Tomasz Błeszyński - od 2007 r. na blogu Money.pl
 Oceń wpis
   

Miliony złotych na Orientarium z miejskiej kasy?

Władze miasta, odkąd tylko ogłosiły pomysł budowy w Łodzi nowoczesnego Orientarium w łódzkim zoo, zapewniają że mieszkańcy nie dołożą do tego ani złotówki.

Miejska kasa miała zostać nietknięta. Miała, bo magistrat już do tej pory wziął z niej na inwestycję kilka milionów i na pewno weźmie jeszcze więcej. Niewykluczone nawet, że będzie dokładać gotówkę już po uruchomieniu nowych pawilonów.

Ile dokładnie? Tego nikt nie wie, ale na wszelki wypadek w dokumentach zapisano setki milionów złotych.

Maciej Trojanowski / Paulina Stępień

Radio Łódź

Posłuchaj i dowiedz się więcej: https://www.radiolodz.pl/posts/26635-miliony-zlotych-na-orientarium-z-miejskiej-kasy

Komentarz Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości

Pomysł byłby dobry tylko wielka szkoda, że niezrealizowany z 8 - 5 lat temu. Teraz tylko nieudolnie gonimy inne miasta szukając atrakcji turystycznych na siłę. Niestety i tu przegramy z innymi miastami. Teraz w dobie autostrad kiedy szybko i sprawnie można dojechać w bardziej interesujące miejsca niż Łódź. Co mnie, jako rodowitego łodzianina bardzo boli, że z roku na rok odstajemy od czołówki polskich metropolii. Orientarium będzie kolejnym symbolem, PR władzy, jak przystanek przesiadkowy zwany stajnią Jednorożca czy tunel trasy WZ. Moim zdaniem tą inwestycja Pani Prezydent puszcza oko do przyszłych wyborców. Nie wiem może się mylę, jak będzie czas pokaże, czy ta inwestycja zmieni oblicze miasta.

Łódź 11 lipiec 2016 r.

 
 Oceń wpis
   

Czy są chętni na pakiety mieszkaniowe? Jak inwestorzy finansują zakup?

Pakietowych zakupów nieruchomości właściwie już nie ma mówi pośredniczka Joanna Lebiedź z agencji Re/Max Action. Przynajmniej nie na taką skalę jak w latach 20072008. Część inwestorów do dziś nie może wyjść z tych inwestycji z oczekiwanym zyskiem. I nie chodzi o to, że mieszkania te nie są sprzedawalne. Po prostu nie można zarobić tyle, ile się spodziewano zarobić. Czasem trzeba się nawet liczyć ze stratą.

Szansa dla najmów

Jak mówi Joanna Lebiedź, dziś najlepiej sprzedają się małe dwa trzy pokoje. W tym segmencie widać stabilizację. Ale daleko nam jeszcze do pewności, że inwestycja w takie lokale przyniesie za chwilę krociowe zyski przy odsprzedaży zastrzega pośredniczka. Na pewno warto się zastanowić nad kupnem takich nieruchomości z myślą o wynajmie. Wszystko wskazuje na to, że rynek wynajmów ma szansę na rozkwit ocenia. Zdaniem Joanny Lebiedź tak długo, jak długo banki nie będą proponować korzystnych warunków kredytowania, tak długo można będzie twierdzić, że w Polsce warto się stać rentierem.

W ocenie Tomasza Błeszyńskiego, eksperta na rynku nieruchomości, inwestorzy szukają dziś przede wszystkim okazji. Na ich celowniku są lokale zadłużone, oferowane choćby na licytacjach. Kupują kawalerki lub dwa pokoje o powierzchni od ok. 30 do 50 mkw. Koncentrują się raczej na dużych miastach, gdzie łatwiej o najemców opowiada. I dodaje, że inwestorzy najczęściej wykładają gotówkę, likwidując np. nieopłacalne lokaty bankowe. Część inwestorów wspiera się kredytem w 1520 proc.

Pytany o pakietowe zakupy Tomasz Błeszyński odpowiada, że jeśli dużą partię mieszkań po okazyjnej cenie sprzedaje np. syndyk, to warto się zastanowić i obliczyć rentowność inwestycji.

O dużej aktywności inwestorów mieszkaniowych mówi Joanna Gregor, dyrektor oddziałów Freedom Nieruchomości w Lesznie i Wrocławiu. W Lesznie dominuje rynek wtórny. Wiele transakcji jest zawieranych w dużych miastach w pobliżu, np. w Poznaniu opowiada Joanna Gregor. Ośmiu na dziesięciu kupujących atrakcyjnie wycenione mieszkania w dobrych poznańskich lokalizacjach to inwestorzy. Firmy inwestują zaś w rynek pierwotny dodaje dyrektor. Z analiz Freedom Nieruchomości wynika, że w Lesznie brakuje mieszkań i pokoi na wynajem. A inwestorzy najchętniej wynajmują lokale na pokoje, bo to daje większe zyski.

Płatność w transzach

Joanna Gregor zauważa, że inwestorzy, mimo że dysponują gotówką, często nie chcą jej w całości wydawać. Bywa, że zadłużają się na ok. 50 proc. transakcji. Zdarzają się niewielkie pakietowe zakupy, po dwatrzy mieszkania, oczywiście z rynku pierwotnego. Płatności odbywają się w transzach za poszczególne etapy opowiada dyrektor.

O satysfakcjonujących zyskach możliwych do osiągnięcia na rynku nieruchomości mówi także Diana Polak, broker z Freedom Nieruchomości w Katowicach. Na inwestycje w mieszkania decyduje się coraz więcej osób mówi Diana Polak. Nie wszystkie jednak decyzje okazują się trafne przestrzega. Najważniejsza jest stopa zwrotu z inwestycji. Jeśli inwestor dysponuje mniejszym kapitałem, w grę wchodzą kawalerki i dwa pokoje wymagające często odświeżenia albo kapitalnego remontu opowiada Diana Polak. Za większe pieniądze kupowane są często duże nieruchomości, które można podzielić na kilka pokoi lub nawet kawalerek.

W Katowicach, jak mówi przedstawicielka Freedom Nieruchomości, inwestorzy dzielą się na dwie grupy. Są tacy, którzy mają spory kapitał i chcą go ulokować w nieruchomościach, by pieniądze zaczęły zarabiać. Ale są i tacy, którym brakuje pieniędzy, ale widzą potencjał w inwestowaniu w nieruchomości i decydują się na kredyt opowiada. Z analiz katowickiego oddziału Freedom Nieruchomości wynika, że na transakcje pakietowe decydują się zwykle gotówkowicze. Czasem, jak mówi Diana Polak, kupują cały budynek, np. kamienicę lub blok. Łatwiejsze staje się wówczas zarządzanie i monitorowanie całej inwestycji.

Warto też wspomnieć o crowdfundingu. To pomysł na wspólne inwestowanie grupy osób, dzięki czemu kwota końcowa wspólnie zgromadzonych środków pozwala na przeprowadzenie większego projektu inwestycyjnego i podział wygenerowanych w ten sposób zysków przypomina przedstawicielka Freedom Nieruchomości. Radzi, by przy zakupach mieszkaniowych pamiętać o kosztach utrzymania nieruchomości. Trzeba się też zastanowić, kto wynajmie nasze mieszkanie. Na jaką grupę najemców można liczyć w danej lokalizacji, w danym otoczeniu? Same liczby mogą pokazać satysfakcjonujący wynik. Ale to teoria, natomiast cechy nieruchomości mogą sprawić, że nikt nie będzie chciał w niej mieszkać przestrzega Diana Polak.

Aneta Gawrońska

Żródło: Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/Mieszkania-i-apartamenty/306289956-Inwestycje-czy-inwestorzy-kupuja-mieszkania-w-pakietach.html#ap-2

Wszystkie prawa zastrzeżone

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

"Nie!" dla "gaci". Będą kary za suszenie prania na balkonie?

- Będziemy zmuszać do zdejmowania gaci - mówi prezydent Lubina. I chociaż chodzi mu o "gacie" suszące się po praniu, to i tak wzbudza tymi słowami mnóstwo kontrowersji. Bo mieszkańcy gdzieś pranie muszą suszyć, a prawnicy mówią, że "gaciowego" zakazu nie da się wyegzekwować. Robert Raczyński, prezydent Lubina podczas wywiadu radiowego zaczął mówić o pomyśle likwidacji szpecących reklam. I pewnie przyklasnęliby mu mieszkańcy, gdyby nie to, co powiedział potem. - Docelowo będziemy zmuszać do zdejmowania gaci z balkonów, bo to jest przykry widok w nowoczesnym, XXI wieku w mieście - powiedział prezydent w audycji radia "Elka". W mieście zawrzało. No kto i na jakiej podstawie mógłby "zmuszać" do suszenia prania w domu? Jacek Mamiński, rzecznik prezydenta szybko wyjaśnił, że miasto będzie "apelować" o to, żeby pranie nie wisiało na oczach przechodniów.

- Chodziło przede wszystkim o to, żeby wywołać publiczną dyskusję w sprawie estetyki w miastach - tłumaczy przed kamerą TVN24. Jak nie na balkonie, to gdzie? Jeżeli faktycznie chodziło o dyskusję, to się udało. O tym, gdzie pranie może wisieć, a gdzie nie mówi się już nie tylko w Lubinie. - Wiadomo, że to wygląda nieestetycznie, ale trzeba zrozumieć tych, którzy mają małe mieszkanka i nie mają gdzie wywiesić prania - mówi TVN24 jedna z mieszkanek Lubina. - W całej Europie widać powywieszane pranie i nikomu to nie przeszkadza - dodaje zdziwiona mieszkanka Łodzi.

"Gacie" kontra finanse

Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości broni jednak pomysłu lubińskich samorządowców. Tłumaczy, że "gacie" wywieszone na balkonach są nie tylko nieestetyczne, ale mogą w realnym stopniu uderzać w portfele samych mieszkańców. - Nieruchomości są mniej warte, jeżeli znajdują się w nieatrakcyjnym otoczeniu. Niestety, wciąż jest sporo osób, które twierdzą, że pranie suszące się w miejskim kurzu i pyle jest lepsze niż to z bębna pralki - podkreśla. Dodaje przy tym, że tego typu spadki cen są charakterystyczne m.in. dla Niemiec czy Anglii. W Polsce trudno oszacować ewentualne straty finansowe tych, którzy chcą sprzedać lokal w sąsiedztwie suszącej się bielizny. Dlaczego? Po prostu mało osób zwraca na to uwagę.

