Tomasz Błeszyński - od 2007 r. na blogu Money.pl
 Oceń wpis
   

Dochody z najmu lokalu użytkowego mogą przynieść nawet 12 proc. zwrotu jego wartości w skali rocznej. Przedsięwzięcie to jest jednak dość ryzykowne ze względu na spadki czynszów i dużą konkurencję

- Inwestorzy mogą nabywać pojedyncze lokale użytkowe otrzymując stały dochód przez kilkanaście lat i powierzając zarządzanie obiektem wyspecjalizowanej firmie przekonują analitycy Home Broker. Na lokal użytkowy trzeba przeznaczyć minimum 300 tys. zł. Droższe kosztują 500 - 700 tys. zł. - Dość niska kwota zakupu powierzchni w pasażu handlowym oznacza, że rynek lokali użytkowych, do tej pory dostępny głównie dla klientów zamożnych, otwiera się na osoby z mniej zasobnymi portfelami mówi Bartosz Turek, analityk z Home Broker.

Z własnym wkładem

Jak to działa? - Inwestor kupuje na własność lokal użytkowy z odrębną księgą wieczystą, znajdujący się w pasażu handlowym, który od razu wynajmuje firmie zarządzającej pasażem. Pierwsze tego typu rozwiązanie dla inwestujących na rynku nieruchomości wprowadziła Czerwona Torebka. Spółka gwarantuje roczny dochód na poziomie 8 proc., zawierając umowę z właścicielem lokalu na 15 lat mówi Bartosz Turek. - W przypadku lokali użytkowych czynsz najmu w okresie trwania umowy jest przeważnie indeksowany inflacją. Rośnie więc wraz ze wzrostem cen w gospodarce bez konieczności corocznej negocjacji stawek. Właściciel musi jedynie płacić podatek dochodowy opowiada. Jego zdaniem, zakup tego typu lokalu można sfinansować kredytem hipotecznym, ale nie w całości, gdyż banki niechętnie podchodzą do finansowania kwoty VAT-u , którego stawka w tym przypadku wynosi 23 proc. Np. do ceny 250 tys. zł netto, trzeba doliczyć 57,5 tys. zł podatku. - Urząd skarbowy powinien jednak zwrócić nabywcy podatek, ale wcześniej trzeba się zarejestrować w urzędzie skarbowym, jako tzw. czynny podatnik VAT. Nie zmienia to jednak faktu, że pieniądze te trzeba posiadać w momencie zawierania transakcji. Bank może ponadto wymagać wkładu własnego. Nabywca musi też ponieść pewne koszty transakcyjne (np. taksa notarialna, opłaty sądowe). Sumując, inwestycja w taki lokal wymaga posiadania w gotówce co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych wylicza Bartosz Turek.

Blisko centrum

Inwestowanie w lokale użytkowe wymaga większej wiedzy z zakresu zarządzania tego typu obiektami niż w przypadku np. standardowych mieszkań. Z drugiej strony, przy dobrze wyeksponowanych lokalizacjach można liczyć na wyższe stopy zwrotu (8-12 proc.) niż w przypadku mieszkań. - Inwestorów interesują tylko topowe lokalizacje gwarantujące łatwość wynajmu i szerokie przeznaczenie lokalu, dające możliwość łączenia np. funkcji biurowej i handlowej. Tu kluczowe znaczenie ma lokalizacja. Powodzeniem cieszą się lokale w ciągach komunikacyjnych, w pobliżu reprezentacyjnych części miasta, a także na nowych osiedlach, gdzie z reguły brakuje jakiejkolwiek infrastruktury handlowej bądź usługowej. Np. w Warszawie, zainteresowaniem cieszą się lokale w centrum lub jak najbliżej centrum, koniecznie z najemcą, który podpisał umowę na co najmniej pięć lat, bez możliwości wcześniejszego jej wypowiedzenia. Trudno dziś znaleźć lokal spełniający te warunki opowiada Marcin Jańczuk, przedstawiciel spółki Metrohouse&Partnerzy.

Tymczasem Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości / www.tomaszbleszynski.pl / podchodzi sceptycznie do inwestowania w lokale użytkowe w obecnych realiach.

