuje, że w krajach takich jak np. Niemcy, Czechy, Litwa, Hiszpania czy Wielka Brytania zawód pośrednika nie jest w ogóle reglamentowany. W Austrii, Belgii, Danii, Słowenii czy Szwecji mogą go zaś wykonywać także osoby ze średnim wykształceniem.

Zupełnie inaczej widzi to najpewniej większość licencjonowanych pośredników i zarządców. - Deregulacja, manipulacja. Nie ma demokracji bez konsultacji. Chcemy rozmawiać przy stole, nie na ulicy - krzyczeli w czasie czwartkowej manifestację w Warszawie. Pod petycją do marszałek Sejmu Ewy Kopacz podpisało się dziewięć związków, stowarzyszeń i federacji zrzeszających blisko 200 organizacji reprezentujących zawody rynku nieruchomości.

"Rząd reprezentowany przez ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina w istocie chce zlikwidować ochronę bezpieczeństwa konsumentów na rynku nieruchomości. Rząd chce oddać obsługę na tym rynku osobom bez żadnego przygotowania zawodowego i bez odpowiedzialności zawodowej" - czytamy w tej petycji.

- Zarządzenie nieruchomościami to zarządzanie wielkim majątkiem. Brak kompetencji może się tu bardzo źle skończyć - uważa prezydent Polskiej Federacji Stowarzyszeń Rzeczoznawców Majątkowych Krzysztof Urbańczyk.

Protestujący zwracają uwagę, że licencje są wydawane automatycznie po udokumentowaniu wykształcenia. Nie ogranicza to dostępu do zawodu, bo korporacje nie mają wpływu na ten proces. Przypomnijmy jednak, że dopiero pod rządami PiS zniesiony został egzamin przed Państwową Komisją Kwalifikacyjną. Zdarzało się, że oblewało go aż dziewięciu na dziesięciu kandydatów na pośrednika, którzy wcześniej na przygotowania poświęcali około dwóch lat. Wiązało się to również z wydatkami rzędu nawet 8-9 tys. zł. Ci, którzy zawalili egzamin, sugerowali "brutalną eliminację pośredników przez pośredników". Padały też oskarżenia, że z licencji zrobiono dochodowy biznes dla urzędników i organizatorów szkoleń. A wszystko to w imię poprawy standardów etycznych, wiedzy, wykształcenia i klienta.

Szybko się też okazało, że wśród licencjonowanych pośredników są czarne owce. Inspekcja Handlowa wykazała, że np. w jednym z biur pośrednictwa w Tarnowie licencjonowany pośrednik akceptował umowy... przez telefon. Te zaś podpisywali pracownicy bez licencji. Z kolei w agencji białostockiej druki umów pośrednik licencjonowany podpisał in blanco.

W czasie czwartkowej demonstracji można było usłyszeć, że nie od razu da się wyeliminować patologie w tej branży. I że po zniesieniu licencji będzie ich o wiele więcej.

Szef Federacji Porozumienia Polskiego Rynku Nieruchomości Zbigniew Kubiński zapewnia, że w większości państw Unii Europejskiej pośrednik musi mieć wyższe wykształcenie. Tylko w Grecji, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech wystarczy średnie. Kubiński potwierdza, że w Niemczech licencje nie obowiązują. Ale dodaje, że władza lokalna bada kandydata pod kątem jego sytuacji finansowej i sprawdza, czy jest osobą godną zaufania.

Kubiński przyznaje, że w innych krajach UE obowiązują nie tylko licencje państwowe, ale także certyfikaty wydawane przez narodowe federacje branżowe. Zwolennikiem tego drugiego rozwiązania jest m.in. współzałożyciel i prorektor Wyższej Szkoły Gospodarowania Nieruchomościami Adam Polanowski, który jest też licencjonowanym pośrednikiem. Organizacje pośredników i zarządców upierają się jednak przy utrzymaniu państwowej licencji. Liczą, że uda im się przekonać posłów, jeśli marszałek Ewa Kopacz umożliwi przedstawicielom tych organizacji udział w pracach nad projektem. Przypomnijmy, że z pomysłu likwidacji licencji wycofał się w poprzedniej kadencji Sejmu wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak (w projekcie ustawy "o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców").

Marek Wielgo

2012-04-12

Gazeta Wyborcza 

Copyright © Agora SA

 

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

Ceny większości mieszkań kupowanych za gotówkę na rynku wtórnym nie przekraczają 200 tysięcy złotych.

Jednak, jak zauważa Joanna Lebiedź, pośredniczka z warszawskiej agencji Lebiedź Nieruchomości, transakcji gotówkowych jest  niewiele. – Za własne, a nie na kredyt, kupowane są przeważnie małe, a więc tanie mieszkania, których ceny najczęściej nie przekraczają 200 tys. zł – mówi Joanna Lebiedź.

Stracony zadatek

Także pośrednik Marek Kiełpikowski, szef bydgoskiej agencji Arenda M. Kiełpikowski, ocenia, że za gotówkę dokonywane są jedynie pojedyncze zakupy nieruchomości.