Nielegalne suszenie ?

Nie zmienia to faktu, że niektóre spółdzielnie mieszkaniowe wprowadziły zakazy wywieszania prania w miejscu, gdzie będzie widoczne dla osób postronnych. Tak jak Kujawska Spółdzielnia Mieszkaniowa w Inowrocławiu, w regulaminie której stanęło: "Suszenie drobnej odzieży, bielizny itp. dozwolone jest tylko wewnątrz balkonu i loggi do poziomu górnych krawędzi ich balustrad". Tyle, że takie rygory są - zdaniem prawników - tylko sugestią. Podobnie zresztą jak deklaracja prezydenta Lubina. - Trudno sobie wyobrazić kary za sposób korzystania z własnego balkonu - komentuje całe zamieszanie łódzki adwokat Bronisław Muszyński.

Link do reportażu: www.tvn24.pl/lodz,69/nie-dla-gaci-beda-kary-za-suszenie-prania-na-balkonie,656481.html

Źródło: TVN24 (http://www.tvn24.pl)

 
 Oceń wpis
   

Ministerstwo Budownictwa chce uzależnić ważność umów pośrednictwa w obrocie nieruchomościami od informacji o OC.

To zły pomysł uważa wielu pośredników w obrocie nieruchomościami. Trwają prace nad zmianami w przepisach dotyczących zawodu pośrednika, zarządcy i rzeczoznawcy majątkowego. Chodzi o ustawę o gospodarce nieruchomościami.

Autorem propozycji jest Ministerstwo Budownictwa i Infrastruktury. To pierwszy duży projekt od czasu deregulacji tych zawodów przed trzema laty. Nie wszystkim jednak ich przedstawicielom te propozycje się podobają.

Najbardziej krytykują tę dotyczącą ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej.

Projekt bowiem uzależnia ważność umowy pośrednictwa, zarządzania oraz operatu szacunkowego od zawarcia w nich informacji o OC danego pośrednika, zarządcy lub rzeczoznawcy majątkowego.

Obecnie również przepisy zobowiązują te trzy zawody do wykupienia OC. Nie ma jednak sankcji za ich nieposiadanie. Ma się to zmienić.

Uzależnienie ważności umowy od podania w niej informacji o OC nie ma wpływu na jakość usług świadczonych przez osoby wykonujące zawód pośrednika czy zarządcy mówi Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości. Tymczasem od trzech lat, tj. od czasu wejścia w życie deregulacji, zawód pośrednika i zarządcy może wykonywać praktycznie każdy, bo nie ma przepisów określających podstawowe standardy dla tych zawodów. Dlatego zdaniem Błeszyńskiego przede wszystkim ich stworzeniem powinno zająć się ministerstwo.

Pośrednicy domagają się, aby ministerstwo na nowo określiło standardy zawodu.

Pośrednicy zgodnie też podkreślają, że OC posiadają praktycznie wszyscy. Nie znają jednak przypadku wypłaty odszkodowania z OC pośrednika lub zarządcy. Umowy ubezpieczenia są bowiem tak sformułowane, że trudno z nich cokolwiek wyegzekwować.

Skoro tak, to po co obwarowywać sankcją nieważności umowy zawierane z klientami zastanawia się Mariusz Kania z Polskiej Izby Nieruchomości.

Tomasz Błeszyński zwraca też uwagę na brzmienie proponowanego zapisu.

Nakłada on obowiązek podania jedynie informacji o ubezpieczeniu OC tłumaczy Błeszyński. A co w sytuacji, gdy ta informacja będzie się rozmijała z prawdą? Taka umowa zgodnie z tym projektem będzie ważna podkreśla ekspert.

Takich zastrzeżeń nie ma natomiast Wojciech Nurek, rzeczoznawca majątkowy. Dziś do operatu szacunkowego rzeczoznawcy dołączają kopię polisy lub nie, bo nie ma takiego obowiązku. Po zmianach każdy zamieści informację o OC. Nie widzę w tym absolutnie nic złego.

Podobnie jednak jak w wypadku pośredników i zarządców, zastanawia się nad sensem obowiązkowego OC.

Nie znam żądnego klienta rzeczoznawcy, który by z niego skorzystał dodaje Wojciech Nurek.

Wszystkim pośrednikom i zarządcom podoba się pomysł powrotu do postanowień sprzed deregulacji. Dzięki projektowi będą mogli oni samodzielnie zweryfikować stan prawny nieruchomości, występując w tej sprawie do urzędów, a te będą miały obowiązek wydać zaświadczenia, np. z ewidencji gruntów i budynków.

To bardzo dobry pomysł. Dziś nie jest to możliwe, co bardzo nam na co dzień utrudnia pracę mówi Tomasz Błeszyński.

Renata Krupa-Dąbrowska Źródło: Rzeczpospolita Publikacja: 27.06.2016 http://www.rp.pl/Nieruchomosci/306279901-Obrot-nieruchomosciami-tylko-z-OC.html#ap-2

 
 Oceń wpis
   

Będą kolejki po mieszkania jak w PRL.

Po lokal od państwa może się ubiegać każdy. Założenia programu Mieszkanie+ ogłosiła w piątek premier Beata Szydło. Ma on się opierać na trzech filarach. Za budowę tanich mieszkań na gruntach Skarbu Państwa będzie odpowiadał Narodowy Fundusz Mieszkaniowy. Lokal, w zależności od adresu, będzie można wynająć za 10 20 zł za mkw. Najemca zyska prawo przejęcia mieszkania na własność, dopłacając do czynszu 20 proc. Nabór do pierwszych budowanych lokali ma ruszyć w drugiej połowie 2017 r. Pierwsze budowy tanich mieszkań miałyby się rozpocząć na początku 2018 r. Rząd podaje, że mkw. lokalu da się wybudować i wykończyć średnio za niespełna 2,6 tys. zł.

System punktowy

Fundusz z założenia nie będzie korzystał ze środków budżetowych. Dysponując gruntami Skarbu Państwa i gmin, będzie mógł je sprzedawać, wymieniać, zaciągać kredyty, emitować obligacje. Wciąż jednak nie wiadomo, jak dużo terenów przejmie. Spis gruntów dopiero się tworzy. Nie wiadomo więc, ile tanich lokali może powstać. Program jest adresowany do wszystkich Polaków, w każdym regionie kraju mówi premier Beata Szydło. Nikogo nie wykluczamy, nie wprowadzamy chociażby kryterium wieku. Szeroko otwarte drzwi przyciągną zapewne kolejki chętnych na tani dach nad głową. Dlatego, jak mówi premier, rząd wprowadzi kryteria przydziału lokali. Uprzywilejowane mają być rodziny wielodzietne. Pod uwagę będą brane także dochody.

Drugim filarem programu mają być indywidualne konta mieszkaniowe. Chcemy, by Polacy oszczędzali, ale nie kosztem standardu życia podkreślała Beata Szydło. Lokowane na kontach pieniądze miałyby iść na remonty, modernizacje, budowy domów. Oszczędnym państwo wypłacałoby premie. Jakie? Nie wiadomo.10 zł za mkw. już za tyle będzie można wynająć lokal w ramach nowego programu Mieszkanie+" zapowiada rząd Rząd zapowiada też wsparcie budownictwa społecznego. Gminy miałyby się skupić na budowie mieszkań komunalnych, nie socjalnych. Samorządy mogłyby liczyć na dofinansowanie kosztów budowy nawet do 55 proc. Rząd obiecuje uproszczenie procedur budowlanych.

Rewolucja na rynku

Dziś o nowym programie wiemy niewiele więcej, niż wiedzieliśmy kilka miesięcy temu komentuje Jacek Bielecki, ekspert Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Nie znamy szczegółów. Nie wiemy, jak program miałby być finansowany. Jeśli nowy fundusz przejmie grunty od Skarbu Państwa, to będzie to oznaczać finansowanie z budżetu, wbrew rządowym zapowiedziom zauważa. Bielecki mówi też, że nic nie wiemy o skali programu. Ile mieszkań powstanie, dla kogo będą budowane. Najpierw się mówi, że dla tych bez zdolności kredytowej, a za chwilę że dla wszystkich. Jeśli pierwsze budowy ruszą na początku 2018 r., to lokale będą gotowe najwcześniej za trzy lata.

Także Jarosław Mikołaj Skoczeń, ekspert Emmerson Realty, ocenia, że do realizacji obietnic droga daleka. Pomysł budowy tanich mieszkań na gruntach gminnych wydaje się dobry. Ale zanim rząd upora się z biurokracją, zanim będzie wiadomo, komu się mieszkanie należy w pierwszej kolejności, upłynie wiele czasu. Młodzi, którzy potrzebują mieszkania, zdążą się lekko zestarzeć mówi Skoczeń.

W powodzenie programu na podstawie ogólnikowych zapowiedzi niespecjalnie wierzy Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości. Program jest dla każdego, a więc dla nikogo ocenia. Oczywiście, jeśli ktoś obiecuje bardzo tanie mieszkania, które można będzie przejąć, to ustawi się po nie kolejka. Już to przerabialiśmy w czasach PRL. Najwięcej pytań budzą kwestie finansowania tych inwestycji. Bo w to, że to będzie takie perpetuum mobile, nie wierzę. Muszą być jakieś koszty wejścia. Nie wszystkie działki nadają się przecież do szybkiej zabudowy.

O rewolucji na rynku mówi Bartosz Turek, analityk Lion's Banku. Świetnym pomysłem jest premiowanie oszczędzania. To lepsze niż dopłaty w MdM" ocenia. Program budowania mieszkań na wynajem też jest wart poparcia. Wiele osób nie stać dziś ani na kupno, ani na wynajem. Tymczasem tylko na warszawskich Odolanach, na działce PKP, mogłoby powstać nawet 25 tys. mieszkań wskazuje Turek.

Jego zdaniem, jeśli ten program udałoby się zrealizować, czeka nas rewolucja na rynku. Spadną i stawki najmu, i ceny mieszkań. Problem w tym, że może to popsuć biznes i deweloperom, i inwestorom, którzy kupują mieszkania na wynajem. Tanie lokale od państwa będą ogromną konkurencją. Rząd jest zdeterminowany, więc to wszystko może się udać nie wyklucza.