-  Przedsięwzięcia tego typu były bardzo rentowne w latach 2006-2008 r., kiedy można było kupić lokal użytkowy w nowo powstającej inwestycji deweloperskiej w niezłej lokalizacji za bardzo rozsądne i pieniądze. Lokale te były najczęściej w tzw. stanie surowym lub deweloperskim, co dawało jeszcze możliwości zaplanowania i aranżacji wnętrz na potrzeby potencjalnego najemcy. Często w takiej inwestycji na parterach było tylko kilka lokali, co było również plusem ze względu na ograniczoną konkurencję i ewentualnie szybkie zagospodarowanie. Kupiony w dobrej lokalizacji lokal bez problemu można było wynająć na dobrych warunkach, np. na placówkę banku, aptekę, czy sklep podpisując umowę nawet na 10 lat opowiada Błeszyński.

- Obecnie takie projekty nie mają większych szans na powodzenie, ze względu na dużą podaż lokali użytkowych, brak popytu ze strony najemców i spadki czynszów dodaje. Jak zauważa, trudno dziś o znaleźć dobrego najemcę, który nie tylko będzie regularnie płacił czynsz, ale i użytkował lokal przez długi czas. - Kłopoty mają również gminy ze swoimi lokalami, gdzie nie mogą wyegzekwować milionowych długów od najemców. W tym stanie gospodarki, taką inwestycje należy uznać za ryzykowną mówi Błeszyński.

Dorota Kaczyńska 16-02-2013,

ekonomia24

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

50 profesji chce "otworzyć" Ministerstwo Sprawiedliwości, generując tym samym nowe miejsca pracy. Bez testów, egzaminów, kursów i licencji. Dostęp do wielu zawodów ma być znacznie łatwiejszy. Zmniejszy się bezrobocie, ale co z jakością usług?

Polska pod względem liczby zawodów regulowanych jest rekordzistką w Europie, ograniczając dostęp do 380 z nich. Niesie to za sobą wiele negatywnych skutków gospodarczo-społecznych - tak uwolnienie zawodów tłumaczy Ministerstwo Sprawiedliwości. Wśród tych skutków Ministerstwo wymienia niższy poziom zatrudnienia w sektorach objętych regulacją, a tym samym wyższy poziom bezrobocia w grupach szczególnie na nie narażonych. "Szereg barier, jakie stawiane są przed osobami w zakresie spełnienia wymogów do wykonywania zawodu regulowanego zniechęca je do podejmowania wysiłku w zdobyciu odpowiednich uprawnień. Przyczynia się to do zmniejszenia elastyczności rynku pracy, powodując m.in. niedopasowanie alokacji siły roboczej" - czytamy w uzasadnieniu projektu ustawy. Pierwotnie zapowiadano deregulację 49 zawodów, obecnie lista powiększyła się do 50 profesji. Uwolniony zostanie m.in. zawód przewodnika turystycznego, pośrednika w obrocie nieruchomości, taksówkarza, instruktora nauki jazdy, detektywa, notariusza, radcy prawnego czy adwokata.

Zyskają bezrobotni, stracą klienci .

Ministerstwo Sprawiedliwości przekonuje, że deregulacja zawodów przyczyni się do zmniejszenia bezrobocia, ożywi rynek pracy, wymusi konkurencję, a więc wpłynie na wysokość cen. Przedstawiciele zawodów, które mają zostać uwolnione, uważają jednak, że zmiany negatywnie odbiją się na jakości świadczonych usług i przyczynią się do powstania szarej strefy.

- Ostrze deregulacyjnej siekiery najdotkliwiej godzi m.in. w zawody rynku nieruchomości, zakładając likwidację od lat istniejących i uregulowanych w ustawie o gospodarce nieruchomościami licencji zawodowych pośrednika w obrocie nieruchomościami i zarządcy nieruchomości. Licencje zawodowe stały się synonimem profesjonalizmu, bezpieczeństwa obrotu i zarządzania nieruchomościami. Specjaliści posiadający licencje wielokrotnie uchronili i chronią swoich klientów przed utratą majątku. Teraz okazuje się, że niepotrzebnie, bo rząd zamierza licencje zlikwidować, a do wykonywania tych czynności dopuścić osoby przypadkowe, bez wymaganego przygotowania, kompetencji i zweryfikowanych umiejętności zawodowych z "gimnazjalnym wykształceniem" - mówi Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości.

- Strach, cwaniactwo, krwiożercza spekulacja, oszustwa, bankructwa zapanują po tych zmianach na rynku nieruchomości. Wszystko w imię deregulacji, swobody gospodarczej, która doprowadzi do pogorszenia jakości świadczonych usług zawodowych, zagrażając bezpieczeństwu obywateli naszego państwa. Koszty społeczne i gospodarcze likwidacji licencji zawodowych pośrednika w obrocie nieruchomościami, zarządcy nieruchomości będą dotkliwe. Żal mi tylko ludzi, którzy tracić będą majątki życia na rzecz niekompetentnych, pozbawionych kontroli deregulowanych fachowców - dodaje Błeszyński.

