Tomasz Błeszyński - od 2007 r. bloguje na Money.pl
Mieszkania w chmurach 2016-07-25 22:12
 Oceń wpis
   

Nowoczesne budownictwo wysokościowe rozwija się w Polsce z różnym powodzeniem od kilkunastu lat.

Powodów jest kilka pierwszy to nowe technologie, które pozwalaj, co raz bardziej optymalizować koszty inwestycji. Po drugie firmy deweloperskie a właściwie ich, właściciele chcą mieć w swoim portfelu swoisty pomnik, taką wizytówkę ich działalności na rynku. Chcą być rozpoznawani po przez nietuzinkowe inwestycje a drapacze chmur nadają się do tego idealnie.

Powstają wiec bardziej lub mniej przemyślanie dzieła sztuki architektonicznej i budowanej. Zbudować je jest stosunkowo łatwo trudniej skomercjalizować poszczególne lokale. Budynki biurowe stosunkowo lepiej sobie radzą na rynku łatwiej je sprzedać czy wynająć. Problem jest z wieżowcami mieszkalnymi, w których oferowane są na sprzedaż drogie, luksusowe apartamenty i penthousy. Klientów zainteresowanych takim mieszkaniami jest niewielu a jeśli już to są to z reguły ludzie dobrze sytuowani lubiący nowoczesny styl życia.

Niestety takie nieruchomości są produktem niszowym dostępnych w dużych dobrze prosperujących Polskich metropoliach. Obecna sytuacja na rynku nieruchomości nie wskazuje by pojawił się szczególny bum na takie mieszkania. Oferta zwykłych mieszkań czy domów jest bardzo bogata w związku z tym projekty konkurują ze sobą i walczą o zainteresowanie potencjalnego klienta.

W dłuższej perspektywie, jeśli min. zabrakłoby wolnych działek pod inwestycje bądź planowanie przestrzenne ograniczy ekspansje deweloperów poza centrami miast projekty wysokościowe śmielej będą, realizowane. Bo przy stosunkowo małej powierzchni zabudowy działki oferować będę całe pietra mieszkań czy biur aż po same chmury.

Ale to prognoza raczej wieloletnia i w Polskich warunkach nie będzie chyba realna przy tym systemie gospodarowania nieruchomościami.

Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości |25.07|2016 r.|

  Foto: Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Z Tomaszem Błeszyńskim, ekspertem rynku nieruchomości, rozmawia Piotr Brzózka.

Na mapach Łódź od lat leżała obok skrzyżowania autostrad, od lat kusiliśmy inwestorów tą unikatową lokalizacją, jednak dopiero teraz rzeczywistość dopasowała się do przedwcześnie wyrysowanych map i zbyt optymistycznych folderów reklamowych. Czy należy się w związku z tym spodziewać wysypu nowych inwestycji, głównie w branży logistycznej, ale też na przykład - produkcyjnej?

Położona w środku Polski Łódź przez lata była źle skomunikowana. Wszystkie partie polityczne, posłowie, prezydenci miast zabiegali o autostrady, krzyczeli, że trzeba Łódź skomunikować z Polską, a kiedy to się stanie, to Łódź odżyje, to będą nowe inwestycje, większe zainteresowanie miastem.

A nie będzie? Słyszę powątpiewanie w Pana głosie...

Odpowiedzmy sobie na pytanie, kto zyska, kto straci. Zaczął pan temat centrów logistycznych. Te centra od lat są planowane i budowane w oparciu o europejskie korytarze komunikacyjne, takie ciągi, które spokojnie można porównywać ze szlakami bursztynowymi, którymi kupcy przewozili w dawnych czasach towary. Do dziś istnieją takie utarte szlaki tranzytowe, wzdłuż i wszerz Europy. Polska jest ważnym krajem, jeśli chodzi o tranzyt na linii wschód-zachód, nieco mniej ważnym jeśli chodzi o relację - północ-południe. Przejechałem się autostrada A1 i mówię sobie: no pięknie, ale to przecież zasługa Gierka, który położył podwaliny pod tę inwestycję, a kiedy Gierek dostawał z Zachodu pieniądze między innymi na budowę infrastruktury drogowej, to nie było to jego widzimisię, tylko realizacja idei korytarzy transportowych, dalekosiężna polityka wykraczająca poza granice Polski. Przypomniało mi się, jak siedzący w więzieniu prezydent Piotrkowa Trybunalskiego podpisał umowę na parki logistyczne pod Piotrkowem, ale przecież to też nie była jego zasługa, tylko konsekwencja działań firm logistycznych, wykorzystujących europejskie korytarze transportowe, a Piotrków akurat w takim korytarzu się znajduje. I rzeczywiście, wystrzeliły w swoim czasie centra logistyczne pod Piotrkowem, Strykowem, Toruniem, w naturalnych miejscach, w korytarzach, mniej więcej w geograficznym środku kraju. Stanowią bazę przeładunkową, choć nie są to wielkie centra logistyczne o zasięgu ogólnoeuropejskim, a raczej lokalne centra magazynowe, zaopatrujące rynek Polski i najbliższą zagranicę. W związku z oddaniem autostrady A1, w pobliżu skrzyżowania z A2, z S8, obok zjazdów, też będą nowe inwestycje. To normalne działanie, aczkolwiek musimy pamiętać, że dziś rynek nieruchomości płata figle, jeśli chodzi o logistykę, a to z powodu wzrastającego rynku handlu internetowego.

Co nam podpowiadają przykłady innych miast?

Analizowałem Piotrków, mało rozległe miasto, wokół którego rozlokowano różnego rodzaju centra logistyczne. Piotrków to bardzo dobrze wykorzystał, wszedł w pewną synergię, zaczął odtwarzać szkoły zawodowe, organizować kursy wózków widłowych, rozwinął komunikację autobusową wokół tych magazynów, włączając je niejako w życie miasta, żeby ludzie szybko mogli tam dojechać, zrobić zakupy i tak dalej. Ale Piotrków jest mały, a to wszystko działo się w bezpośrednim sąsiedztwie miasta. Toruń inaczej do tego podszedł, bo jest dalej odsunięty od autostrady, a jeszcze inną historią jest Stryków, bo tam nie chodziło o związki z miasteczkiem, tylko - mówiąc wprost - o zbieranie podatków od firm logistycznych i załatwienie miejsc pracy dla mieszkańców. Tak więc każde z miast ma swoją filozofię.

A co z Łodzią, czego Pan się spodziewa?