Także Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl, ocenia, że nowa polityka mieszkaniowa rządu jest rewolucyjna. Pytanie, czy to jest program realny? Problematyczne jest wyliczenie kosztów mkw. rządowego lokum na 3 tys. zł w stanie pod klucz punktuje Jędrzyński. Z analiz NBP nie wynika, by taka stawka była realna w największych polskich miastach, nawet po odjęciu kosztów ziemi i marży brutto dewelopera. A młodzi Polacy są zainteresowani migracją właśnie do największych miast, gdzie warunki życia są najlepsze mówi. I podkreśla, że wciąż nie ma też konkretnej deklaracji źródeł finansowania programu. Ponownie mamy spory pakiet ogólników do przemyślenia mówi ekspert.

Aneta Gawrońska |06.06.2016| Żródło: Rzeczpospolita http://www.rp.pl/Wynajem/306069981-Mieszkanie-Plus-kto-moze-skorzystac-z-lokalu-od-panstwa.html#ap-3

 
 Oceń wpis
   

Oferta firm budowlanych jest kusząca.

Zapewniają nie tylko wykonanie projektu, budowę i wykonanie prac wykończeniowych, ale także załatwienie niezbędnych formalności oraz wieloletnią gwarancję.

Stan surowy, deweloperski, pod klucz

Wiele osób planujących budowę domu chce zakończyć inwestycję jak najszybciej. Coraz więcej firm oferuje kompleksową usługę, a jedyne, o co musi zadbać klient, to zakup działki. Jeśli ma już własny grunt, może podpisać umowę z firmą budowlaną, określając w niej zakres usługi, cenę oraz termin zakończenia inwestycji. Następnie wspólnie z profesjonalnym doradcą klient musi dokonać wyboru projektu. Do dyspozycji ma bogatą bazę gotowych wzorów. Może też zlecić wykonanie indywidualnego projektu. Zakres samych prac budowlanych zależy od preferencji klienta - może zamówić doprowadzenie inwestycji do stanu surowego, deweloperskiego lub pod klucz.

W pierwszym przypadku firma wykona prace murarskie oraz dach budynku. Zapewni także przyłączenie budynku do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej oraz zasilenie w energię elektryczną. Jeśli zlecenie obejmie prace deweloperskie, klient będzie mógł liczyć także na wykonanie systemu centralnego ogrzewania, wykonanie tynków wewnętrznych oraz instalacji elektrycznej.

Natomiast prace pod klucz obejmą także montaż okien i drzwi zewnętrznych, wykonanie kominka, położenie glazury i parkietów, montaż drzwi wewnętrznych, malowanie ścian, montaż parapetów wewnętrznych oraz grzejników. Klientów, którzy decydują się na zlecenie całości prac, kusi przede wszystkim krótki czas realizacji zlecenia - od siedmiu miesięcy do roku. Dodatkowym atutem jest ich stosunkowo długa gwarancja - często jest to nawet dziesięć lat.

- Pierwsze dwa miesiące trwa przygotowanie dokumentacji, kolejne trzy są potrzebne na uzyskanie stanu surowego, dwa miesiące potrzeba na prace deweloperskie, a kolejne dwa na przygotowanie domu pod klucz - wymienia Robert Skulimowski z firmy New-House, która oferuje kompleksowe usługi budowy domów. - Realizujemy całość inwestycji, od A do Z. Możemy zaprojektować dom, wybudować go, odebrać prace, wykończyć budynek. Jeśli klient sobie tego życzy, możemy także zająć się zagospodarowaniem ogrodu - zapewnia. Chociaż trudno podać jedną cenę, bo zależy ona od zakresu zlecenia, w przypadku domu o powierzchni 150 mkw. wraz z wykonaniem prac wykończeniowych w firmie New House jest to ok. 3 tys. zł za mkw. W tej cenie jest już także uzyskanie zezwoleń. Ceny są stałe, niezależnie od tego, czy inwestycja jest prowadzona w stolicy czy małej miejscowości z dala od wielkich aglomeracji. - Coraz więcej klientów jest zainteresowanych taką formą budowy domu - mówi Robert Skulimowski. - Klienci mają mało czasu, dużo pracują, a dodatkowo odstraszają ich skomplikowane procedury - dodaje.

Podobnie ocenia sytuację Marek Osak z firmy Budmos. - Coraz więcej osób chce dostać gotowy produkt, czyli dom wykonany od początku do końca - podkreśla. - Według mnie są dwie główne przyczyny. Jest coraz więcej zamożnych klientów, którzy mają mało czasu, są zapracowani i nie mają kiedy prowadzić budowy. Wiele osób woli też taki model, bo sparzyło się na mało profesjonalnych firmach, które wykonywały różne częściowe prace. Później nie wiadomo, gdzie szukać odpowiedzialnych za zaniedbania - dodaje. Stawki za budowę domu (stan deweloperski) wahają się w jego firmie od 2,3 do 3,8 tys. zł za mkw.

Ważne materiały i konstrukcja

Dostępność i ceny podobnych usług sprawdziliśmy także jako klienci. W firmie Złotniccy usłyszeliśmy, że stawka zależy od charakteru projektu, rodzaju użytych materiałów i od konstrukcji planowanego budynku. Za wykonanie stanu surowego trzeba zapłacić średnio 1,2 tys. zł za mkw., zaś 2,4 tys. zł za mkw. domu w stanie deweloperskim. Inwestycja trwa ok. dziewięciu miesięcy. - Czas wykonania prac jest uzależniony od warunków pogodowych oraz wymagań zleceniodawcy. Jeśli zażyczy sobie np. ogrzewanie podłogowe lub kominek, proces budowlany może trwać dłużej - usłyszeliśmy. Pozyskanie dokumentacji jest dodatkowo płatne - zgromadzenie wszystkich dokumentów kosztuje ok. 4 tys. zł. Z kolei w firmie Budomax koszt budowy domu w standardzie deweloperskim to 3,5 tys. zł za mkw., a za pozyskanie dokumentacji trzeba zapłacić 3 tys. zł.

Eksperci rynku nieruchomości przewidują, że tego rodzaju usługi będą się rozwijać. - Budowa domu jednorodzinnego nie jest dziś tak skomplikowana jak kiedyś - zwraca uwagę Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości. - Inwestor indywidualny ma dziś do dyspozycji całą gamę możliwości. Może kupić nawet gotowy dom moduły. Sama procedura uzyskania wszelkiego rodzaju pozwoleń i zezwoleń również nie jest już tak uciążliwa, niedawno znowelizowano przepisy prawa budowlanego - przypomina. Jak dodaje, wykończenie domu pod klucz również nie jest trudne. Producenci wyposażenia wnętrz oferują całą gamę produktów i urządzeń często wraz ze specjalistycznym montażem.- Jedyną barierą mogą być tylko pieniądze. Standard domu i jego wykończenie nie zależą od dostępności towarów, a od zasobności portfela przyszłego właściciela - mówi doradca. - Na rynku od lat działają firmy deweloperskie, które na zlecenie klienta przygotowują wybrany przez niego dom pod klucz według jego gustu. Rynek domów jest od lat bardzo nasycony. Inwestor nie musi tak jak kiedyś samodzielnie rozpoczynać procesu inwestycyjnego. Oferta budynków do sprzedaży i indywidualnego wykończenia jest bogata. Wiele firm deweloperskich właśnie tą kompleksową usługą kusi przyszłych kupujących. Do tego na rynku wtórnym możemy kupić od ręki dom w dowolnym standardzie i lokalizacji - dodaje.

- Jeżeli nie mamy czasu i słabo się orientujemy w gąszczu przepisów i dokumentów, jakie musimy zgromadzić, to warto powierzyć inwestycję wyspecjalizowanej firmie, która to załatwi szybciej - ocenia Jarosław Mikołaj Skoczeń, ekspert firmy Emmerson Realty. Jego zdaniem Polacy coraz częściej wolą zlecić budowę firmie, niż poświęcić swój czas. - Budownictwo jednorodzinne rozwija się bardzo szybko. Dzięki rozbudowie dróg dojazdowych i obwodnic możemy budować coraz dalej od centrum. Stosunkowo tanio możemy kupić działkę budowlaną i postawić 120 -150- metrowy dom w cenie 50-metrowego mieszkania w centrum. W Europie osiedla powstają do 30 km od miasta. W Polsce też staje się to możliwe - dodaje.

Edyta Żyła

Rzeczpospolita 29.05.2016 r.

www.rp.pl/Budowa-i-remont/305299976-Urzadza-ci-nawet-ogrod.html#ap-2

 
 Oceń wpis
   

Kawalerki w blokowiskach to często łakomy kąsek dla inwestorów. Ale w Łodzi nie mają wzięcia.

W Łodzi, jak mówi Tomasz Błeszyński, ekspert na rynku nieruchomości, podaż wielkopłytowych jednopokojowych mieszkań od miesięcy utrzymuje się na stałym poziomie. - Nie ma szczególnego zainteresowania tym typem lokali. Klienci nie biją się o oferty. Mieszkania są zwykle małe - mają 23- 28 mkw., a ich stan techniczny jest średni - mówi ekspert. - Jeśli klienci decydują się za zakup mieszkania, finansując go zazwyczaj kredytem, to poszukują większego lokalu. To rozsądna decyzja. Kawalerki są może trochę tańsze, ale w przypadku zmiany np. rodzinnych planów, takie lokum staje się po prostu za małe - wyjaśnia. Także kupujący mieszkania na wynajem, jak mówi Błeszyński, szukają lokali dwupokojowych. - Na kawalerki decydują się bardzo rzadko. Jeśli już, to szukają superokazji - zwraca uwagę doradca. - Przy tak dużej podaży mieszkań na sprzedaż w Łodzi nie spodziewam się podwyżek. Dla młodych, dla inwestorów - Ceny kawalerek w wielkiej płycie na łódzkim rynku wahają się, w zależności od lokalizacji, stanu technicznego i wyposażenia, od 3 do 4 tys. zł za mkw. - podaje Tomasz Błeszyński. - W czasie negocjacji można jeszcze dostać kilka procent rabatu.