Oburzone środowiska

Przeciwni deregulacji są także środowiska taksówkarzy i przewodników turystycznych. "Deregulacja wypaczy sens dobrze funkcjonującej formuły, jaką przez lata wypracowały kolejne pokolenia przewodników skupione w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym" - piszą w liście otwartym do Ministra Sprawiedliwości Jarosława Gowina uczestnicy II Ogólnopolskiego Forum Przewodników Turystycznych w Międzyzdrojach. "Przewodnik turystyczny jest ambasadorem zarówno swego regionu, jak i całej Polski wobec turystów zagranicznych w obszarze przekazywanej wiedzy. Pozostawienie bez weryfikacji osób będących tak silnym przekaźnikiem informacji, niesie ze sobą poważne ryzyko budowania błędnego wizerunku Polski i Polaków. To także ryzyko powielania takiego wizerunku. Jedynie ukształtowana doświadczeniem i wieloletnią tradycją formuła reglamentowania usług przewodnickich poprzez system weryfikacji zawodowej, daje możliwość utrzymania jakości i bezpieczeństwa ważnego dla grupy zawodów zaufania społecznego" - zwracają uwagę przewodnicy.

Ministerstwo wie lepiej

Zgłaszanymi ze środowisk wątpliwościami nie przejmuje się Ministerstwo. Pod koniec września projekt ustawy przyjęła Rada Ministrów, w najbliższym czasie ma on zostać przekazany do Sejmu RP. Deregulacja ma odbywać się w kilku etapach, na pierwszy ogień pójdą te zawody, które zdaniem Ministra Sprawiedliwości do tej pory były najtrudniej dostępne.

Lista zawodów przeznaczonych do deregulacji:

  • adwokat,
  • radca prawny,
  • komornik,
  • syndyk,
  • notariusz,
  • urzędnik sądowy i prokuratury,
  • spawacz w odkrywkowych zakładach górniczych,
  • spawacz w zakładach górniczych wydobywających kopaliny otworami wiertniczymi,
  • mechanik wiertni w zakładach górniczych wydobywających kopaliny otworami wiertniczymi,
  • lider klubów pracy,
  • pośrednik pracy,
  • doradca zawodowy,
  • specjalista ds. rozwoju zawodowego,
  • specjalista ds. programów,
  • doradca EURES,
  • asystent EURES,
  • geodeta w zakresie geodezyjnych pomiarów podstawowych,
  • geodeta w zakresie redakcji map,
  • geodeta w zakresie fotogrametrii i teledetekcji,
  • pracownik ochrony fizycznej I stopnia,
  • pracownik ochrony fizycznej II stopnia,
  • pracownik zabezpieczenia technicznego I stopnia,
  • pracownik zabezpieczenia technicznego II stopnia,
  • detektyw,
  • trener I klasy,
  • trener II klasy,
  • trener klasy mistrzowskiej,
  • instruktor sportu,
  • przewodnik turystyczny miejski,
  • przewodnik turystyczny terenowy,
  • przewodnik turystyczny górski,
  • przewodnik górski międzynarodowy,
  • pilot wycieczek,
  • bibliotekarz,
  • pracownik dokumentacji i informacji naukowej,
  • egzaminator osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdem,
  • instruktor nauki jazdy,
  • taksówkarz,
  • zarządca nieruchomości,
  • pośrednik w obrocie nieruchomościami,
  • marynarz żeglugi śródlądowej,
  • mechanik statkowy żeglugi śródlądowej,
  • przewoźnik żeglugi śródlądowej,
  • ster motorzysta żeglugi śródlądowej,
  • szyper żeglugi śródlądowej,
  • marynarz motorzysta żeglugi śródlądowej,
  • starszy marynarz żeglugi śródlądowej,
  • bosman żeglugi śródlądowej,
  • sternik żeglugi śródlądowej.

Źródło:  Salon24

 Portal Skarbiec.Biz

18.02.2013

 

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

Od połowy stycznia tego roku zmieniły się zasady zadawania egzaminów teoretycznych na prawo jazdy.

Przeprowadzone egzaminy pokazały, że nowe testy zalicza bardzo niewielu kursantów. Statystycznie porównywać to możemy z egzaminami na uprawnienia zawodowe rzeczoznawców majątkowych gdzie również zdawalność jest niewielka.