Przejechałem tą autostradą, jest fajnie: postawili ekrany, zrobili zjazdy, wszyscy się cieszą, że w mieście nie ma tirów, idealna sprawa. Z punktu widzenia kierowców tirów to też kapitalna rzecz, przysłuchuję się od lat rozmowom przez CB-radio, dla niech przejazd przez Łódź był udręką. Ale nasuwa mi się taka refleksja, że teraz czekają nas dwa zjawiska. Pierwsze, rzeczywiście kreujące rynek wokół nowych dróg: budowa centrów logistycznych, fabryk w rejonie autostrady. Ale ponieważ wszyscy mówią tylko o pozytywach, ja chciałbym zwrócić uwagę na drugie zjawisko, negatywne. Nie chcę tego akcentować zbyt mocno, ale chcę udowodnić, że wyrzucenie ruchu samochodowego na obwodnicę na węźle w Tuszynie, sprawi że Łódź stanie się miastem obok autostrady. Przypomniała mi się historia dotycząca trasy A2. Spotkałem się niedawno z przedstawicielami niemieckiej firmy w Warszawie. Rozmawiamy, ich dyrektor regionalny, Polak z pochodzenia, mówi do mnie: panie Tomaszu, jak się jechało, bo pan z Łodzi dzisiaj przyjechał, prawda? Ja na to, że teraz się już nieźle jedzie, odkąd jest autostrada. Na to Niemiec się pyta: przepraszam, a gdzie jest ta Łódź, daleko? Dyrektor odpowiada: jak się jedzie z Poznania do Warszawy, to trochę dalej niż w połowie drogi, po prawej stronie jest Łódź. Niemiec na to: nie widziałem, gdzie? Dyrektor: a bo to jest tam dalej, trzeba zjechać z autostrady do miasta. Niemiec: a, Łódź to takie miasto jest? I nagle obaj na mnie popatrzyli, skąd ja się w ogóle wziąłem, wyszło na to, że jest jakaś miejscowość, o której istnieniu nikt nie wie. Dokładnie taka sama sytuacja może mieć miejsce w przypadku A1. Samochody pędzące ze Śląska nad morze będą mijać Łódź, a ich kierowcy z czasem zapomną, że w ogóle istnieje takie miasto. Owszem, cieszę się, że przez Łódź przestaną jeździć tiry, to było zbyt uciążliwe. Ale inaczej patrzę na auta osobowe. Widziałem w ostatni piątek po południu, pędzące nad Bałtyk auta ze Śląska, Krakowa, z Czech, z Austrii, one nie wjadą już do Łodzi. Fakt, postawiła GDDKiA tablice Łódź Górna, Łódź Centrum, ale jechałem z kolegą z innego miasta tą autostradą, a on się pyta, co to jest ta Łódź Górna. To pokazuje, jak durnowata jest ta informacja. Może to zjazd na jakąś wioskę zabitą dechami, skoro nic nie widać z tej autostrady?

Ale to co Pan mówi jest dość niemierzalne..

Ale to się przekłada na pieniądze. Tak jak powiedziałem, z tirów, które ominą Łódź się cieszę. Ale kierowcy samochodów osobowych też będą mijać Łódź Górną, Łódź Widzew, Łódź Centrum, nie wiedząc o co chodzi, w ogóle nie widząc, co to miasto oferuje, czy nie warto przypadkiem tam na piętnaście minut wjechać. To, co było poprzednio sytuacją wymuszoną, paradoksalnie było sytuacją pozytywną. Wielu moich znajomych z Częstochowy czy Krakowa, przejeżdżając przez Łódź, zaglądało przy okazji do Aquaparku, wpadało na zakupy do Manufaktury. Jadąc nad morze musieli się przeczołgać przez Łódź, więc i tak tracąc tu już czas, zostawiali sobie dwie czy trzy godziny dodatkowo, żeby coś zrobić w Łodzi.

I naprawdę Pan myśli, że dużo było osób, które wściekając się na korki, jeszcze oddawały się tu rozrywkom, zamiast jak najszybciej wyjechać za miasto?

Korki są wszędzie, każdy kto dużo jeździ wie, że tak wygląda przejazd przez duże miasto. A dzięki temu ludzie jeżdżący z południa na północ, wiedzieli gdzie jest Łódź, zobaczyli że miasto ma coś interesującego do zaoferowania, nawet jak się nie zatrzymywali w drodze na morze, to potem wracali na dłużej. Miałem znajomych, którzy zaczęli przyjeżdżać na festiwal światła, bo Łódź ich zainteresowała właśnie w czasie takiego przejazdu. Był to marketing przymuszony, ale był. Tymczasem dziś gnając autostradą A1 kierowcy widzą tylko ekrany dźwiękochłonne, ewentualnie pola i łąki. I nie wiedzą, co znajduje się obok, czy warto tam na dwie godziny zjechać. Przechodząc do meritum - nie chcę tego głośno mówić, ale podejrzewam, że te potoki samochodów omijające Łódź i mniejsze miejscowości przy starej krajowej jedynce, przełożą się ujemnie na ekonomię. Po prostu pieniądze, które mogłyby być wydane w czasie przejazdu przez aglomerację łódzką, zostaną wydane gdzie indziej. Nie chcę być złym prorokiem, ale podejrzewam, że w całkiem bliskiej perspektywie ucierpią takie miejsca jak Rzgów, Tuszyn, ucierpią wszyscy dealerzy samochodowi zlokalizowani u wylotów z Łodzi, wszystkie hurtownie w tych okolicach, restauracje, zajazdy.

Rozmawiałem ostatnio z byłym wiceprezydentem Łodzi i byłym wiceministrem infrastruktury Radosławem Stępniem. On przekonuje, że syndrom odcięcia od głównego szlaku komunikacyjnego, owszem, dotyka boleśnie, ale małe i średnie miejscowości, Łódź nie powinna więc ucierpieć.

Obserwowałem dokładnie to zjawisko w okolicach Warszawy, po tym jak wyremontowano drogę z Piotrkowa, widziałem co się dzieje na wjeździe do stolicy od strony Nadarzyna. Odcięci ekranami, oddaleni od zjazdów, przedsiębiorcy umierają. Widzę, jak zdychają te zajazdy. Właściciele knajp przez CB radio nawołują: przyjedźcie do nas, zjecie obiad za 10 złotych. Bo odcięci od drogi po prostu nie mają klientów, ludzie przejeżdżają obok nich, nawet nie mając pojęcia o ich istnieniu. Dlatego sądzę, że u nas sytuacja będzie taka: osoby, które znają Łódź i jej walory, osoby które przyjeżdżały do Ptaka na zakupy od lat dalej będą do nas przyjeżdżać, zjadą w Tuszynie z autostrady, pojadą starą drogą. Ale lwia część ludzi, która nigdy tu nie była, albo przejeżdżała Łodzią się nie interesując nią, już się nie zainteresuje. Dostając takie udogodnienie, jakim jest autostrada, nie zjadą z niej, to jest oczywiste. Jadąc ze Śląska nad morze cieszą się, że jest szybko, nie w głowie im interesowanie się Łodzią. Dlatego z jednej strony super, że nie będzie tirów, ale z drugiej strony budowa ringu komunikacyjnego sprawia, że mamy miasto odcięte w sensie przestrzennym od otoczenia. To dobre z czysto komunikacyjnego punktu widzenia, ale w ten sposób miasto dostało się w kleszcze.

Chce Pan powiedzieć, że autostrady odcinają miasto od świata?

Tak, znaleźliśmy się w zamkniętym kręgu. I jeśli będą nowe inwestycje, logistyczne, przemysłowe, mieszkaniowe, to moim zdaniem będą się lokalizować na zewnątrz tego ringu. Bo ciężko będzie wewnątrz kręgu o duże tereny inwestycyjne. Kto więc zyska? Ościenne miejscowości: Andrespol Justynów, Koluszki, Brzeziny, Rogów. Miałem trochę nieruchomości do sprzedania w tamtym rejonie, ale ludzie mówili: zaczekajmy aż wybudują autostradę. Teraz już droga jest i będzie się tam inwestować. Dla tych małych miejscowości inwestycje będą miały ogromne znaczenie, natomiast Łódź będzie tracić.

Na prawdę chce Pan powiedzieć, że Łódź per saldo wyjdzie na minus z powodu oddania autostrady?