W Trójmieście, jak podaje pośrednik Paweł Grabowski z BIG Nieruchomości, ceny kawalerek wzrosły w ostatnim roku o ok. 10 - 15 proc. - Głównie dlatego, że wielu klientów postanowiło zainwestować swoje oszczędności w mieszkania na wynajem, a doświadczeni inwestorzy - kupić kolejne mieszkania - wyjaśnia pośrednik. Na 30-metrową wielkopłytową kawalerkę w przyzwoitym stanie trzeba mieć ok. 200 tys. zł. - Ceny lokali wymagających remontu zaczynają się od ok. 170-180 tys. zł. Najdroższe kawalerki są oferowane nawet za 250 tys. zł - mówi Paweł Grabowski. - Na mniejsze, 17 - 20-metrowe lokale wystarczy ok. 140 tys. zł. W najlepszych lokalizacjach takie mieszkania sprzedają się w jeden dzień - podkreśla. Mikrokawalerki wymagające kapitalnego remontu sprzedawane są za 130 tys. zł. Trójmiejska oferta jest jednak, jak mówi pośrednik z BIG Nieruchomości, bardzo przebrana. - Doświadczeni inwestorzy wiedzą, że inwestycja właśnie małe lokale przynosi największe stopy zwrotu - zauważa Paweł Grabowski. - Na początku marca Akademia Morska ogłosiła przetarg na sprzedaż kilkudziesięciu mieszkań w wymagającym remontu budynku z wielkiej płyty. Oferowanych było ponad 20 ok. 30-metrowych kawalerek. Ceny ofertowe zaczynały się od 86 tys. zł, a ceny zwycięskich ofert lokali dochodziły do 140 tys. zł - opowiada. I dodaje, że oprócz inwestorów takie mieszkania kupują m.in. rodzice dla swoich studiujących dzieci oraz młode małżeństwa, często z jednym dzieckiem. - Zainteresowanie kawalerkami w wielkiej płycie jest tak duże, że nie przewidujemy spadków cen w najbliższym czasie, również z powodu niewielkiej podaży takich mieszkań - mówi Paweł Grabowski. Pośrednik z BIG Nieruchomości pytany o okazje w wielkiej płycie mówi o kawalerkach w cenie poniżej 130 tys. zł. - Takie oferty trafiają się jednak niezwykle rzadko. Nawet na licytacjach organizowanych przez miasta, spółdzielnie mieszkaniowe lub komorników ceny rosną nawet ponad 50 proc. - zwraca uwagę. - Kawalerka do kapitalnego remontu sprzedawana ostatnio na licytacji przez miasto Gdańsk w cenie ofertowej poniżej 50 tys. zł została kupiona za ponad 100 tys. zł, mimo że w poprzednim przetargu nie było chętnych przy cenie 96 tys. zł - dodaje. W innej licytacji organizowanej przez państwową instytucję 23-metrowa kawalerka do remontu (bez łazienki tylko z WC) na poddaszu kamienicy we Wrzeszczu została sprzedana za 140 tys. zł przy cenie ofertowej 86 tys. zł. - W tego typu licytacjach bierze zazwyczaj udział od kilkunastu do kilkudziesięciu oferentów. Cena ofertowa jest zwykle okazyjna, ale transakcyjna często znacznie przekracza wartość rynkową - mówi Paweł Grabowski.

Dobry adres

W Warszawie wielka płyta, w której podaż kawalerek jest największa, króluje w tych dzielnicach, gdzie w czasach głębokiego komunizmu udawało się cokolwiek wybudować - opowiada Joanna Lebiedź, pośredniczka z Re/Max Action. - Są to przeważnie dobre lokalizacje: śródmieście (np. Żelazna Brama), bliska Wola, Gocław, dalsze Bielany (Piaski, Wawrzyszew). Są to dziś doskonale skomunikowane z miastem miejsca z pełną infrastrukturą, często tuż przy metrze - podkreśla. I dodaje, że w tamtych czasach budowano tzw. gierkowskie metraże, czyli mieszkania stosunkowo małe. - Sporo było kawalerek, mieszkań naprawdę malutkich. Niektóre mają nie więcej niż 20 mkw. Ale trafiają się i większe, 33- 37-metrowe z osobną, czasem widną kuchnią - opowiada Joanna Lebiedź. - Dziś, w dobie niezwykłych trudności w uzyskaniu kredytu, coraz więcej młodych ludzi stać jedynie na bardzo małe, a tym samym niedrogie lokale - dodaje. Pośredniczka zwraca uwagę, że ceny wielkopłytowych kawalerek są mocno zróżnicowane, w zależności od adresu. - Zdecydowanie najmniej, bo już poniżej 100 tys. zł, zapłacimy za kawalerkę na niedalekich peryferiach Warszawy, jak Błonie, Ożarów, Nowy Dwór Mazowiecki - mówi Joanna Lebiedź. - Trafiają się tam nawet dwupokojowe mieszkania, co prawda do remontu, za to w cenie 80-90 tys. zł. Nieco bliżej, na Bielanach czy Białołęce, musimy dysponować kwotą przewyższającą magiczny próg 100 tys. zł. Ceny, w zależności od lokalizacji i standardu nieruchomości, wahają się od 150 do 170 tys. zł. Mieszkania do remontu są oczywiście tańsze. W samym centrum jest już drożej i ceny niejednokrotnie osiągają poziom zbliżony lub przewyższający kwotę 200 tys. zł. Tu dość często kupującym jest inwestor, którego zamiarem jest wynajem, a lokalizacja w tym przypadku jest kluczowa - tłumaczy pośredniczka. Jej zdaniem popyt na małe mieszkania nie powinien spadać. - Prawdopodobnie w tym segmencie będziemy mieli do czynienia ze stabilizacją cen, z lekką tendencją wzrostową - prognozuje Joanna Lebiedź.

Kawalerki w wielkiej płycie często kojarzą nam się z ciasnymi klitkami i PRL-owskim wystrojem. Skojarzenia te nie są zresztą bezpodstawne. Nadal wiele z nich tak właśnie wygląda, ale nie można przejść obojętnie wobec zmian. Coraz częściej możemy się spotkać z takimi właśnie pozornymi klitkami, na które właściciel znajduje niebanalny pomysł i zamienia w przytulne i gustownie urządzone mieszkanko - komentują komentują Kamil Kowalewski i Radosław Góral, eksperci z krakowskiego oddziału agencji NowodworskiEstates. - Zakładając, że metraż kawalerki waha się między 28 a 35 mkw. i przyjmując, że średnia cena mkw. w Krakowie to 6 tys. zł, to daje 168 - 210 tys. zł. Oczywiście znajdą się oferty lokali za ok. 130 tys. zł, ale standard takiego mieszkania będzie w najlepszym razie średni - podkreślają. Eksperci z NowodworskiEstates zwracają uwagę, że czasem za 180 tys. zł trafi się superwykończona nieruchomość. - Ceny jednopokojowych mieszkań utrzymują się raczej na stałym poziomie. W porównaniu z poprzednim rokiem nie ma znaczących różnic. W niedalekiej przyszłości ceny mogą spaść ze względu na wzrost liczby nowych nieruchomości z rynku deweloperskiego - prognozują Kamil Kowalewski i Radosław Góral.

Jest popyt

We Wrocławiu ceny wykończonych w dobrym standardzie kawalerek w wielkiej płycie wynoszą ok. 200 tys. zł - podaje Bartosz Mach z wrocławskiego oddziału agencji NowodworskiEstates. - Ceny kształtuje spory popyt na jednopokojowe mieszkania, a jak wiadomo, im wyższy standard, tym wyższa cena. Bardzo ważna jest również lokalizacja. Im więcej nowych inwestycji powstaje w centrum, tym bardziej spada atrakcyjność mieszkań w starszych blokach, a co za tym idzie, spadają również ich ceny. - Warto zwrócić uwagę, że założeniem budownictwa wielkopłytowego było to, aby na małej powierzchni zmieścić jak najwięcej pomieszczeń. To jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego tak trudno jest znaleźć ofertę kawalerki w wielkiej płycie. Jest ich na rynku niesamowicie mało, można wręcz mówić o deficycie - dopowiada Radosław Góral. - Kto takich ofert poszukuje najczęściej? Jak się można się domyślić, najczęściej są to osoby starsze lub samotne, ale nierzadko zdarza się, że taką nieruchomością interesuje się inwestor, który przy niewielkim nakładzie środków jest w stanie wygenerować całkiem satysfakcjonującą stopę zwrotu - zwraca uwagę. We Wrocławiu, jak mówi Bartosz Mach, jest podobnie. - Podaż jest mała ze względu na duży popyt. Takie oferty znikają naprawdę szybko. Większość mieszkań sprzedaje się w ciągu miesiąca - informuje ekspert NowodworskiEstates. - Oczywiście najlepszymi z nich interesują się inwestorzy, ale sporo trafia również w ręce studentów, którym rodzice szukają lokum na czas studiów. Co można nazwać okazją na tym rynku? - Rynek w Krakowie jest spory i bardzo dynamiczny. Ciekawą ofertą byłaby bardzo dobrze wykończona i wyposażona 30-metrowa kawalerka za ok. 160 tys. zł - ocenia Kamil Kowalewski. - Takie ceny obowiązują raczej w oddalonych od centrum dzielnicach, jak Bieżanów czy Nowa Huta. Co nie znaczy, że pojawienie się takiej okazji w centrum jest niemożliwe. Warto zdać się na profesjonalnego agenta nieruchomości, który takie okazje będzie wyłapywał. podpowiada.

Niezwykle atrakcyjne są oferty wielkopłytowych kawalerek do remontu. Cena takiego mieszkania jest wtedy znacznie niższa - za metr zapłacimy mniej więcej 5 tys. zł, a po remoncie, jeśli oczywiście możemy sobie na niego pozwolić, zyskamy z pewnością dużo więcej - twierdzi Bartosz Mach. - Czy łatwo jest trafić na taką okazję? Raczej nie. Właściciele takich nieruchomości są zazwyczaj świadomi ich wartości i niechętnie się ich pozbywają. Jeśli jednak naszym priorytetem jest okazyjna cena, warto poczekać na taką ofertę. Świat należy do cierpliwych.

Aneta Gawrońska

Rzeczpospolita 22.05.2016 r.

www.rp.pl/Mieszkania-i-apartamenty/305229975-Superokazje-znikaja-w-jeden-dzien.html#ap-2

 
 Oceń wpis
   

Bardzo atrakcyjne są parterowe powierzchnie handlowo-usługowe z dużymi witrynami przy ruchliwych ulicach.