Co zatem dalej robić ? Może stworzyć nowy zawód  rzeczoznawcy prawa jazdy ? Czy też wszystko razem zderegulować ???

Tomasz Błeszyński /02/2013/

 

 

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

W ciągu roku cena mkw. używanego lokalu spadła w Warszawie o ok. 4,6 proc., czyli o ok. 400 zł. We Wrocławiu sprzedający żądają za 1 mkw. lokalu o ok. 8,6 proc. mniej, czyli prawie o 550 zł.

Do 40 procent są zawyżone ceny wywoławcze używanych mieszkań. W ofercie są lokale nawet z 2005 roku. Mariusz Cygan z gdańskiego oddziału Metrohouse & Partnerzy szacuje, że na trójmiejskim rynku przeszacowane nieruchomości to ok. 40 proc. oferty. Najczęściej to mieszkania w najpopularniejszych, a zarazem najlepiej skomunikowanych dzielnicach, jak gdańskie Starówka, Wrzeszcz czy rejony nadmorskie mówi Mariusz Cygan. Dodaje, że ceny ofertowe są zawyżone od 10 do 30 proc. Podczas negocjacji można je zbić o 510 proc. mówi Mariusz Cygan. Przeszacowane nieruchomości zalegają w ofercie nawet kilka lat. Np. od 2008 r. czeka na nowego właściciela 53-metrowy dwupokojowy lokal na gdańskiej Starówce, wyceniony na 563 tys. zł. Rok później trafiło do oferty 90-metrowe mieszkanie, także na Starówce, za które właściciel chce dostać 1 mln zł. Od 2010 r. jest w ofercie  83-metrowe lokum w Gdańsku Wrzeszczu. Cena: 1,3 mln zł.  Przykłady można mnożyć.

Coś na targowanie

Zdaniem Marka Kiełpikowskiego, szefa bydgoskiej agencji Arenda M. Kiełpikowski, większość nieruchomości jest zbyt drogo wyceniana przez właścicieli, którym nie zależy na szybkiej transakcji. Zalegają w bazach miesiącami czy wręcz latami. Można by pomyśleć, że nie mają wpływu na rynek. Tymczasem stają się punktem odniesienia przy ustalaniu ceny ofertowej nowych lokali trafiających na rynek zauważa Marek Kiełpikowski. Dodaje, że taka wycena jest nierealna. Pod uwagę trzeba bowiem brać ceny transakcyjne, które są znacznie niższe niż wywoławcze podkreśla pośrednik z Bydgoszczy. Ceny transakcyjne trudno jednak ustalić. Łatwiej otworzyć Internet i do stawek z sieci dodać coś na targowanie". I tak się nakręca spirala cen ofertowych ocenia.

  Także Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości, twierdzi, że właściciele nieruchomości życzą sobie za dużo w stosunku do realiów rynkowych. W zależności od rodzaju mieszkania, standardu czy lokalizacji, ceny ofertowe są przeszacowane od 20 do 40 procent szacuje Tomasz Błeszyński. Dotyczy to zarówno małych, jak i dużych mieszkań. O cenie decyduje chciejstwo właściciela lub jego sytuacja finansowa. Oczywiście atrakcyjne nieruchomości są droższe, bo właściciele liczą na dobrego klienta zauważa Tomasz Błeszyński.

Kiedy obniżą

W Krakowie, jak mówi Katarzyna Liebersbach-Szarek, pośredniczka z agencji Nieruchomości Łobzowskie, sprzedający liczą na odbicie cen. Stawki wywoławcze odbiegają od rynkowych nawet do 2030 procent szacuje Katarzyna Liebersbach-Szarek. Nic dziwnego, że mieszkania sprzedają się i trzy lata dodaje. Pośredniczka pamięta np. 70-metrowy lokal przy ul. Kieleckiej, wyceniony na 570 tys. zł, który czeka na chętnego od dwóch lat. Często zawyżane są ceny mieszkań w kamienicach w starej części miasta, i to nawet o 30 proc. Przeszacowane są też nowe apartamenty kupowane na kredyt na tzw. górce cenowej. Wszystko zależy, czy klient chce sprzedać czy sprzedawać. Jeśli zależy mu na transakcji, to obniża cenę po dwóch-trzech miesiącach. Jeśli  nie ma przymusu, to sprzedaje i sprzedaje opowiada pośredniczka.