Wyjdzie na plus, jeśli chodzi o sam ruch samochodów, to jest rzecz oczywista: mniej spalin, czystsze powietrze, mniejsze korki, większe bezpieczeństwo, lepszy stan dróg.

To bardzo dużo.

Tak, i to są elementy bardzo ważne, tych plusów jest masa. Ale chciałbym też zwrócić uwagę na minusy, o których się nie mówi. Jeśli miasto Łódź nie przyjmie odpowiedniej strategii w nowej sytuacji, w jakiej się znalazło, nie zachęci przyjezdnych, nie wskaże dlaczego warto zjechać z autostrady, to po prostu będzie tracić, jednocześnie nie zyskując tak wiele na inwestycjach twardych, bezpośrednich, bo tak jak powiedziałem, one raczej będą się lokalizować po zewnętrznej stronie ringu. Jechałem przez Widzew, tam jest naprawdę ciasno, jest dziwna zabudowa, trochę ogrodów działkowych. Teoretycznie tam można przygotować jakieś grunty inwestycyjne, ale miasto musiałoby się wziąć za kreowanie. A pewne jest, że gminy ościenne się teraz ruszą, zaraz zaczną podawać oferty inwestycyjne, reklamując położenie przy autostradzie.

Łódź, zamiast się tylko cieszyć ze zmniejszonego ruchu, powinna jednak próbować coś więcej z tej autostrady wycisnąć - Tomasz Błeszyński Polska Press Sp. z o.o. |Dziennik Łódzki |15.07.2016 r.|

Źródło: http://www.dzienniklodzki.pl/forum-lodz/a/tomasz-bleszynski-lodz-stala-sie-miastem-lezacym-obok-autostrady,10413026/2/  

Źródło; Polska Press Sp. z o.o. |Dziennik Łódzki |15.07.2016 r.|

 
 Oceń wpis
   

Łódź została miastem przy autostradowym pełną gębą, ze wszelkimi tego konsekwencjami - i tymi miastotwórczymi, i tymi destrukcyjnymi. Mityczne już skrzyżowanie autostrad, u którego jakoby leżeliśmy od lat, dopiero 1 lipca stało się bytem realnym, a połączone trasy A1 i A2 zaczęły na Łódź oddziaływać z niespotykaną dotąd siłą.

Oddanie kluczowego, od lat wyczekiwanego odcinka A1 Stryków-Tuszyn z miejsca przeobraziło Łódź w miasto bardziej przyjazne do życia, ale też pełne nowych, czasem niespodziewanych wyzwań. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie zrobiła pomiarów ruchu na nowo otwartym odcinku A1, jednak symptomatyczny jest widok z kamer GDDKiA, choćby na osławione rondo w Strykowie. Tam, gdzie wcześniej stało się kilkanaście minut, czasem i godzinę, dziś jest niemal pusto.

Co, swoją drogą, skłania do oczywistej refleksji, że A1 w mniejszym stopniu obsługuje mieszkańców Łodzi, a większym - tranzyt, a to z kolej nakazuje zachować chłodną głowę w dyskusji nad dojazdami do autostrady.

Niemal pusto jest też od 1 lipca na niemiłosiernie zatłoczonych dotąd łódzkich skrzyżowaniach obsługujących ruch tranzytowy, na przykład na przecięciu ciągu Kopcińskiego/Rydza Śmigłego z al. Piłsudskiego. Kilka dni po otwarciu autostrady Zarząd Dróg i Transportu ogłosił, że na ulicach Łodzi, ruch w relacji północ-południe zmalał o 50 procent. I nawet jeśli obecny spokój jest złudzeniem optycznym, wynikającym z rozpoczęcia sezonu wakacyjnego, to pewne jest, że tak źle jak było, nie będzie już prawdopodobnie nigdy.

Większe bezpieczeństwo, odzyskany czas, zmniejszona emisja zanieczyszczeń, niższy poziom hałasu, dłuższa żywotność miejskich nawierzchni - to wszystko truizmy, korzyści tak oczywiste, że nie ma się nad nimi co rozpływać, jeśli coś może nas w tej materii jeszcze zaciekawić, to szczegółowe pomiary w każdym z tych parametrów, które pewnie kiedyś zostaną dokonane.

Ale autostrada to również nieproszone skutki uboczne. Łódź idzie za ciosem i chcąc całkowicie pozbyć się tirów z miasta, dodatkowo wprowadza zakaz wjazdu dla tego typu pojazdów w granice miasta.

Co budzi naturalne obawy w gminach ościennych. No i trzeba pamiętać o skutkach czysto ekonomicznych. Autostrada to silny bodziec dla branży logistycznej, produkcyjnej i wielu innych. Jednak znanym od lat problemem Łodzi jest brak dużych terenów inwestycyjnych. Oby nas to nie przydusiło.

Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości, kasandrycznie wieszczy natomiast, że autostrada uderzy w interesy zlokalizowane przy dawnej krajowej jedynce, szczególnie w miejscowościach ościennych i na rogatkach Łodzi, gdzie znajdują się duże centra handlowe, hurtownie, stacje paliw, zajazdy, restauracje, motele, salony dealerów samochodowych. Były wiceminister infrastruktury Radosław Stępień przekonywał niedawno na łamach DŁ, że tego typu zagrożenia nie powinny dotyczyć miasta tak dużego i w tak dużym stopniu żyjącego z rynku wewnętrznego, jak Łódź. Owszem, negatywne konsekwencje odcięcia biznesu od tranzytu czasem się materializują, ale dotyczy to miast małych i średnich. Jako przykład Stępień podawał Bolesławiec na Dolnym Śląsku, który w 2009 roku dość mocno odczuł otwarcie autostrady A4.

Jak sprawdziliśmy w lokalnej prasie z tamtego okresu, autostrada istotnie uderzyła w interesy prowadzone przy dawnej drodze krajowej nr 4 (dziś 94), która z miejsca stała się arterią lokalną. Obroty stacji benzynowych w pierwszym okresie spadły nawet o 70 procent, restauratorzy mówili o obniżce przychodów rzędu 30 do 90 procent, kilka knajp padło w przeciągu pół roku, zaczęły się zwolnienia pracowników. Ale świat nie znosi próżni, media cytowały miejscowych przedsiębiorców, którzy po likwidacji przydrożnych zajazdów, kupowali lub zakładali inny interes, przydrożna branża gastronomiczna szybko przeorientowała się z obsługi podróżnych na zaspokajanie potrzeb rynku lokalnego, a więc organizację imprez okolicznościowych, cateringu. Ale też trzeba powiedzieć wyraźnie, że A4 przyniosła większości mieszkańców to, na co czekali od dawna. Dużo więcej spokoju na drogach. Pół roku po otwarciu A4 podliczono, że w powiecie bolesławieckim liczba wypadków drogowych spadła o 34 procent.

Z wnioskami dotyczącymi Łodzi należy spokojnie zaczekać kilka miesięcy, przetestujmy wpierw nowy układ drogowy w normalnym sezonie, po wakacjach, z obowiązującymi już opłatami ViaToll na autostradzie A1.

Piotr Brzózka Polska Press Sp. z o.o |Dziennik Łódzki |15.07.2016 r.| Źródło:http://www.dzienniklodzki.pl/motofakty/na-drogach/a/autostrada-a1-otwiera-okno-na-swiat-a-moze-zamyka-lodz-w-ciasnym-ringu,10414978/

Źródło; Polska Press Sp. z o.o |Dziennik Łódzki |15.07.2016 r.|

 
 Oceń wpis
   

Miasto traci na tym, że w prywatnej kamienicy handluje się dopalaczami. Za to uciążliwe sąsiedztwo domaga się odszkodowania od właściciela kamienicy, w której mieści się sklep z używkami. Straty miejscy prawnicy wyceniają na milion złotych.