Powierzchnie handlowe przy ulicach w centrach dużych miast coraz częściej są wynajmowane przez biznes gastronomiczny mówi Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty. Podobny trend widać także na mniejszych rynkach. Sklepy powoli znikają, a w ich miejscu pojawiają się kawiarnie, restauracje i bary.

Na zakupy do galerii

Skoczeń ocenia, że Polacy pokochali centra handlowe, i to tam wolą robić zakupy. Jeszcze dziesięć lat temu najlepsze lokale w centrum miasta były masowo wynajmowane przez banki, ale to też się zmienia. Banki zmniejszają liczbę placówek lub przenoszą się do centrów handlowych zauważa ekspert Emmersona. A lokale komercyjne powstają na parterach nowych budynków wszędzie tam, gdzie jest to uzasadnione biznesowo. Na powierzchnie usługowe są też często przekształcane najniższe kondygnacje kamienic. Najczęściej są poszukiwane lokale od 100 do 200 mkw. W portalu OtoDom.pl jest oferowany 79-metrowy lokal w stołecznej kamienicy w rejonie ul. Foksal, wyceniony na 725 tys. zł. Na kupca czeka też 53-metrowy lokal na Powiślu, oferowany za 625,7 tys. zł.

Lidia Dołhan, ekspert Wrocławskiej Giełdy Nieruchomości, zauważa, że w ofercie dominują lokale na wynajem. Sprzedają się tylko powierzchnie w dobrej cenie. Tymczasem wystawiane lokale są mocno przeszacowane ocenia. Lokale na parterach biurowców mają najemców już na etapie budowy. Nie słyszałam jednak, żeby ktoś się bił o oferty. We Wrocławiu jest do kupienia np. 53-metrowy lokal w apartamentowcu na Starym Mieście, za który właściciel chce dostać 359 tys. zł.

Także w Krakowie, jak mówi Marcin Pajączek, ekspert agencji NowodworskiEstates, największym zainteresowaniem cieszą się 100200-metrowe lokale, w których można prowadzić działalność gastronomiczną. Właściciele chętniej decydują się na wynajem niż na sprzedaż. Najatrakcyjniejszymi lokalizacjami są niezmiennie Rynek Główny i okolice Plant Krakowskich wskazuje. Coraz większą popularność zyskuje południe miasta, a zwłaszcza Podgórze i Zabłocie. Ogromne zainteresowanie sprawia, że takie lokale zwalniają się rzadko. Ofert jest niewiele, a jeśli już się pojawiają, to znikają błyskawicznie. W najlepszych lokalizacjach, gdzie nic nowego raczej już nie powstanie, ceny lokali handlowych rosną dodaje. Najszybciej znikają lokale gastronomiczne. Bardzo atrakcyjne są także parterowe lokale handlowo-usługowe z dużymi witrynami przy ruchliwych ulicach. Topowe oferty najmu w najlepszych miejscach znikają w tydzień dwa. Rekordy popularności biją lokale sprzedaży z najemcą, długoterminową umową i dobrą stopą zwrotu. Sprzedaż takiej perełki to czasem kwestia kilku dni.

Na Piotrkowskiej

Inaczej jest w Łodzi. Jak mówi ekspert rynku Tomasz Błeszyński, podaż lokali użytkowych od pięciu lat przewyższa popyt. Powierzchnie na wynajem i handlowe, i usługowe są dostępne w każdej lokalizacji. Pustostany są nawet na głównej, prestiżowej ulicy Piotrkowskiej opowiada. Są to zarówno małe, 2040-metrowe lokale, jak i ponad 120-metrowe. W ofercie są też lokale na sprzedaż, ale ze względu na dość wysoką cenę i małą dziś atrakcyjność inwestycyjną czekają na chętnego nawet dwa - trzy lata. Najemców lokali miesiącami poszukują także zarządcy i gminne administracje nieruchomości. Zainteresowanie budzą ewentualnie nieduże lokale o dobrym standardzie, w dobrym miejscu mówi.

Czynsze są bardzo zróżnicowane. Zależą od wielkości lokalu, jego funkcji, lokalizacji, wyposażenia. Stawki raczej spadają i w najbliższym czasie nie zanosi się na zmianę tego trendu. Błeszyński przypomina, że przyszły przedsiębiorca musi też ponieść koszty adaptacji powierzchni pod odpowiednią działalność. Najważniejszy jest jednak pomysł na dobry i rentowny biznes, a z tym jest problem ocenia. Sklepy i lokale gastronomiczne często znikają z rynku po kilku miesiącach. W OtoDom.pl znajdziemy wiele łódzkich ofert lokali użytkowych na sprzedaż. Przy Piotrkowskiej jest do kupienia 108,5-metrowa powierzchnia w kamienicy z 1930 r. Lokal jest wyceniony na 303,8 tys. zł. Przy tej samej ulicy można kupić 85-metrowy lokal za 102 tys. zł.

Aneta Gawrońska Rzeczpospolita |14.05.2016|

Źródło: http://www.rp.pl/Nieruchomosci-komercyjne/305149987-Lokale-z-najemca-znikaja-w-kilka-dni.html

zdjęcie:Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Mieszkania w Łodzi jednymi z najmniejszych w całej Unii Europejskiej. Ponad połowa nie ma 50 metrów kwadratowych.

Aż 54 procent mieszkań w Łodzi ma poniżej 50 metrów kwadratowych. To, jak donosi portal Money.pl., najgorszy wynik w Polsce i trzeci najgorszy wynik pośród miast Unii Europejskiej, porównanych przez Eurostat. Pytanie, czy jest, o co drzeć szaty. W końcu na większe nieruchomości i tak większości łodzian nie byłoby stać.

W jednej tabeli zestawiono miasta i regiony, które charakteryzują się najwyższym odsetkiem małych mieszkań w swoich krajach.

Źródło: grafika - Dziennik Łódzki

Z Polski do porównania wytypowano Łódź (54, 3 proc.), która negatywnie wyróżnia się nawet na tle naszego kraju, nie mówiąc już o innych państwach. Gorzej wypadli tylko liderzy z Łotwy (Ryga - 55, 7 proc. małych mieszkań) i Rumuni (Braila - 77, 1 proc.). Najlepiej wyglądają kraje skandynawskie oraz południowe. W duńskiej Kopenhadze odsetek mieszkań o powierzchni poniżej 50 mkw wynosi 7, 6, w Lizbonie (Portugalia) - 13 proc., w stolicy Szwecji, Sztokholmie - 15, 3 proc., w Oslo (Norwegia) - 19, 1 proc. Generalnie, w całej Polsce do grona małych, zaliczono 33 procent wszystkich mieszkań. Gorzej wypadają tylko trzy państwa w Unii Europejskiej: Rumunia (63, 4 proc.), Łotwa (44, 6 proc). i Estonia (37, 1 proc.) . Dla porównania - w Hiszpanii poniżej 50 metrów ma tylko 3, 9 proc. mieszkań. Takie dane nie dziwią jednak, jeśli spojrzeć na historię Polski i Łodzi.

- W naszym mieście dominują mieszkania budowane w latach 60. i 70. minionego wieku - mówi Mirosław Zięba, właściciel łódzkiego biura nieruchomości Mezcompu. - Trzeba pamiętać, że w epoce Gomułki mieszkania M2 M2, M3, M4 o powierzchni poniżej 50 metrów kwadratowych stanowiły wręcz zdecydowaną większość. W latach sześćdziesiątych, największym budowanym w Łodzi mieszkaniem były 3 pokoje o powierzchni 48 mkw. w blokach na Teofilowie i Dąbrowie. To był bardzo charakterystyczne, kompaktowe mieszkanie. Największy pokój był całkowicie przejściowy, wchodziło się z niego do kuchni i drugiego, małego przedpokoju, gdzie z kolei znajdowały się drzwi do kolejnych dwóch małych pokoików. Tak, więc na 48 metrach zmieszczono trzy pokoje, kuchnię, łazienkę i dwa przedpokoje. Ale to i tak była rzadkość, w tamtych czasach dominowały mieszkania o dwupokojowe wielkości 36-37 mkw. Były też około 45-metrowe, dwupokojowe mieszkania rozkładowe, na tamte czasy wręcz luksusowe - opowiada Zięba.

Później w latach 70. najwięcej powstało mieszkań dwupokojowych o powierzchni dokładnie 42, 42 mkw., jest ich dużo zwłaszcza na Retkini i na Radogoszczu. Trzy pokoje nieznacznie już wtedy zaczęły przekraczać poziom 50 mkw. (np. 53 lub 56 metrów na Retkini). A potem nastąpiły lata 80., kiedy budowało się wprawdzie z większym rozmachem, jeśli chodzi o powierzchnię, ale budowało się znacznie mniej. Również po 1989 r. w Łodzi powstawało znacznie mniej nowych mieszkań, niż w innych dużych miastach. To drugi powód słabych statystyk. A trzecim jest duża liczba mieszkań w śródmiejskich kamienicach, z których tylko część zachowała dawne rozmiary, wiele z nich natomiast w czasach PRL zostało podzielonych na małe klitki, często ze wspólną toaletą i łazienką na korytarzu. - Na pocieszenie opowiadam moim klientom anegdotę o tym, jak japońska księżniczka, córka Cesarza, wychodząc za mąż, dostała w prezencie ślubnym apartament w centrum Tokyo. Całe 45 metrów kwadratowych. - mówi Mirosław Zięba.

Zresztą, jak zauważa Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości, powierzchnia naszych mieszkań w wielu przypadkach jest błogosławieństwem, a nie przekleństwem. A to ze względu na potencjał ekonomiczno-demograficzny miasta. W szczególnie jaskrawy sposób widać to w ofercie nowych mieszkań - deweloperzy w Łodzi wcale nie podbijają znacząco statystyk, bo i oni budują mieszkania niewielkich rozmiarów.

- Kilka lat temu deweloperzy oferowali duże przestrzenie, po 80 i więcej metrów, ale to się zmienia, oferta została dostosowana do możliwości finansowych nabywców. Jesteśmy miastem niezbyt bogatym i coraz mniej ludnym. Dlatego od około 10 lat najpopularniejszymi mieszkaniami w Łodzi, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym, są mieszkania z jednym, najwyżej dwoma pokojami, o powierzchni do 50 metrów kwadratowych. Tego typu nieruchomości chętnie są nabywane przez młodych, jako pierwsze mieszkania w życiu, kupuje się je także w celach inwestycyjnych. Są one najłatwiejsze do zagospodarowania i wynajęcia. A w przyszłości najłatwiej je sprzedać - mówi Tomasz Błeszyński.