Zdaniem Cezarego Szubielskiego z warszawskiej agencji Krupa Nieruchomości ok. 30 proc. cen ofertowych odbiega od transakcyjnych nie więcej niż 10 proc. Można to uznać za normalne zjawisko. Przy każdej transakcji mamy do czynienia z negocjacją cen tłumaczy Cezary Szubielski. Dodaje, że reszta, czyli 70 proc. ofert, jest przeszacowana ponad 10 proc. Niektóre mieszkania są wystawione do sprzedaży od lat, a ich cena pozostaje niezmieniona. Drugą grupę stanowią nowe ogłoszenia, które naśladują cenowo te stare mówi  Szubielski. Wiele zalegających od lat na rynku lokali było kupionych na chwilę przed wejściem Polski do UE z myślą o sprzedaży z zyskiem. Przeważają jednak lokale kupione ok. pięć lat temu, czyli w czasie maksimum cenowego. Dzisiejsza ich sprzedaż wiązałaby się ze stratą, na co właściciele nie chcą lub nie mogą sobie pozwolić tłumaczy Cezary Szubielski. I podaje przykłady zalegających od lat ofert. Np. 94-metrowe mieszkanie na warszawskich Stegnach kosztuje 980 tys. zł. Oferta pochodzi z 2005 r. Rok krócej czeka na chętnego 54-metrowy lokal przy ul. Skarbka z Gór na stołecznej Białołęce wyceniony na 465 tys. zł.

Druga strona medalu

Zdaniem Cezarego Szubielskiego niektórzy sprzedający używane mieszkania zbyt późno obniżają ceny, dlatego mieszkania nikt nie kupuje. Gdy 1 mkw. mieszkań kosztował 10 tys. zł, chcieli 9 tys. zł. Gdy ceny spadły do 8 tys., obniżali stawkę do 9. I tak dalej. Po czterech latach rozczarowań z bólem serca tną cenę do 7 tys. zł opowiada pośrednik z Warszawy. Zna on też sprzedających, którzy wyczekują kolejnego wzrostu cen. Na powrót stawek z boomu mogą tak czekać nawet kilkanaście lat mówi Cezary Szubielski. Tylko nieliczni właściciele są gotowi sprzedać nieruchomość za cenę rynkową, by się szybko pozbyć kłopotu. Rzadko się zdarza, by argumentem do sprzedaży dla osób uparcie trwających przy wysokiej cenie był nabywca z gotówką. Nieczęsto też taki klient pyta o przeszacowany obiekt, mając w ofercie wiele podobnych, znacznie tańszych, których cenę da się negocjować mówi pośrednik.

Na drugą stronę medalu zwraca uwagę Marzena Wasilewska z sieciowej agencji Metrohouse & Partnerzy. Część klientów wycofuje oferty z rynku, bo potencjalni nabywcy oferują im zbyt niskie ceny. Niektórzy uważają, że dostaną mieszkanie w Warszawie za półdarmo. Choć oczywiście zdarzają się duże rabaty przyznaje Marzena Wasilewska. Dodaje, że to takiej opinii sama się przyczyniła. Transakcja dotyczyła 48-metrowego trzypokojowego mieszkania na Służewcu na czwartym piętrze wielkopłytowego bloku bez windy. Cena: 270 tys. zł. Była to jednak specyficzna sytuacja. Klient poprosił mnie o ustalenie stawki tak, abyśmy mogli sprzedać mieszkanie w ciągu miesiąca przed świętami opowiada Marzena Wasilewska. Wynikiem był napływ kupujących oczekujących takich właśnie cen. Niestety, są one wyższe średnio o ok. 100 tys. zł mówi przedstawicielka Metrohouse & Partnerzy.

Aneta Gawrońska  04-02-2013 Rzeczpospolita

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

Emigracja podatkowa staje się modna i praktyczna.

Ponad 1800 zamożnych Amerykanów zrezygnowało z obywatelstwa w USA z powodu min. wysokich podatków. Eduardo Saverin, współzałożyciel serwisu społecznościowego Facebook, również pozbył się amerykańskiego obywatelstwa. Bogaci amerykanie sprzedają swoje rezydencje i opuszczają kraj. Osiedlają się w krajach przychylnych podatkowo min. w Bazyli czy Singapurze. Podobne zjawisko zaczyna występować w niektórych krajach Unii Europejskiej. Korzystanie z rezydencji podatkowej staje się powoli koniecznością ze względu na apetyty polityczne niektórych rządów spowodowane kryzysem.                                                                                                                                                   Tomasz Błeszyński

Doradzimy gdzie inwestować : www.tomaszbleszynski.pl

 

Kategoria: Biznes
 
Uciekają z Piotrkowskiej 2013-02-01 15:12
 Oceń wpis
   

Kolejne dwa sklepy zniknęły z Pietryny. Z początkiem stycznia z Piotrkowskiej zniknęła działająca od wielu lat Olimpia oraz nagrodzony w listopadzie za najczystszą witrynę sklep Militaria.pl.