Zaczyna się kolejna odsłona walki urzędników z dopalaczami. Pozew, który w magistracie zapowiadali w ubiegłym tygodniu, jest już gotowy. Dziś zostanie złożony w sądzie okręgowym. - Jesteśmy zdania, że choć handel dopalaczami nie jest prowadzony w budynku należącym do miasta, ma negatywny wpływ na okolicę. Cierpią nie tylko mieszkańcy, którzy doświadczają uciążliwych zachowań klientów, ale także miasto - tłumaczy Barbara Mrozowska-Nieradko, sekretarz miasta. - Nasze nieruchomości sąsiadują z kamienicą, w której sprzedaje się dopalacze. Przez to łodzianie, najemcy, są niezadowoleni z sąsiedztwa, myślą o wyprowadzce. Takie sąsiedztwo sprawia, że wartość naszych nieruchomości spada. Na tym postanowiliśmy oprzeć nasz pozew przeciwko właścicielom nieruchomości, którzy wynajęli swoją powierzchnię na handel dopalaczami.

Pozew jako postrach

Aby skorzystać z takiej możliwości prawnej urzędnicy musieli sprawdzić, czy kamienica, w której jest sklep z dopalaczami, sąsiaduje bezpośrednio z miejskimi nieruchomościami. - Tak jest z całą pewnością w przypadku sklepu przy ulicy Nawrot, dlatego pierwszy pozew właśnie tej nieruchomości dotyczy - mówi Mrozowska-Nieradko. Prawnicy miasta sprecyzowali oczekiwania wobec właścicieli kamienicy: żeby ograniczyli możliwość sprzedaży dopalaczy. To nie koniec. Miasto domaga się za szkodliwą dla siebie działalność odszkodowania w wysokości miliona złotych, a dodatkowo stu tysięcy złotych na rzecz fundacji zajmującej się walką z uzależnieniami. Mrozowska-Nieradko: - Jak szybko rozpocznie się proces, zależy teraz od sądu. Wiem, że taki pozew, a nawet ewentualna wygrana, to nie jest złoty środek na walkę z dopalaczami. Ale skoro brakuje innych prawnych rozwiązań, to może chociaż podziała odstraszająco zarówno na tych, którzy chcą wynająć swoją powierzchnię handlarzom, jak i tym, którzy już to zrobili, i może przestraszą się konsekwencji.

Sanepid wciąż kontroluje

Póki co handel nie zamiera. Po kilkutygodniowej przerwie dopalacze wróciły na Nawrot - a skoro prewencyjnie rozkopany jest chodnik, handlują od zaplecza. Działa także punkt na Rzgowskiej. Przez jakiś czas sprzedaż była wstrzymana, bo robotnicy wodociągów rozkopali asfalt przy wejściu. Ale dziura została zasypana, a tłumy klientów bez przeszkód robią zakupy. - Oprócz tego w Łodzi działają jeszcze dwa sklepy, które pod przykrywką działalności lombardowej handlują dopalaczami - mówi Urszula Jędrzejczyk, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Łodzi. - Wiemy, że policjanci mają zgłoszenia o kolejnych takich punktach. Nie ustajemy w walce z tymi używkami. Robimy kontrole w asyście funkcjonariuszy, pobieramy próbki znalezionych substancji. W ostatnich dniach szef punktów przy Nawrot i Rzgowskiej dostał od nas po raz kolejny nakaz natychmiastowego zaprzestania działalności. A handel wciąż trwa. Skierowaliśmy też kolejne doniesienie do prokuratury, bo zatruci dopalaczami wskazywali na nazwę preparatu, który mogli kupić tylko w jednym z punktów. Naszym zdaniem jest to więc oczywiste, że doszło do przestępstwa narażenia życia i zdrowia. Dopalaczami zajmują się także policjanci. Ostatnią kontrolę - na prośbę mieszkańców Rzgowskiej - przeprowadzili dwa dni temu. - Zabezpieczyliśmy kilkadziesiąt porcji dopalaczy, które na pewno zostaną przekazane do badań - mówi aspirant sztabowy Radosław Gwis z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Nie odpuszczą

W magistracie trwają intensywne prace nad przygotowaniem kolejnego pozwu. - Zbieramy materiały, aby mieć absolutną pewność, że inne budynki z dopalaczami sąsiadują z miejskimi nieruchomościami - mówi Mrozowska-Nieradko. - Konsekwentnie będziemy pozywać wszystkich właścicieli nieruchomości, którzy zdecydują się wynajmować lokale pod tego typu działalność - mówi mecenas Jarosław Stasiak, który prowadzi sprawę w imieniu magistratu. - Miasto nie może tolerować tego typu praktyk, które oprócz ogromnych strat społecznych, powodują także wymierne szkody dla majątku miasta. Jedynym sposobem na uniknięcie uciążliwych procesów, kosztów z nimi związanych i narażenia się na wielomilionowe odszkodowania jest odstąpienie przez właścicieli kamienic od zawartych umów i niepodpisywanie podobnych w przyszłości. Na pewno nie odpuścimy.

Agnieszka Urazińska

Wyborcza.pl Łódź Wiadomości

Cały tekst: http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,20384480,dopalacze-w-lodzi-miasto-domaga-sie-miliona-zlotych-odszkodowania.html#ixzz4EPIT0AZK

Komentarz Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości

Żeby było jasne jestem przeciw sprzedawaniu dopalaczy w każdej postaci i formie. Ale tym procesem miasto Łódź w perspektywie robi sobie poważna krzywdę. Jeśli wygra tą sprawę z tytułu powództwa o "uciążliwe sąsiedztwo" ciekawy jestem uzasadnienia takiego wyroku. W przyszłości ten precedensowy wyrok może stanowić świetną podstawę i materiał do kolejnych procesów, ale tym razem przeciwko miastu również. Za "uciążliwe sąsiedztwo" pozywać do sądu będą właściciele prywatnych kamienic sąsiadujących z zaniedbanymi miejskimi nieruchomościami. Nie rozumiem, dlaczego trzeba sięgać o takich sposobów jak remonty chodników, sieci kanalizacyjnych przed sklepami z dopalaczami czy tego typu powództwa odszkodowawcze. Dlaczego przez tyle lat nie przygotowano stosownych regulacji prawnych i sankcji za łamanie prawa w tym zakresie? Poprzedni rząd wielokrotnie obiecywał skutecznego rozwiązania tego narastającego z roku na rok problemu.

Łódź 12 lipiec 2016 r.

 
 Oceń wpis
   

Miliony złotych na Orientarium z miejskiej kasy?

Władze miasta, odkąd tylko ogłosiły pomysł budowy w Łodzi nowoczesnego Orientarium w łódzkim zoo, zapewniają że mieszkańcy nie dołożą do tego ani złotówki.

Miejska kasa miała zostać nietknięta. Miała, bo magistrat już do tej pory wziął z niej na inwestycję kilka milionów i na pewno weźmie jeszcze więcej. Niewykluczone nawet, że będzie dokładać gotówkę już po uruchomieniu nowych pawilonów.

Ile dokładnie? Tego nikt nie wie, ale na wszelki wypadek w dokumentach zapisano setki milionów złotych.

