Tomasz Błeszyński - od 2007 r. na blogu Money.pl
 Oceń wpis
   

Szukający dużych powierzchni na nietypową działalność np. strzelnicę czy dyskotekę nie mają łatwego zadania. Czynsze są zbyt duże.

W centrum Warszawy, jak mówi Marcin Bedla, dyrektor oddziału Emmerson Realty, ponad 500-metrowych lokali usługowych jest bardzo mało. Im dalej od śródmieścia, tym więcej takich nieruchomości. Duże lokale często jednak stoją puste, bo albo nie spełniają wymogów potencjalnych najemców, albo nie ma na nie pomysłu mówi Marcin Bedla. Dodaje, że takich nieruchomości raczej nie przybywa. Deweloperzy wolą budować mniejsze lokale.

Akustyka i stropy

Szukający dużych powierzchni na nietypową działalność np. strzelnicę czy dyskotekę nie mają łatwego zadania. Oferowane lokale mogą się na pierwszy rzut oka wydawać odpowiednie pod względem metrażu i lokalizacji, ale nie będą się nadawać na planowaną działalność np. ze względu na hałas, używki, doświetlenie, wymagane zgody wspólnoty, nośność stropów, przydział energii elektrycznej wylicza dyrektor z Emmerson Realty. Najłatwiej wynająć wielki lokal na działalność biurowo-usługową. Dużo trudniej znaleźć duży lokal na działalność gastronomiczną, specjalistyczną podkreśla. Dlatego też, jak mówi Marcin Bedla, warto podjąć współpracę z biurem nieruchomości, które zna dobrze rynek komercyjny.

Piotr Capiga, negocjator w dziale powierzchni biurowych w firmie doradczej Cushman & Wakefield, zwraca uwagę, że duże powierzchnie usługowe znajdziemy m.in. na parterach biurowców. Zdarza się, że takie powierzchnie powstają także na pierwszych piętrach budynków. Dla przykładu w warszawskim obiekcie Spektrum Tower pierwsze piętro zostało w całości przeznaczone na siłownię, a w pobliskim Rondzie 1 na pierwszym piętrze jest przedszkole opowiada Piotr Capiga. Na wyższych piętrach lokale użytkowe lokowane są raczej rzadko, choć i na tych kondygnacjach można je znaleźć dodaje.

Na przykład na czwartym piętrze budynku Atrium Centrum działa przychodnia Medicover, a na najwyższej kondygnacji Millennium Plaza klub Level 27. Dużym wyzwaniem jest znalezienie odpowiedniej przestrzeni na siłownię i działalność gastronomiczną zauważa Piotr Capiga. Prowadzenie lokalu gastronomicznego wymaga m.in. odpowiedniej liczby wejść, aby zapewnić możliwość dostaw od zaplecza. W przypadku siłowni ważna jest wydajność klimatyzacji oraz wentylacji. Liczy się także odpowiednia izolacja akustyczna oraz nośność stropów, które muszą wytrzymać ciężar maszyn wyjaśnia.

Ekspert Cushman & Wakefield podkreśla, że zainteresowanie powierzchniami w biurowcach jest bardzo duże. Najbardziej aktywni są operatorzy siłowni oraz biur serwisowych czy coworków wskazuje. Capiga podaje, że świetnie wyeksponowane lokale w najlepszych miejscach są wynajmowane nawet za 5060 euro za mkw. miesięcznie.

Najtańsze są lokale w obiektach poprzemysłowych i magazynowych na obrzeżach stolicy i poza jej granicami. Czynsze zaczynają się tam już od 20 zł za mkw. wskazuje Marcin Bedla. Lokale gastronomiczne, zwłaszcza z pełnym wyszynkiem, w topowych lokalizacjach warszawskiego Śródmieścia są wynajmowane nawet za 300 zł za mkw. Stawki za najtańsze lokale w Warszawie to ok. 40 zł za mkw. Taka kwota wystarczy na lokal w niezbyt atrakcyjnym miejscu. W najlepszych lokalizacjach przy głównych ulicach stawki sięgają 400 zł za mkw.

Z analiz Emmerson Realty wynika, że w ostatnich latach średnie stawki za lokale na dyskoteki i kluby, zwłaszcza w centrum miasta, nieznacznie wzrosły o ok. 58 proc., licząc rok do roku. Dziś jest to ponad 150 zł za mkw. Tego typu lokale cieszą się nieustającym zainteresowaniem podkreśla Marcin Bedla. Tego typu powierzchni nie przybywa. Często trzeba zapłacić tzw. odstępne. Wiąże się to nie tyle z najmem lokalu, ile z zakupem całego biznesu wraz z umową najmu wyjaśnia. Dodaje, że na względnie stałym poziomie ok. 70 zł za mkw. utrzymują się stawki za lokale na kluby fitness. Najbardziej poszły w górę czynsze za nietypowe lokale: kręgielnie, kluby bilardowe, strzelnice, korty sportowe, skateparki, paintball, domy strachu, tory gokartowe zwraca uwagę dyrektor z Emmerson Realty.