Salon jednej z najbardziej znanych łódzkich firm - dziewiarskiej Olimpii mieścił się na rogu Piotrkowskiej i Więckowskiego od 14 lat. Przyczyną likwidacji był zbyt wysoki czynsz w miejskiej kamienicy oraz coraz mniejsza liczba klientów.  - Głównym czynnikiem decydującym o zamknięciu sklepu był niezadowalający efekt ekonomiczny. Wysokie czynsze oraz brak możliwości ich renegocjacji w połączeniu z przeobrażeniami otoczenia przełożyły się na taki stan rzeczy - wyjaśnia Mikis Jeropulos, dyrektor ds.ekonomiczno-finansowych Olimpii. - Przez lata nie zapewniono miejsc parkingowych, nie zadbano też o wystrój ulicy. To nie jest miejsce, gdzie z przyjemnością robi się zakupy.

Niemal jednocześnie zamknął się sklep Militaria.pl, który zaledwie dwa miesiące temu wygrał konkurs na najczystszą witrynę. - Decyzja o zamknięciu była podyktowania słabnącym ruchem handlowym na ulicy Piotrowskiej - przyznaje Tomasz Szulc, dyrektor marketingu Militaria.pl. Administratorka kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 25 zapewnia, że próbowała zatrzymać klienta. - Chciałam obniżyć czynsz, ale sklep nie był zainteresowany - mówi. - Niestety handel na Piotrkowskiej na zawsze się skończył. Także gastronomia na naszym odcinku się nie sprawdza. Jedyną szansą jest działalność nietypowa, z dobrym pomysłem.

Marcin Masłowski, rzecznik prezydenta Łodzi zapewnia, że miasto nie mogło renegocjować Olimpii stawki. - Setki innych sklepów jakoś na Piotrkowskiej dają sobie radę - podkreśla.

Zdaniem Tomasza Błeszyńskiego, doradcy rynku nieruchomości wysokość czynszów jest tylko jednym z czynników wpływających na zainteresowanie lokalami. - Co z tego, że wynajmę lokal za złotówkę, skoro żaden klient do mnie nie przyjdzie? - pyta retorycznie. - Z Piotrkowskiej klientów wysysa Manufaktura, brakuje jej też dojazdu, parkingów i właściwej promocji.

Magistrat zapewnia, że o Piotrkowską dba, między innymi przez program "Lokali dla kreatywnych" ­tanich lokali dla artystów i ludzi z ciekawymi pomysłami. - Miejmy nadzieję, że remont Piotrkowskiej ożywi handel na nich i będzie przyciągała jeszcze więcej łodzian na zakupy, niż obecnie - podkreśla Masłowski.

Matylda Witkowska

2013-01-30

Źródło : www.dzienniklodzki.pl

 

Kategoria: Biznes
 

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
doradca rynku nieruchomości, coach biznesu, bloger, analityk, wykładowca, think - tank, fan - muzyki, literatury, filmu, sztuki, architektury i biegania.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-09-25 17:18
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Nowelizacja Ustawy o gospodarce nieruchomościami podpisana
Świetny artykuł, ma Pan rację rzeczoznawstwo nie jest zawodem wybranym, jest jeden rynek, jest[...]
 
2017-09-14 20:37
Z.Maria do wpisu:
Będą chętni na drewniane domy
Witam Pana, Bardzo dobry komentarz i trafne spostrzeżenia. To może być dobry pomysł z tymi[...]
 
2017-09-06 20:46
Marek I. do wpisu:
Trudny wybór po ciężkiej walce
uczucie takiej walki na pewno nie raz niejednemu towarzyszące, mnie na pewno też. Czasem nie[...]
 
2017-09-02 14:10
Michoł do wpisu:
Inwestorzy podbijają ceny mieszkań
Pan Błeszyński może mieć rację, bo chciwość deweloperów na pieniądze jest nam znana od lat. Oby[...]
 
2017-08-31 22:14
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Trudny wybór po ciężkiej walce
Dokładnie tak - trafnie Pan to określił - ciężki życiowy wybór. Jak zachować w tym wszystkim[...]