Maciej Trojanowski / Paulina Stępień

Radio Łódź

Posłuchaj i dowiedz się więcej: https://www.radiolodz.pl/posts/26635-miliony-zlotych-na-orientarium-z-miejskiej-kasy

Komentarz Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości

Pomysł byłby dobry tylko wielka szkoda, że niezrealizowany z 8 - 5 lat temu. Teraz tylko nieudolnie gonimy inne miasta szukając atrakcji turystycznych na siłę. Niestety i tu przegramy z innymi miastami. Teraz w dobie autostrad kiedy szybko i sprawnie można dojechać w bardziej interesujące miejsca niż Łódź. Co mnie, jako rodowitego łodzianina bardzo boli, że z roku na rok odstajemy od czołówki polskich metropolii. Orientarium będzie kolejnym symbolem, PR władzy, jak przystanek przesiadkowy zwany stajnią Jednorożca czy tunel trasy WZ. Moim zdaniem tą inwestycja Pani Prezydent puszcza oko do przyszłych wyborców. Nie wiem może się mylę, jak będzie czas pokaże, czy ta inwestycja zmieni oblicze miasta.

Łódź 11 lipiec 2016 r.

 
 Oceń wpis
   

Czy są chętni na pakiety mieszkaniowe? Jak inwestorzy finansują zakup?

Pakietowych zakupów nieruchomości właściwie już nie ma mówi pośredniczka Joanna Lebiedź z agencji Re/Max Action. Przynajmniej nie na taką skalę jak w latach 20072008. Część inwestorów do dziś nie może wyjść z tych inwestycji z oczekiwanym zyskiem. I nie chodzi o to, że mieszkania te nie są sprzedawalne. Po prostu nie można zarobić tyle, ile się spodziewano zarobić. Czasem trzeba się nawet liczyć ze stratą.

Szansa dla najmów

Jak mówi Joanna Lebiedź, dziś najlepiej sprzedają się małe dwa trzy pokoje. W tym segmencie widać stabilizację. Ale daleko nam jeszcze do pewności, że inwestycja w takie lokale przyniesie za chwilę krociowe zyski przy odsprzedaży zastrzega pośredniczka. Na pewno warto się zastanowić nad kupnem takich nieruchomości z myślą o wynajmie. Wszystko wskazuje na to, że rynek wynajmów ma szansę na rozkwit ocenia. Zdaniem Joanny Lebiedź tak długo, jak długo banki nie będą proponować korzystnych warunków kredytowania, tak długo można będzie twierdzić, że w Polsce warto się stać rentierem.

W ocenie Tomasza Błeszyńskiego, eksperta na rynku nieruchomości, inwestorzy szukają dziś przede wszystkim okazji. Na ich celowniku są lokale zadłużone, oferowane choćby na licytacjach. Kupują kawalerki lub dwa pokoje o powierzchni od ok. 30 do 50 mkw. Koncentrują się raczej na dużych miastach, gdzie łatwiej o najemców opowiada. I dodaje, że inwestorzy najczęściej wykładają gotówkę, likwidując np. nieopłacalne lokaty bankowe. Część inwestorów wspiera się kredytem w 1520 proc.

Pytany o pakietowe zakupy Tomasz Błeszyński odpowiada, że jeśli dużą partię mieszkań po okazyjnej cenie sprzedaje np. syndyk, to warto się zastanowić i obliczyć rentowność inwestycji.

O dużej aktywności inwestorów mieszkaniowych mówi Joanna Gregor, dyrektor oddziałów Freedom Nieruchomości w Lesznie i Wrocławiu. W Lesznie dominuje rynek wtórny. Wiele transakcji jest zawieranych w dużych miastach w pobliżu, np. w Poznaniu opowiada Joanna Gregor. Ośmiu na dziesięciu kupujących atrakcyjnie wycenione mieszkania w dobrych poznańskich lokalizacjach to inwestorzy. Firmy inwestują zaś w rynek pierwotny dodaje dyrektor. Z analiz Freedom Nieruchomości wynika, że w Lesznie brakuje mieszkań i pokoi na wynajem. A inwestorzy najchętniej wynajmują lokale na pokoje, bo to daje większe zyski.

Płatność w transzach

Joanna Gregor zauważa, że inwestorzy, mimo że dysponują gotówką, często nie chcą jej w całości wydawać. Bywa, że zadłużają się na ok. 50 proc. transakcji. Zdarzają się niewielkie pakietowe zakupy, po dwatrzy mieszkania, oczywiście z rynku pierwotnego. Płatności odbywają się w transzach za poszczególne etapy opowiada dyrektor.

O satysfakcjonujących zyskach możliwych do osiągnięcia na rynku nieruchomości mówi także Diana Polak, broker z Freedom Nieruchomości w Katowicach. Na inwestycje w mieszkania decyduje się coraz więcej osób mówi Diana Polak. Nie wszystkie jednak decyzje okazują się trafne przestrzega. Najważniejsza jest stopa zwrotu z inwestycji. Jeśli inwestor dysponuje mniejszym kapitałem, w grę wchodzą kawalerki i dwa pokoje wymagające często odświeżenia albo kapitalnego remontu opowiada Diana Polak. Za większe pieniądze kupowane są często duże nieruchomości, które można podzielić na kilka pokoi lub nawet kawalerek.

W Katowicach, jak mówi przedstawicielka Freedom Nieruchomości, inwestorzy dzielą się na dwie grupy. Są tacy, którzy mają spory kapitał i chcą go ulokować w nieruchomościach, by pieniądze zaczęły zarabiać. Ale są i tacy, którym brakuje pieniędzy, ale widzą potencjał w inwestowaniu w nieruchomości i decydują się na kredyt opowiada. Z analiz katowickiego oddziału Freedom Nieruchomości wynika, że na transakcje pakietowe decydują się zwykle gotówkowicze. Czasem, jak mówi Diana Polak, kupują cały budynek, np. kamienicę lub blok. Łatwiejsze staje się wówczas zarządzanie i monitorowanie całej inwestycji.

Warto też wspomnieć o crowdfundingu. To pomysł na wspólne inwestowanie grupy osób, dzięki czemu kwota końcowa wspólnie zgromadzonych środków pozwala na przeprowadzenie większego projektu inwestycyjnego i podział wygenerowanych w ten sposób zysków przypomina przedstawicielka Freedom Nieruchomości. Radzi, by przy zakupach mieszkaniowych pamiętać o kosztach utrzymania nieruchomości. Trzeba się też zastanowić, kto wynajmie nasze mieszkanie. Na jaką grupę najemców można liczyć w danej lokalizacji, w danym otoczeniu? Same liczby mogą pokazać satysfakcjonujący wynik. Ale to teoria, natomiast cechy nieruchomości mogą sprawić, że nikt nie będzie chciał w niej mieszkać przestrzega Diana Polak.

Aneta Gawrońska

Żródło: Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/Mieszkania-i-apartamenty/306289956-Inwestycje-czy-inwestorzy-kupuja-mieszkania-w-pakietach.html#ap-2

Wszystkie prawa zastrzeżone

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

"Nie!" dla "gaci". Będą kary za suszenie prania na balkonie?