Zwraca on uwagę także na problem starzenia się łódzkiej społeczności. - W mieszkaniach z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych często mieszkają dziś starsze osoby, które i tak już ledwie wyrabiają się z opłatami, w dodatku w wielu przypadkach są to osoby samotne. Ich nie stać na większe mieszkania - zauważa ekspert.

Piotr Brzózka 11 maja 2016 Dziennik Łódzki Polska Press Sp. z o.o.

Czytaj więcej: http://www.dzienniklodzki.pl/nieruchomosci/a/mieszkania-w-lodzi-jednymi-z-najmniejszych-w-unii-europejskiej-infografika,9973659/

 
 Oceń wpis
   

Bardzo dziękuję za zaproszenie na być może ostatnią edycję Fashion Week Poland.

Z wielką przyjemnością bywałem na tej imprezie od lat... z radością patrzyłem jak się rozwija i buduję od podstaw zniszczoną przez lata markę Łodzi, jako stolicy mody .. tak .. tak .. Łódź dawniej włókiennicza miała wielką szansę właśnie dzięki FW stać się znowu centrum dobrego ubioru i nowoczesnego designu ..

Z wielkim smutkiem i przykrością obserwowałem ostatnie wydarzenia związane z FW... Żałuję, że to już prawdopodobnie koniec tego projektu w Łodzi. Bardzo Państwu dziękuję, że przez te lata swoim zaangażowaniem i ciężką pracą pokazaliście, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Na modzie się tak dobrze nie znam jak na nieruchomościach, inwestycjach i powiem, że utrata tego projektu wpłynie również negatywnie na rozwój tego segmentu rynku. Od lat obserwowałem, co raz to większe zainteresowanie przedsiębiorców, spółek inwestycjami w szeroko rozumiany przemysł modowy.

Kupowano nieruchomości uruchamiano w nich, zakłady produkcyjne, hurtownie czy sklepy. Zatrudniano lokalnych pracowników, płacono tu podatki. Przyglądano się jak rozwija się Fashion Week i czerpano z przedstawianych tam kolekcji nowe pomysły i trendy.

Raz jeszcze dziękuje i pozdrawiam serdecznie.

Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Dla przypomnienia mój wywiad z zeszłego roku, w którym zwracałem uwagę na beztroską sprzedaż miejskich nieruchomości. Niestety do dzisiaj nic się nie zmieniło nadal Władze Łodzi przy aprobacie radnych wyprzedają majątek miasta.

Na ten rok znowu urzędnicy założyli ostre plany sprzedażowe. Pod młotek już trafiają wszystkie rodzaje nieruchomości od lokali mieszkalnych, domów jednorodzinnych, kamienic po działki niezabudowane. Zobaczymy ile nieruchomości miasto jest w stanie sprzedać by ratować budżet. Zadłużenie Łodzi na koniec 2015 roku wyniosło prawie 3 mld złotych, co stanowi to 75% dochodów UMŁ.

Łódź wyprzedaje rodowe srebra

Sprzedaż majątku komunalnego to nie to samo, co sprzedaż działki przez dewelopera Mariana - mówi Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości w rozmowie z Piotrem Brzózką

Działki pod Bramę Miasta nie udało się miastu sprzedać za 40 milionów, więc próbuje się ją spieniężyć za 28 milionów. Mam wrażenie, że ta sytuacja Pana bawi.

Tak, bo gdy miasto przygotowywało pierwszą ofertę, podawano koronne argumenty: że to najbardziej prestiżowa działka w Nowym Centrum Łodzi, że będzie plan miejscowy zakładający superinwestycję w tym miejscu, że jest fantastyczny projekt znanego architekta i że ta działka po prostu nie może być tania. Dokonano operatu szacunkowego, po czym - na podstawie dodatkowej opinii biegłego - została ustalona wyższa wartość, niejako antycypująca przyszłe możliwości zabudowy, po uchwaleniu planu dla NCŁ.

Cena ta wynosiła niemalże 40 mln zł. Radni nie wzięli tej kwoty z sufitu, ona wynikała z opinii biegłego, który tę opinię podstemplował, dał temu swoje imię i nazwisko. I wszyscy byli święcie przekonani, ze to fantastyczna działka, którą sprzedamy za fantastyczne pieniądze, a firma, która ją kupi, będzie wdzięczna do końca swojego istnienia, że otrzymała szansę jej nabycia. Z takimi argumentami Łódź pojechała na targi nieruchomości w Cannes, z tym biegano po Warszawie, po różnych funduszach inwestycyjnych, zapraszano do Łodzi, mówiąc, że to nieruchomość "cud miód". Pojawił się z w końcu nabywca, ale nic z transakcji nie wyszło. Wszystko się posypało, wróciliśmy do punktu wyjścia.

Z tą różnicą, że 12 milionów taniej.

I mamy pewnego rodzaju paradoks. Działka poprzednio była droższa, choć nie było planu miejscowego, tylko założenia studium. A teraz, gdy mamy plan, działka jest tańsza o 12 milionów. Z reguły plany miejscowe są "wartościotwórcze", a w tym przypadku okazało się, że nie.

Może ktoś w mieście wziął sobie do serca utyskiwania, że 40 milionów to za dużo. Sam Pan tak mówił...

Ale zaraz, zaraz. Wyceny znów dokonał rzeczoznawca. Dla mnie to paranoja. Raz zaklinamy rzeczywistość i mówimy: 40 milionów, a teraz, gdy plan faktycznie jest, rzucamy 28 milionów. Działka z planem jest dużo tańsza, niż działka z przyszłym planem. Więc powiem to wprost - albo przekombinowano na początku, albo ktoś kombinuje teraz.

A na rynku nieruchomości Pan nie obserwuje przecen? Przecież wszyscy wiedzą, jak niskie są ceny ziemi w Łodzi w porównaniu z tym, co było kilka lat temu.

Obserwuję przeceny na rynku, ale one mają konkretne uzasadnienie ekonomiczne. Zdarza się, że inwestor ma dół finansowy, śrubuje cenę działki, a potem posypuje głowę popiołem i przecenia grunt, albo godzi się na negocjacje. Tyle, że tak się robi na rynku prywatnym, a my mówimy o gospodarowaniu majątkiem publicznym. To nie jest sprzedaż ziemi przez dewelopera Mariana, który jednego dnia chce 20 milionów, a drugiego 5, bo musi spłacić długi. Mamy do czynienia z majątkiem publicznym, wspólną własnością, tymczasem dochodzą do mnie nieoficjalne newsy, że jeśli i teraz nikt nie kupi ziemi pod Bramę za 28 milionów, działka ta będzie dalej przeceniana. Oby nie skończyło się tak, że mówimy 40, wystawiamy za 28, a sprzedajemy za 10.

W ubiegłym roku, w jednym z komentarzy pisał Pan, że miasto wyprzedaje majątek lekką ręką. Podtrzymuje Pan?

Oczywiście. Wszyscy wiedzą, że na rynku nieruchomości panuje nadpodaż. Nieruchomości miasta nie są jedynym towarem na tym rynku. W Łodzi ziemię oferują wszyscy, inwestor ma do wyboru cały wachlarz ofert: od osób prywatnych, spółek, funduszy, spółdzielni, no i miasta. Tymczasem na rynku nieruchomości wciąż panuje kryzys polegający na tym, że inwestorom brakuje środków. Banki niechętnie finansują zakupy, płynność finansowa deweloperów jest ograniczona. Tak jest i w Warszawie, która też pokazywała się w Cannes, i Krakowie i w Poznaniu, i w Łodzi. Mam nadzieję, że takie informacje posiadają zarządzający Łodzią - mogą je otrzymać choćby z lektury gazet. Nie trzeba do tego wynajmować firmy analitycznej. Jeśli więc miasto wie, że od 2009 roku jest dół na rynku, i mimo to decyduje się w tak niekorzystnym momencie na sprzedaż własnego majątku, to warto byłoby chociaż do tego dobrze przygotować.

Czyli jak?

Ja, będąc operatorem na tym rynku i chcąc sprzedawać nieruchomości mimo dołu, po pierwsze dokonałbym inwentaryzacji majątku. Wytypowałbym nieruchomości tańsze, mniej strategiczne, które znajdą nabywców nawet w kryzysie. Działeczkę za pół miliona jakiś inwestor zawsze kupi. Ale jeśli w tabeli priorytetów znajduję nieruchomości strategiczne, jak NCŁ, jak działka na rogu ul. Zachodniej i Ogrodowej, to mówię stop. To są tak ważne działki dla miasta, tak kapitałochłonne, że w kryzysie i na płytkim rynku, jakim jest Łódź, tego prawdopodobnie nie sprzedam dobremu inwestorowi za dobre pieniądze. A nie ma sensu sprzedawać za bezcen, skoro działka ma potencjał.

W przypadku takich nieruchomości opracowałbym koncepcję ich zagospodarowania, przygotował ofertę opisującą różne funkcje, stworzyłbym mechanizmy zachęcające inwestorów, wskazałbym rentowność takiego projektu, ale jeśli okazałoby się, że nie znajduję klienta, to odłożyłbym te nieruchomości na półkę i spokojnie czekał na właściwy moment i właściwego klienta. Natomiast nie ośmieszałbym się wystawiając tą samą działkę za 40 i 28 mln zł. Czy w urzędzie miasta sobie nie zdają z takich rzeczy sprawy? Byłem na komisji ds. NCŁ, wygarnąłem im, że to jest maksymalna amatorszczyzna. Zadałem im jedno fundamentalne pytanie: kto w urzędzie miasta jest odpowiedzialny za bieżącą analizę rynku nieruchomości. Czy w ogóle macie orientację, co się na tym rynku dzieje, czy opieracie się tylko na plotkach? Cały czas powtarzam, że miasto wyprzedaje swoje rodowe srebra. Ale jak je sprzeda, to więcej tego nie będzie mogło zrobić, to jednorazowy zarobek.

Gdy miasto jest przyciśnięte, każdy grosz się przyda...