Inaczej nieco sytuację widzi Tomasz Błeszyński, doradca na rynku nieruchomości. –Transakcji gotówkowych jest zdecydowanie więcej niż przed rokiem. Stanowią one ok. 20 – 30 proc. wszystkich – szacuje Tomasz Błeszyński. – Trudności w uzyskaniu kredytu powodują, że klienci wykładają nawet trzy czwarte ceny nieruchomości, a resztę pożyczają w banku.  W takiej sytuacji o kredyt jest łatwiej – dodaje. Według Błeszyńskiego za gotówkę mieszkanie można kupić nieco taniej, bo sprzedający są wtedy bardziej skłonni obniżać ceny ofertowe. – Liczy się dla nich także szybkość transakcji – tłumaczy.

Także Jarosław Krajewski, pośrednik z poznańskiej agencji Ager Nieruchomości, ocenia, że liczba transakcji gotówkowych wzrasta. – Mogą one stanowić nawet 50 proc. Pamiętajmy jednak, że transakcji – czy to na kredyt, czy za gotówkę – w ogóle jest niewiele – zastrzega Jarosław Krajewski.

Według pośrednika z Poznania klienci starają się dziś mieć choćby najmniejszy wkład własny. – Bywa, że wykładają 30 proc. ceny mieszkania – mówi Jarosław Krajewski.

Joanna Lebiedź przyznaje, że każdy wolałby klienta gotówkowego od kredytowego. – Sprzedający są jednak coraz bardziej cierpliwi w oczekiwaniu na zaciągnięcie kredytu przez kupującego. A to może trwać dwa, trzy miesiące, choć bywa, że i dłużej – mówi pośredniczka.

Zdaniem Tomasza Błeszyńskiego dziś sprzedający po prostu czekają na nabywcę, który zaakceptuje cenę i warunki sprzedaży. – Czas czekania na kredyt znacznie się wydłuża w przypadku zakupów inwestycyjnych – zauważa doradca.

Marek Kiełpikowski dodaje, że coraz mniejszy odsetek stanowią kredyty na 100 proc. wartości nieruchomości, co ma uzasadnienie szczególnie w przypadku kredytów walutowych.

– Pamiętam historię, kiedy to wiosną ubiegłego roku sprzedający mieszkanie podpisał umowę przedwstępną i przyjął zadatek. Termin aktu notarialnego ustalono na sierpień – opowiada Marek Kiełpikowski. – Mieszkanie było obciążone hipoteką we frankach. Kiedy nadszedł termin sprzedaży, galopujący kurs franka spowodował nagły wzrost wartości zabezpieczenia. Do całkowitej spłaty hipoteki nie wystarczyła uzgodniona wiosną cena. Sprzedający odstąpił od sprzedaży, tracąc zadatek – wspomina pośrednik.

Podkreśla, że czas pomiędzy umową przedwstępną a ostateczną może, jak widać, bardzo zmienić realia rynkowe.

Mniejsze oczekiwania

Joanna Lebiedź potwierdza, że dziś na kredyt stać coraz mniej osób. – Zdolność kredytowa przeciętnego klienta jest niższa mniej więcej o połowę niż jeszcze dwa lata temu – przypomina pośredniczka. Według niej część kupujących w obliczu spadającej zdolności kredytowej wybiera mniejsze mieszkania, niż pierwotnie planowali. – Coraz częściej zamiast dwóch pokoi kupuje się kawalerkę z widną kuchnią, którą przerabia się na pokój, a kuchenny aneks przenosi się do większego pokoju – opowiada Joanna Lebiedź.  Według niej rynek ożywi się pod warunkiem, że sprzedający urealnią ceny sprzedawanych lokali. – Sporo osób ma już dosyć zabawy w testowanie rynku i obniża stawki akceptowalnego poziomu. I wtedy dochodzi do transakcji – mówi pośredniczka. A Tomasz Błeszyński dodaje, że widać większe zainteresowanie nieruchomościami, ale to normalny wiosenny objaw.

Aneta Gawrońska

02-04-2012

ekonomia24

Kategoria: Biznes
 

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
Doradca Rynku Nieruchomości, Coach biznesu, Bloger.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-05-23 12:46
Janwar do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Nie istnieje prawidłowa wartość mieszkania. Rzeczoznawcy majątkowi mylą się także w jedną i[...]
 
2017-05-23 09:56
Lodzianin do wpisu:
Wokół dworca powstaje szary, łódzki Mordor
Zgadzam się w 100%
 
2017-05-22 21:36
Martinos10 do wpisu:
Wokół dworca powstaje szary, łódzki Mordor
Głupoty Pan Tomasz wygaduje, ... jakie call center? Tak było 10, 15 lat temu... nowoczesne[...]
 
2017-05-16 13:32
Robert Bogdański do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Z mego serca ten artykuł, ale urealniając to: Od zawsze kupujący chciał jak najwięcej, a[...]
 
2017-05-15 12:14
PsychOPAT do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Odpowiednia cena, to taka, którą akceptuje kupujący i sprzedający. To jedyna wytyczna.[...]