- Będziemy zmuszać do zdejmowania gaci - mówi prezydent Lubina. I chociaż chodzi mu o "gacie" suszące się po praniu, to i tak wzbudza tymi słowami mnóstwo kontrowersji. Bo mieszkańcy gdzieś pranie muszą suszyć, a prawnicy mówią, że "gaciowego" zakazu nie da się wyegzekwować. Robert Raczyński, prezydent Lubina podczas wywiadu radiowego zaczął mówić o pomyśle likwidacji szpecących reklam. I pewnie przyklasnęliby mu mieszkańcy, gdyby nie to, co powiedział potem. - Docelowo będziemy zmuszać do zdejmowania gaci z balkonów, bo to jest przykry widok w nowoczesnym, XXI wieku w mieście - powiedział prezydent w audycji radia "Elka". W mieście zawrzało. No kto i na jakiej podstawie mógłby "zmuszać" do suszenia prania w domu? Jacek Mamiński, rzecznik prezydenta szybko wyjaśnił, że miasto będzie "apelować" o to, żeby pranie nie wisiało na oczach przechodniów.

- Chodziło przede wszystkim o to, żeby wywołać publiczną dyskusję w sprawie estetyki w miastach - tłumaczy przed kamerą TVN24. Jak nie na balkonie, to gdzie? Jeżeli faktycznie chodziło o dyskusję, to się udało. O tym, gdzie pranie może wisieć, a gdzie nie mówi się już nie tylko w Lubinie. - Wiadomo, że to wygląda nieestetycznie, ale trzeba zrozumieć tych, którzy mają małe mieszkanka i nie mają gdzie wywiesić prania - mówi TVN24 jedna z mieszkanek Lubina. - W całej Europie widać powywieszane pranie i nikomu to nie przeszkadza - dodaje zdziwiona mieszkanka Łodzi.

"Gacie" kontra finanse

Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości broni jednak pomysłu lubińskich samorządowców. Tłumaczy, że "gacie" wywieszone na balkonach są nie tylko nieestetyczne, ale mogą w realnym stopniu uderzać w portfele samych mieszkańców. - Nieruchomości są mniej warte, jeżeli znajdują się w nieatrakcyjnym otoczeniu. Niestety, wciąż jest sporo osób, które twierdzą, że pranie suszące się w miejskim kurzu i pyle jest lepsze niż to z bębna pralki - podkreśla. Dodaje przy tym, że tego typu spadki cen są charakterystyczne m.in. dla Niemiec czy Anglii. W Polsce trudno oszacować ewentualne straty finansowe tych, którzy chcą sprzedać lokal w sąsiedztwie suszącej się bielizny. Dlaczego? Po prostu mało osób zwraca na to uwagę.

Nielegalne suszenie ?

Nie zmienia to faktu, że niektóre spółdzielnie mieszkaniowe wprowadziły zakazy wywieszania prania w miejscu, gdzie będzie widoczne dla osób postronnych. Tak jak Kujawska Spółdzielnia Mieszkaniowa w Inowrocławiu, w regulaminie której stanęło: "Suszenie drobnej odzieży, bielizny itp. dozwolone jest tylko wewnątrz balkonu i loggi do poziomu górnych krawędzi ich balustrad". Tyle, że takie rygory są - zdaniem prawników - tylko sugestią. Podobnie zresztą jak deklaracja prezydenta Lubina. - Trudno sobie wyobrazić kary za sposób korzystania z własnego balkonu - komentuje całe zamieszanie łódzki adwokat Bronisław Muszyński.

Link do reportażu: www.tvn24.pl/lodz,69/nie-dla-gaci-beda-kary-za-suszenie-prania-na-balkonie,656481.html

Źródło: TVN24 (http://www.tvn24.pl)

 
 Oceń wpis
   

Ministerstwo Budownictwa chce uzależnić ważność umów pośrednictwa w obrocie nieruchomościami od informacji o OC.

To zły pomysł uważa wielu pośredników w obrocie nieruchomościami. Trwają prace nad zmianami w przepisach dotyczących zawodu pośrednika, zarządcy i rzeczoznawcy majątkowego. Chodzi o ustawę o gospodarce nieruchomościami.

Autorem propozycji jest Ministerstwo Budownictwa i Infrastruktury. To pierwszy duży projekt od czasu deregulacji tych zawodów przed trzema laty. Nie wszystkim jednak ich przedstawicielom te propozycje się podobają.

Najbardziej krytykują tę dotyczącą ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej.

Projekt bowiem uzależnia ważność umowy pośrednictwa, zarządzania oraz operatu szacunkowego od zawarcia w nich informacji o OC danego pośrednika, zarządcy lub rzeczoznawcy majątkowego.

Obecnie również przepisy zobowiązują te trzy zawody do wykupienia OC. Nie ma jednak sankcji za ich nieposiadanie. Ma się to zmienić.

Uzależnienie ważności umowy od podania w niej informacji o OC nie ma wpływu na jakość usług świadczonych przez osoby wykonujące zawód pośrednika czy zarządcy mówi Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości. Tymczasem od trzech lat, tj. od czasu wejścia w życie deregulacji, zawód pośrednika i zarządcy może wykonywać praktycznie każdy, bo nie ma przepisów określających podstawowe standardy dla tych zawodów. Dlatego zdaniem Błeszyńskiego przede wszystkim ich stworzeniem powinno zająć się ministerstwo.

Pośrednicy domagają się, aby ministerstwo na nowo określiło standardy zawodu.

Pośrednicy zgodnie też podkreślają, że OC posiadają praktycznie wszyscy. Nie znają jednak przypadku wypłaty odszkodowania z OC pośrednika lub zarządcy. Umowy ubezpieczenia są bowiem tak sformułowane, że trudno z nich cokolwiek wyegzekwować.

Skoro tak, to po co obwarowywać sankcją nieważności umowy zawierane z klientami zastanawia się Mariusz Kania z Polskiej Izby Nieruchomości.

Tomasz Błeszyński zwraca też uwagę na brzmienie proponowanego zapisu.

Nakłada on obowiązek podania jedynie informacji o ubezpieczeniu OC tłumaczy Błeszyński. A co w sytuacji, gdy ta informacja będzie się rozmijała z prawdą? Taka umowa zgodnie z tym projektem będzie ważna podkreśla ekspert.

Takich zastrzeżeń nie ma natomiast Wojciech Nurek, rzeczoznawca majątkowy. Dziś do operatu szacunkowego rzeczoznawcy dołączają kopię polisy lub nie, bo nie ma takiego obowiązku. Po zmianach każdy zamieści informację o OC. Nie widzę w tym absolutnie nic złego.

Podobnie jednak jak w wypadku pośredników i zarządców, zastanawia się nad sensem obowiązkowego OC.

Nie znam żądnego klienta rzeczoznawcy, który by z niego skorzystał dodaje Wojciech Nurek.

Wszystkim pośrednikom i zarządcom podoba się pomysł powrotu do postanowień sprzed deregulacji. Dzięki projektowi będą mogli oni samodzielnie zweryfikować stan prawny nieruchomości, występując w tej sprawie do urzędów, a te będą miały obowiązek wydać zaświadczenia, np. z ewidencji gruntów i budynków.

To bardzo dobry pomysł. Dziś nie jest to możliwe, co bardzo nam na co dzień utrudnia pracę mówi Tomasz Błeszyński.

Renata Krupa-Dąbrowska Źródło: Rzeczpospolita Publikacja: 27.06.2016 http://www.rp.pl/Nieruchomosci/306279901-Obrot-nieruchomosciami-tylko-z-OC.html#ap-2

 
 Oceń wpis
   

Będą kolejki po mieszkania jak w PRL.