Wiadomo, że miasto sprzedaje nieruchomości, żeby łatać dziurę budżetową. Ale to wina gospodarza , który odpuszcza inne kanały finansowania miasta i liczy na doraźną sprzedaż. Cały czas słyszę argumentację, że gmina musi sprzedawać, bo miasto nie jest od zarządzania nieruchomościami, bo miasto powinno czerpać dochody nie z czynszów, a z podatku od nieruchomości. To jest kpina. Nich się pan zapyta, jakie podatki od nieruchomości miasto otrzymuje od właściciela działki, gdzie miał być Hilton? Jakie są podatki od właściciela zrównanej z ziemią zajezdni na Dąbrowskiego, albo od człowieka, który zrobił parking na działce po dawnej straży pożarnej przy Sienkiewicza? Jakie to są pieniądze?

Wiele osób powie, że zarządca komunalny z mieniem radzi sobie gorzej, niż poradziłby sobie dobry zarządca prywatny.

Dlatego ja bym rekomendował wariant pośredni. Zachowałbym nieruchomości, ale dałbym je w zarządzanie firmom zewnętrznym, które miałyby ciekawe pomysły na ich zagospodarowanie. Robiłem projekt doradczy dla prezydenta Dychto w Pabianicach, który miał problem z kilkunastoma nieruchomościami. Przedstawiłem koncepcję bieżącego zagospodarowania mienia, zarobienia kilku złotych, ożywienia tych miejsc i równoczesnych prób sprzedaży. Nie ma sensu, żeby ziemia leżała odłogiem i gniła. Proszę zobaczyć, co się dzieje po wyburzeniach na Zachodniej. Ta działka jest niewykorzystana. Doraźnie tam można zrobić parking, targowisko, lunapark, wszystko jedno co, byle ta działka przynosiła chociaż minimalne przychody.

No dobrze, ale miasto ma założone w budżecie przychody ze sprzedaży nieruchomości. To jest konkretna suma, jest też konkretna lista. Jak się nie sprzeda, to będzie problem natury finansowej.

Słyszałem, że na liście do sprzedaży jest kilkaset pozycji, takich po kilka milionów złotych i takich drobnych. Miasto chce to sprzedać w tym planie finansowym. A moim zdaniem, sprzedawanie nieruchomości wedle planu, żeby zrealizować zapisy budżetu, jest po prostu śmieszne.

Ja jestem w stanie zrozumieć nawet taką gminę, która wpisuje w budżet planowane dochody z fotoradaru. Ale nie potrafię pojąć, jak można uczynić plan do wykonania ze sprzedaży własnego majątku. Bo - jeszcze raz podkreślam - ten majątek stanowi unikatową wartość i można go sprzedać tylko raz.

Piotr Brzózka | 31 marca 2015 | Polska Press - Dziennik Łódzki - Forum Łódź |

Źródło: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/3804793,tomasz-bleszynski-lodz-wyprzedaje-rodowe-srebra,2,id,t,sa.html

 
 Oceń wpis
   

Z Tomaszem Błeszyńskim, doradcą rynku nieruchomości, rozmawia Piotr Brzózka.

Przyjeżdżają do Pana inwestorzy z za granicy. I jaka jest ich pierwsza refleksja estetyczna?

Pierwsza refleksja jest komunikacyjna: ciężki dojazd z autostrady do centrum i okropne dziurawe drogi w mieście. A jeśli chodzi o samą estetykę, to kolejna refleksja dotyczy widocznego brudu. Ale o sprzątaniu miasta nie mówmy, skupmy się na stanie nieruchomości. Goście z zewnątrz widzą, że jest to miasto kontrastów.

Z jednej strony przepiękna, eklektyczna architektura, zabytkowe kamienice w śródmieściu. Z drugiej strony, w tym samym śródmieściu - zrujnowane, podparte kijami rudery. Obrzydliwe, odpadające tynki, zabite dechami okna. I te zapuszczone place z biedaparkingami. Chaos.

Brzmi to trochę jak stereotypowy opis miast, powiedzmy, z Ameryki Łacińskiej...

Bo tak to wygląda. Nawet na reprezentacyjnej ulicy, obok pięknych, eklektycznych czy secesyjnych nieruchomości, znajdujemy rudery zabezpieczone siatkami, żeby tynk się nie sypał przechodniom na głowy.

Co się gościom bardziej rzuca w oczy. Brzydota, czy uroda? Widzą szklankę do połowy pełną, czy pustą?

Bardziej oczywiście bije w oczy to co jest brzydkie. Ale jest kilka sposobów postrzegania tej brzydoty, kilka reakcji na nią. Pierwszy, to pytanie: dlaczego te potencjalnie piękne nieruchomości nie są wyremontowane, dlaczego nie dbacie o swój skarb? To mówią jedni, inni stwierdzają tak: skoro niektóre nieruchomości są zaniedbane, a obok są ładne, to być może jest tu jakiś potencjał, może kupię tanio zrujnowaną kamienicę i ją sobie wyremontuję... Ale jest też niestety trzecie spojrzenie. Bo nawet jeśli już ktoś dostrzeże potencjał, to zaraz pyta: no tak, ale dlaczego nikt wcześniej w to nie zainwestował?

I zaczyna myśleć, że z miastem jest coś nie tak?

Dokładnie. Zaczyna się zastanawiać, czy to miasto rzeczywiście ma potencjał. Więc z jednej strony tania, zrujnowana nieruchomość jest szansą na dobrą inwestycję, a z drugiej strony jest sygnałem ostrzegawczym. Klienci mówią mi wprost: co tu się dzieje, dlaczego tutaj wszystko jest wystawione na sprzedaż, czemu wyprzedajecie rodowe srebra? To smutne, ale wystarczy zboczyć z Piotrkowskiej w podwórko, na jakąś przecznicę, żeby zobaczyć zapuszczone budynki, puste witryny, deski w oknach, domy do rozbiórki no i niestety - tych meneli.

Inwestorzy ich widzą? Co mówią?

To jest element, który występuje w każdym mieście. Problem w tym, że w Łodzi w zbyt dużym stopniu jest obecny w centrum. Na krakowskim rynku nie spotkamy się z tym zjawiskiem. Ewentualnie można trafić na kloszardów, którzy tam przychodzą żebrać, ale oni tam nie mieszkają. A w Łodziach żyją w podupadłych kamienicach w samym centrum. To jest po prostu fakt. Jeśli przejdziemy się ul. Kilińskiego, Wschodnią, Rewolucji, to sorry, ale tam są normalne slumsy.

Często pada kontrargument: nie mówmy, że w łódzkich bramach śmierdzi moczem, bo w innych miastach też cuchnie.

To prawda. Wszędzie są osoby żebrzące, wszędzie są patologie społeczne, to rzecz oczywista. Ale do w Łodzi na to wszystko nakłada się krajobraz zrujnowanych, zdewastowanych nieruchomości.

No dobrze, a w porównaniu z innymi miastami, Krakowem, Wrocławiem, Poznaniem, stan nieruchomości w Łodzi jest naprawdę dużo gorszy?

Absolutnie odbiegamy od tych miast. Oni mają wszystko zinwentaryzowane, uporządkowane, mają politykę remontową, inwestycyjną. Jestem właśnie w Poznaniu, widzę, jak to miasto jest czyste, wszystko wygląda zupełnie inaczej. A Łódź to kontrasty. To pewna zapyziałość. Jest potencjał, nawet moja rodzina sobie robiła zdjęcia elewacji kamienic, zachwycając się, jakie tu są piękne płaskorzeźby. Ale mój wujek z Anglii zawsze mówił: dlaczego wy nie macie pieniędzy na zwykłą farbę? To wszystko natychmiast trzeba odmalować, żeby to było świeże, estetyczne, żeby wydobyć te wspaniałe elementy architektury, to jest to minimum, które trzeba niezwłocznie zrobić. Pytanie, dlaczego się u nas tak niewiele robi?

Ja bym nie mówił o ludziach, o mieszkańcach, bo to jest kwestia wtórna, a menele są wszędzie, w innych miastach też. Natomiast dla mnie miasto kontrastów wciąż funkcjonuje, bo nie ma wieloletniej strategii rozwoju. W Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, wszystko się dzieje w trybie wieloletnim, pewne kroki są realizowane bez względu na to, kto jest prezydentem miasta. W Łodzi jest chaos. To pewnie powiedzieliby PR-owcy: my nie jesteśmy nawet w stanie do końca zidentyfikować się, czy jesteśmy miastem wyższych uczelni, miastem kultury, czy czegoś innego. To jest brak charakteru. A jeśli brakuje charakteru, to brakuje myśli przewodniej. To kwestia bardzo ważna dla inwestora. Jeśli mówimy na przykład o mieście wyższych uczelni, to musi być tego namacalny dowód.

O przepraszam, teraz jesteśmy miastem przemysłów kreatywnych.

No właśnie... tylko te przemysły kreatywne to nie mogą być dwa sklepy z ciuchami. Inwestorzy widzą, że brakuje Łodzi myśli przewodniej.

Ale prezydent Zdanowska mówi: czego wy chcecie, Łódź się zmienia, kochajmy Łódź.

Oczywiście, Łódź się zmienia, kochajmy Łódź. Tylko Łódź ma zadłużenie na poziomie 75 procent.

To jest czarna dziura. Inwestorzy wolą miasta poukładane. Bo oprócz tego co mówimy, że są kontrasty, że są przepiękne ale zaniedbane obiekty wręcz zachęcające do tego, by w nie zainwestować, inwestorzy chcą mieć też dwie rzeczy: ciągłość i spokój. Kupowanie nieruchomości to inwestycje wieloletnie i szalenie kapitałochłonne. Dlatego inwestorzy chcą mieć gwarancje, że to miasto ma dobry plan rozwoju i nic ich nie zaskoczy.

Czy stan nieruchomości, fizyczny wygląd miasta, są ważnym elementem wizerunku?

Oczywiście że tak. Dlatego, jeżeli są nieruchomości, które są tak zniszczone, że już nie opłaca się ich remontować, to nie należy ich podpierać kołkami, tylko wyburzyć, opróżnić działki, przygotować grunty inwestycyjne. Nie można straszyć wyglądem rozpadających się elewacji. Bo co nam po rewitalizacji, jak dwa numery dalej wali się ściana frontowa.