Po lokal od państwa może się ubiegać każdy. Założenia programu Mieszkanie+ ogłosiła w piątek premier Beata Szydło. Ma on się opierać na trzech filarach. Za budowę tanich mieszkań na gruntach Skarbu Państwa będzie odpowiadał Narodowy Fundusz Mieszkaniowy. Lokal, w zależności od adresu, będzie można wynająć za 10 20 zł za mkw. Najemca zyska prawo przejęcia mieszkania na własność, dopłacając do czynszu 20 proc. Nabór do pierwszych budowanych lokali ma ruszyć w drugiej połowie 2017 r. Pierwsze budowy tanich mieszkań miałyby się rozpocząć na początku 2018 r. Rząd podaje, że mkw. lokalu da się wybudować i wykończyć średnio za niespełna 2,6 tys. zł.

System punktowy

Fundusz z założenia nie będzie korzystał ze środków budżetowych. Dysponując gruntami Skarbu Państwa i gmin, będzie mógł je sprzedawać, wymieniać, zaciągać kredyty, emitować obligacje. Wciąż jednak nie wiadomo, jak dużo terenów przejmie. Spis gruntów dopiero się tworzy. Nie wiadomo więc, ile tanich lokali może powstać. Program jest adresowany do wszystkich Polaków, w każdym regionie kraju mówi premier Beata Szydło. Nikogo nie wykluczamy, nie wprowadzamy chociażby kryterium wieku. Szeroko otwarte drzwi przyciągną zapewne kolejki chętnych na tani dach nad głową. Dlatego, jak mówi premier, rząd wprowadzi kryteria przydziału lokali. Uprzywilejowane mają być rodziny wielodzietne. Pod uwagę będą brane także dochody.

Drugim filarem programu mają być indywidualne konta mieszkaniowe. Chcemy, by Polacy oszczędzali, ale nie kosztem standardu życia podkreślała Beata Szydło. Lokowane na kontach pieniądze miałyby iść na remonty, modernizacje, budowy domów. Oszczędnym państwo wypłacałoby premie. Jakie? Nie wiadomo.10 zł za mkw. już za tyle będzie można wynająć lokal w ramach nowego programu Mieszkanie+" zapowiada rząd Rząd zapowiada też wsparcie budownictwa społecznego. Gminy miałyby się skupić na budowie mieszkań komunalnych, nie socjalnych. Samorządy mogłyby liczyć na dofinansowanie kosztów budowy nawet do 55 proc. Rząd obiecuje uproszczenie procedur budowlanych.

Rewolucja na rynku

Dziś o nowym programie wiemy niewiele więcej, niż wiedzieliśmy kilka miesięcy temu komentuje Jacek Bielecki, ekspert Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Nie znamy szczegółów. Nie wiemy, jak program miałby być finansowany. Jeśli nowy fundusz przejmie grunty od Skarbu Państwa, to będzie to oznaczać finansowanie z budżetu, wbrew rządowym zapowiedziom zauważa. Bielecki mówi też, że nic nie wiemy o skali programu. Ile mieszkań powstanie, dla kogo będą budowane. Najpierw się mówi, że dla tych bez zdolności kredytowej, a za chwilę że dla wszystkich. Jeśli pierwsze budowy ruszą na początku 2018 r., to lokale będą gotowe najwcześniej za trzy lata.

Także Jarosław Mikołaj Skoczeń, ekspert Emmerson Realty, ocenia, że do realizacji obietnic droga daleka. Pomysł budowy tanich mieszkań na gruntach gminnych wydaje się dobry. Ale zanim rząd upora się z biurokracją, zanim będzie wiadomo, komu się mieszkanie należy w pierwszej kolejności, upłynie wiele czasu. Młodzi, którzy potrzebują mieszkania, zdążą się lekko zestarzeć mówi Skoczeń.

W powodzenie programu na podstawie ogólnikowych zapowiedzi niespecjalnie wierzy Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości. Program jest dla każdego, a więc dla nikogo ocenia. Oczywiście, jeśli ktoś obiecuje bardzo tanie mieszkania, które można będzie przejąć, to ustawi się po nie kolejka. Już to przerabialiśmy w czasach PRL. Najwięcej pytań budzą kwestie finansowania tych inwestycji. Bo w to, że to będzie takie perpetuum mobile, nie wierzę. Muszą być jakieś koszty wejścia. Nie wszystkie działki nadają się przecież do szybkiej zabudowy.

O rewolucji na rynku mówi Bartosz Turek, analityk Lion's Banku. Świetnym pomysłem jest premiowanie oszczędzania. To lepsze niż dopłaty w MdM" ocenia. Program budowania mieszkań na wynajem też jest wart poparcia. Wiele osób nie stać dziś ani na kupno, ani na wynajem. Tymczasem tylko na warszawskich Odolanach, na działce PKP, mogłoby powstać nawet 25 tys. mieszkań wskazuje Turek.

Jego zdaniem, jeśli ten program udałoby się zrealizować, czeka nas rewolucja na rynku. Spadną i stawki najmu, i ceny mieszkań. Problem w tym, że może to popsuć biznes i deweloperom, i inwestorom, którzy kupują mieszkania na wynajem. Tanie lokale od państwa będą ogromną konkurencją. Rząd jest zdeterminowany, więc to wszystko może się udać nie wyklucza.

Także Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl, ocenia, że nowa polityka mieszkaniowa rządu jest rewolucyjna. Pytanie, czy to jest program realny? Problematyczne jest wyliczenie kosztów mkw. rządowego lokum na 3 tys. zł w stanie pod klucz punktuje Jędrzyński. Z analiz NBP nie wynika, by taka stawka była realna w największych polskich miastach, nawet po odjęciu kosztów ziemi i marży brutto dewelopera. A młodzi Polacy są zainteresowani migracją właśnie do największych miast, gdzie warunki życia są najlepsze mówi. I podkreśla, że wciąż nie ma też konkretnej deklaracji źródeł finansowania programu. Ponownie mamy spory pakiet ogólników do przemyślenia mówi ekspert.

Aneta Gawrońska |06.06.2016| Żródło: Rzeczpospolita http://www.rp.pl/Wynajem/306069981-Mieszkanie-Plus-kto-moze-skorzystac-z-lokalu-od-panstwa.html#ap-3

 
 Oceń wpis
   

Oferta firm budowlanych jest kusząca.

Zapewniają nie tylko wykonanie projektu, budowę i wykonanie prac wykończeniowych, ale także załatwienie niezbędnych formalności oraz wieloletnią gwarancję.

Stan surowy, deweloperski, pod klucz

Wiele osób planujących budowę domu chce zakończyć inwestycję jak najszybciej. Coraz więcej firm oferuje kompleksową usługę, a jedyne, o co musi zadbać klient, to zakup działki. Jeśli ma już własny grunt, może podpisać umowę z firmą budowlaną, określając w niej zakres usługi, cenę oraz termin zakończenia inwestycji. Następnie wspólnie z profesjonalnym doradcą klient musi dokonać wyboru projektu. Do dyspozycji ma bogatą bazę gotowych wzorów. Może też zlecić wykonanie indywidualnego projektu. Zakres samych prac budowlanych zależy od preferencji klienta - może zamówić doprowadzenie inwestycji do stanu surowego, deweloperskiego lub pod klucz.