Widzi Pan w łódzkich nieruchomościach coś na tyle unikatowego, by stanowiło walor marketingowy na skalę europejską? Bo z naszą skromną - wbrew obiegowej opinii - secesją to my nie będziemy rywalizować z Pragą i Wiedniem, a wielkie centra z XIX-wieczną zabudowę mają i Paryż, i Barcelona, i Budapeszt...

Unikatowy jest układ miasta. Fabryczna cegła plus kamienice, to pewnego rodzaju klimat, na podstawie którego można budować nową jakość. A mój zarzut jest taki, że odpuściliśmy sobie Piotrkowską robiąc remont w minimalnym zakresie i budujemy marketing na Nowym Centrum Łodzi. A przecież Piotrkowska była wspaniała kilkanaście lat temu, wszyscy się nią zachwycali, jest to rzeczywiście wyjątkowe miejsce, jakiego nie ma w innych miastach. Ten charakterystyczny element nie jest właściwie wykorzystywany.

Wspomniał Pan o NCŁ. A jak nowe centrum, to między innymi nowe biurowce. Kilka właśnie powstaje, co od razu dla władz miasta staje się argumentem na rzecz narracji, że Łódź się zmienia. Tyle, że w innych miastach też się buduje, nawet więcej...

To co obserwujemy w Łodzi, to nie jest jakiś boom budowlany. A Łódź nie jest jedynymi miastem wybieranym w skali Polski na inwestycję, wręcz przeciwnie. Więcej lub mniej buduje się w każdym mieście - we Wrocławiu, w Poznaniu. W Rzeszowie i Bydgoszczy też się buduje. A w Łodzi buduje się ostrożnie. Inwestycje są projektami budowanymi na konkretne zamówienia. Deweloperzy nie wydają swoich pieniędzy w ciemno, tylko najpierw chcą mieć odbiorcę, pod którego wybudują biurowiec. Nie ma też boomu na rynku mieszkaniowym. Buduje się pojedyncze bloki, nie powstają żadne duże osiedla, bo niekorzystna jest struktura nabywców. Łódź jest miastem biednym i starzejącym się. Starsze pokolenie mieszka w starych zasobach, a młodzi wyjeżdżają za pracą...

Piotr Brzózka 17 kwietnia 2016 - Polska Press - Dziennik Łódzki - Forum Łódź

Żródło: http://www.dzienniklodzki.pl/forum-lodz/a/inwestorzy-widza-lodz-jako-miasto-kontrastow-meneli-tez-widza-w-samym-centrum,9880755/2/

 
Zadłużenie Łodzi 2016-04-23 20:00
 Oceń wpis
   

Zadłużenie Łodzi na koniec 2015 roku wyniosło prawie 3 mld złotych. Stanowi to 75% dochodów UMŁ. Nie jest to dobra informacja dla mieszkańców miasta. Co dalej z inwestycjami realizowanymi na kredyt?

Komentarz - Express Ilustrowany 15.04.2016 r.

 
Wyburzanie kamienic 2016-04-22 12:19
 Oceń wpis
   

W ostatnich latach nasilił się proces wyburzania starych zniszczonych kamienic.

Uzyskane w ten sposób tereny miasta bardzo często przeznaczają na sprzedaż. Pozyskanie środki ratują zadłużone gminne budżety.

Czy taki sposób na rewitalizację nieruchomości jest godny polecenia ?

Komentarz Tomasza Błeszyńskiego dla TVN 24. 13.04.2016 r.

      Foto: Tomasz Błeszyński

 
Obrót ziemią rolną 2016-04-20 11:29
 Oceń wpis
   

Zwolnienie kościoła to najmniejszy i nie jedyny problem.

Niespodziewanie z dzisiejszego harmonogramu prac Sejmu wypadł punkt podczas, którego miało odbyć się drugie czytanie projektu ustawy o obrocie ziemią. Ustawa trafiła w rezultacie do podkomisji. W środę podczas posiedzenia komisji rolnictwa i rozwoju wsi zgłoszono aż 53 poprawki. Najwięcej kontrowersji wzbudziła poprawka posła PiS Krzysztofa Ardanowskiego, który chce, żeby związki wyznaniowe, w tym Kościół katolicki, zostały wyłączone spod ustawy.

Jednak zdaniem ekspertów rynku nieruchomości są o wiele poważniejsze dylematy niż poprawka posła Ardanowskiego. W myśl nowych regulacji ustawa blokuje obrót ziemią nie tylko na terenach wiejskich, ale i miejskich. Skutki przyjęcia przepisów odczuliby nie tylko cudzoziemcy.

Jak się bowiem okazuje tereny miejskie, których nie obejmują plany zagospodarowania przestrzennego, nie mogą być kupowane/sprzedawane.

- W większości polskich miast ok. 60 proc. terenów jest nieobjętych tymi planami. W praktyce oznacza to, że jeśli przepisy tej ustawy wejdą w życie, w perspektywie 34 lat pojawi się problem braku dostatecznej ilości terenów pod budownictwo mieszkaniowe. W dłuższej perspektywie deweloperzy będą mieli duży problem z pozyskaniem gruntu pod budowę, a w efekcie również dla tych, którzy chcą kupić nowe mieszkanie. Mocno ograniczona liczba nowo budowanych mieszkań może również spowodować wzrost ich cen twierdzi Jacek Bielecki, członek zarządu Polskiego Związku Firm Deweloperskich i dyrektor ds. rozwoju Marvipol Development.

Tomasz Błeszyński niezależny doradca na rynku nieruchomości uważa, że jest potrzeba reformy i kompleksowego przejrzenie regulacji prawnych dotyczących obrotu ziemią.

- Potrzebujemy w tej kwestii dobrych rozwiązań systemowych żeby skuteczniej zarządzać nieruchomościami rolnymi. Te nieruchomości są istnym składnikiem funkcjonowania gospodarki. Nie demonizowałbym poszczególnych zapisów tej ustawy niektóre kraje UE mają równie ostre przepisy regulujące obrót gruntami jak np. Francja - twierdzi Błeszyński.

Zgoda za zakup i sprzedaż ziemi przez związki wyznaniowe i Kościoły nie spowoduje tego, że nagle te instytucje staną się dużymi graczami na rynku i będą stanowić konkurencję dla deweloperów. Nie przywiązywałbym do tego zapisu aż tak wielkiej wagi.

- Nie potrzebnie politycy i pseudo fachowcy poprzez media podgrzewają atmosferę strasząc zastojem na rynku czy zmianami cen ziemi. Nowe przepisy nie wpłyną ani na spadek ani na wzrost cen ziemi, ani na ilość transakcji handlu ziemią te sprawy od dawna reguluje koniunktura. Sam pamiętam, że w latach 80 tych żeby posiadać działkę rolną trzeba było skończyć kurs rolniczy. Było o wiele więcej obostrzeń i trudności w kupnie ziemi, a jednak jakoś nie hamowało to w znaczący sposób obrotu ziemią - dodaje Błeszyński.

Ustawa też nie zahamuje napływu cudzoziemców, ci, co mieli kupić już ją kupili w minionych latach.

Plusem przyjęcia tej ustawy może być też zahamowanie nadmiernej sprzedaży ziemi rolnej pod inwestycje budowlane. W tej chwili w Polsce od dekad panuje chaos planistyczny i urbanistyczny. Deweloperzy budują gdzie popadnie niejako rozrywając miasta budując coraz dalej od granic miasta. To z kolei jest zwiększony koszt dla samorządów. Bo jakoś muszą wypełnić tą przestrzeń od rogatek miasta do najbliższego osiedla.

Jak prognozuje Błeszyński ustawa spowoduje to, że do łaska powróci ziemia budowlana, a deweloperzy wrócą do centrów miast. Z punktu widzenia biznesowego deweloperowi łatwiej i taniej jest kupić plac i postawić jak i co się chce. Dużo kosztowniejsze jest wyburzenie i postawienie na jej miejsce nowej kamienicy.

- Nie zgadzam się tez z tezą jakoby ceny metra kwadratowego mieszkań miałyby wzrosnąć na skutek ograniczenia handlu ziemią. - mówi Błeszyński.

Projektowana ustawa ma wejść w życie 30 kwietnia 2016 r. 1 maja 2016 roku upływa obowiązujący od 2004 roku okres ochronny na zakup polskiej ziemi przez cudzoziemców. Jeśli ustawa nie przejdzie całej ścieżki legislacyjne po 1 maja obcokrajowcy mogliby kupować w Polsce ziemię rolną bez specjalnego pozwolenia.

Według autorów projektu, "projektowana ustawa zmierza do wzmocnienia ochrony ziemi rolniczej w Polsce przed jej spekulacyjnym wykupywaniem przez osoby krajowe i zagraniczne, które nie gwarantują zgodnego z interesem społecznym wykorzystania nabytej ziemi na cele rolnicze".

Szymon Szadkowski |31.03.2016 r.|Polska The Times Źródło; http://www.strefabiznesu.polskatimes.pl/artykul/obrot-ziemiazwolnienie-kosciola-najmniejszy-i-nie-jedyny-problem-0

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
doradca rynku nieruchomości, coach biznesu, bloger, analityk, wykładowca, think - tank, fan - muzyki, literatury, filmu, sztuki, architektury i biegania.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-11-18 08:53
mam w głębokim poważaniu gigantomanie... do wpisu:
Expo jednak nie dla Łodzi
Byłoby jednak milej, aby miast walczyć z wiatrakami połatać dziury w jezdniach na Wojska[...]
 
2017-11-17 15:19
pieniadze do wpisu:
EXPO 2022 Łódź
Wynik bardzo dobry. Praktycznie wygraliśmy ale sądzę, że przeważył argument niemerytoryczny tj.[...]
 
2017-11-15 19:08
Tomasz Błeszyński do wpisu:
EXPO 2022 Łódź
Polska nie zorganizuje International EXPO 2022 Poland w Łodzi. Wystawę zorganizuje stolica[...]
 
2017-11-07 15:38
angling do wpisu:
Dokąd płynie Łódź ?
Tak jest potencjał na 10 lat pracy dla eksperta dobrego. W pozytywnym sensie - jest co[...]
 
2017-09-25 17:18
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Nowelizacja Ustawy o gospodarce nieruchomościami podpisana
Świetny artykuł, ma Pan rację rzeczoznawstwo nie jest zawodem wybranym, jest jeden rynek, jest[...]