W pierwszym przypadku firma wykona prace murarskie oraz dach budynku. Zapewni także przyłączenie budynku do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej oraz zasilenie w energię elektryczną. Jeśli zlecenie obejmie prace deweloperskie, klient będzie mógł liczyć także na wykonanie systemu centralnego ogrzewania, wykonanie tynków wewnętrznych oraz instalacji elektrycznej.

Natomiast prace pod klucz obejmą także montaż okien i drzwi zewnętrznych, wykonanie kominka, położenie glazury i parkietów, montaż drzwi wewnętrznych, malowanie ścian, montaż parapetów wewnętrznych oraz grzejników. Klientów, którzy decydują się na zlecenie całości prac, kusi przede wszystkim krótki czas realizacji zlecenia - od siedmiu miesięcy do roku. Dodatkowym atutem jest ich stosunkowo długa gwarancja - często jest to nawet dziesięć lat.

- Pierwsze dwa miesiące trwa przygotowanie dokumentacji, kolejne trzy są potrzebne na uzyskanie stanu surowego, dwa miesiące potrzeba na prace deweloperskie, a kolejne dwa na przygotowanie domu pod klucz - wymienia Robert Skulimowski z firmy New-House, która oferuje kompleksowe usługi budowy domów. - Realizujemy całość inwestycji, od A do Z. Możemy zaprojektować dom, wybudować go, odebrać prace, wykończyć budynek. Jeśli klient sobie tego życzy, możemy także zająć się zagospodarowaniem ogrodu - zapewnia. Chociaż trudno podać jedną cenę, bo zależy ona od zakresu zlecenia, w przypadku domu o powierzchni 150 mkw. wraz z wykonaniem prac wykończeniowych w firmie New House jest to ok. 3 tys. zł za mkw. W tej cenie jest już także uzyskanie zezwoleń. Ceny są stałe, niezależnie od tego, czy inwestycja jest prowadzona w stolicy czy małej miejscowości z dala od wielkich aglomeracji. - Coraz więcej klientów jest zainteresowanych taką formą budowy domu - mówi Robert Skulimowski. - Klienci mają mało czasu, dużo pracują, a dodatkowo odstraszają ich skomplikowane procedury - dodaje.

Podobnie ocenia sytuację Marek Osak z firmy Budmos. - Coraz więcej osób chce dostać gotowy produkt, czyli dom wykonany od początku do końca - podkreśla. - Według mnie są dwie główne przyczyny. Jest coraz więcej zamożnych klientów, którzy mają mało czasu, są zapracowani i nie mają kiedy prowadzić budowy. Wiele osób woli też taki model, bo sparzyło się na mało profesjonalnych firmach, które wykonywały różne częściowe prace. Później nie wiadomo, gdzie szukać odpowiedzialnych za zaniedbania - dodaje. Stawki za budowę domu (stan deweloperski) wahają się w jego firmie od 2,3 do 3,8 tys. zł za mkw.

Ważne materiały i konstrukcja

Dostępność i ceny podobnych usług sprawdziliśmy także jako klienci. W firmie Złotniccy usłyszeliśmy, że stawka zależy od charakteru projektu, rodzaju użytych materiałów i od konstrukcji planowanego budynku. Za wykonanie stanu surowego trzeba zapłacić średnio 1,2 tys. zł za mkw., zaś 2,4 tys. zł za mkw. domu w stanie deweloperskim. Inwestycja trwa ok. dziewięciu miesięcy. - Czas wykonania prac jest uzależniony od warunków pogodowych oraz wymagań zleceniodawcy. Jeśli zażyczy sobie np. ogrzewanie podłogowe lub kominek, proces budowlany może trwać dłużej - usłyszeliśmy. Pozyskanie dokumentacji jest dodatkowo płatne - zgromadzenie wszystkich dokumentów kosztuje ok. 4 tys. zł. Z kolei w firmie Budomax koszt budowy domu w standardzie deweloperskim to 3,5 tys. zł za mkw., a za pozyskanie dokumentacji trzeba zapłacić 3 tys. zł.

Eksperci rynku nieruchomości przewidują, że tego rodzaju usługi będą się rozwijać. - Budowa domu jednorodzinnego nie jest dziś tak skomplikowana jak kiedyś - zwraca uwagę Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości. - Inwestor indywidualny ma dziś do dyspozycji całą gamę możliwości. Może kupić nawet gotowy dom moduły. Sama procedura uzyskania wszelkiego rodzaju pozwoleń i zezwoleń również nie jest już tak uciążliwa, niedawno znowelizowano przepisy prawa budowlanego - przypomina. Jak dodaje, wykończenie domu pod klucz również nie jest trudne. Producenci wyposażenia wnętrz oferują całą gamę produktów i urządzeń często wraz ze specjalistycznym montażem.- Jedyną barierą mogą być tylko pieniądze. Standard domu i jego wykończenie nie zależą od dostępności towarów, a od zasobności portfela przyszłego właściciela - mówi doradca. - Na rynku od lat działają firmy deweloperskie, które na zlecenie klienta przygotowują wybrany przez niego dom pod klucz według jego gustu. Rynek domów jest od lat bardzo nasycony. Inwestor nie musi tak jak kiedyś samodzielnie rozpoczynać procesu inwestycyjnego. Oferta budynków do sprzedaży i indywidualnego wykończenia jest bogata. Wiele firm deweloperskich właśnie tą kompleksową usługą kusi przyszłych kupujących. Do tego na rynku wtórnym możemy kupić od ręki dom w dowolnym standardzie i lokalizacji - dodaje.

- Jeżeli nie mamy czasu i słabo się orientujemy w gąszczu przepisów i dokumentów, jakie musimy zgromadzić, to warto powierzyć inwestycję wyspecjalizowanej firmie, która to załatwi szybciej - ocenia Jarosław Mikołaj Skoczeń, ekspert firmy Emmerson Realty. Jego zdaniem Polacy coraz częściej wolą zlecić budowę firmie, niż poświęcić swój czas. - Budownictwo jednorodzinne rozwija się bardzo szybko. Dzięki rozbudowie dróg dojazdowych i obwodnic możemy budować coraz dalej od centrum. Stosunkowo tanio możemy kupić działkę budowlaną i postawić 120 -150- metrowy dom w cenie 50-metrowego mieszkania w centrum. W Europie osiedla powstają do 30 km od miasta. W Polsce też staje się to możliwe - dodaje.

Edyta Żyła

Rzeczpospolita 29.05.2016 r.

www.rp.pl/Budowa-i-remont/305299976-Urzadza-ci-nawet-ogrod.html#ap-2

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
Doradca Rynku Nieruchomości, Coach biznesu, Bloger.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-05-23 12:46
Janwar do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Nie istnieje prawidłowa wartość mieszkania. Rzeczoznawcy majątkowi mylą się także w jedną i[...]
 
2017-05-23 09:56
Lodzianin do wpisu:
Wokół dworca powstaje szary, łódzki Mordor
Zgadzam się w 100%
 
2017-05-22 21:36
Martinos10 do wpisu:
Wokół dworca powstaje szary, łódzki Mordor
Głupoty Pan Tomasz wygaduje, ... jakie call center? Tak było 10, 15 lat temu... nowoczesne[...]
 
2017-05-16 13:32
Robert Bogdański do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Z mego serca ten artykuł, ale urealniając to: Od zawsze kupujący chciał jak najwięcej, a[...]
 
2017-05-15 12:14
PsychOPAT do wpisu:
Chciejstwo na rynku nieruchomości
Odpowiednia cena, to taka, którą akceptuje kupujący i sprzedający. To jedyna wytyczna.[...]