Płatnicy czynszu

Piotr Capiga zauważa, że duża konkurencja na rynku powierzchni biurowych i walka o najemców sprawia, że operatorzy lokali użytkowych są dziś postrzegani nie tylko jako płatnicy czynszu, ale i dostawcy udogodnień dla użytkowników biurowca. Jeszcze kilka lat temu czynsz za powierzchnię usługową był często dwu- lub nawet trzykrotnością stawki za biura mówi ekspert Cushman & Wakefield. Na wynajęcie lokalu handlowego w biurowcu mogły więc sobie pozwolić jedynie wysokomarżowe spółki. Partery budynków zapełniały głównie sklepy premium i punkty obsługi klientów największych dostawców usług finansowych lub teleinformatycznych dodaje. I podkreśla, że rosnąca pozycja negocjacyjna najemców pozwoliła na oferowanie w budynkach dodatkowych usług. Dziś właściciele budynków, by pozyskać operatorów kantyny czy siłowni, są w stanie zaoferować im czynsz niższy niż za biura mówi Piotr Capiga.

Tomasz Błeszyński, ekspert na rynku nieruchomości, ocenia, że podaż lokali użytkowych od lat jest duża. To powierzchnie w nowych biurowcach i galeriach handlowych oraz w budynkach pofabrycznych wskazuje.

Błeszyński przyznaje, że stawki najmu lokali usługowych podlegają negocjacjom. Czynsz zależy od standardu lokalu i czasu, na jaki jest zawarta umowa. Właścicielom nieruchomości i zarządcom bardziej się opłaca wynająć całą kondygnację jednemu solidnemu najemcy, niż dzielić powierzchnię na mniejsze lokale zauważa ekspert. Radzi, by przed wynajęciem lokalu bezwzględnie sprawdzić jego stan prawny i techniczny.

Bardziej trzeba uważać, kupując taki lokal, niż go wynajmując. Przede wszystkim ważne jest zweryfikowanie przeznaczenia danego lokalu. Musimy mieć pewność, że będzie w nim można prowadzić planowaną działalność dopowiada Marcin Bedla. Duże powierzchnie są często łączone z mniejszych. Trzeba sprawdzić, czy wszędzie mają np. potrzebną wysokość, czy są odpowiednio doświetlone zwraca uwagę.

Aneta Gawrońska - Rzeczpospolita

Źródło; http://www.rp.pl/Komercyjne/303049975-Gdzie-znalezc-lokal-na-dom-strachu-lub-dyskoteke.html#ap-1

 
 Oceń wpis
   

Relacja ceny do jakości mieszkania wypada najlepiej właśnie w Łodzi.

Kupując tu mieszkanie w porównaniu z innymi dużymi miastami w Polsce za niższą cenę dostaje się lokum nie gorsze niż gdzie indziej. Tak wynika z raportu SGI, który został przygotowany we współpracy z ekspertem rynku mieszkaniowego, Tomaszem Błeszyńskim. Dokument powstał z okazji 10. rocznicy na łódzkim rynku firmy SGI: dewelopera, który od 2006 roku wybudował w Łodzi 1500 mieszkań. Jubileuszowy raport SGI spełnia ważną rolę: pokazuje, że Łódź jest nie tylko miastem najtańszych mieszkań.

Niższa cena nie oznacza gorszego standardu. Specjalizujemy się w budowie mieszkań i apartamentów najwyższej jakości mówi Romuald Stachowiak, prezes zarządu SGI - Kładziemy nacisk na wykończenie części wspólnych i zagospodarowanie przestrzeni. Wybieramy atrakcyjne lokalizacje, w sąsiedztwie terenów zielonych i rekreacyjnych. SGI inwestuje w atrakcyjnych miejscach, ale nie ucieka od centrum miasta.

Ze względu na łódzkie projekty rewitalizacji kwartałów śródmieścia oraz nadchodzące zmiany w prawie (kodeks urbanistyczno-budowlany) może to być przyszłość dla deweloperów w Łodzi. Akurat u nas zmiany w prawie mogą okazać się korzystne dla deweloperów oraz nabywców mieszkań wyjaśnia Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości, autor jubileuszowego raportu SGI - W projekcie kodeksu zakłada się mniej biurokracji, czyli mniej kosztów dla inwestora. A to oznacza tańsze mieszkania. Jeśli natomiast zmiany wymuszą na deweloperach inwestowanie w centrach miast, Łódź ma szerokie plany rewitalizacyjne. To duże pole do popisu dla inwestorów.

SGI chętnie korzysta z typowo łódzkiego pomysłu na rewitalizację budynków pofabrycznych (Barciński) i fabrykanckich (Villa Park). W planach dewelopera jest m.in. budowa ostatniego, szóstego etapu osiedla Barciński Park, które powstało wokół rozsypującej się przędzalni Salomona Barcińskiego dziś pięknie odnowionej dla mieszkań w typie loft, wśród nowoczesnych budynków.

Ale łódzki rynek mieszkaniowy może rozwijać się nie tylko w oparciu o projekty rewitalizacyjne. - Rozbudowa komunikacyjna Łodzi to szansa na dalszy postęp rynku tłumaczy Tomasz Błeszyński - Rozwój infrastruktury to wkrótce nowe miejsca pracy, czyli popyt na nowe mieszkania. Jak możemy dalej przeczytać w raporcie, podaż mieszkań i potencjał łódzkiego rynku utrzymuje się na dobrym poziomie; jest w czym wybierać (dostępnych prawie 2800 mieszkań pod koniec 2016 r.), deweloperzy mnożą inwestycję, zdobywają kolejne pozwolenia na budowę, tworzą banki ziemi.

Nowe inwestycje powstają we wszystkich segmentach rynku, każdego roku oddaje się więcej mieszkań. W najbliższym czasie utrzyma się też rentowność rynku najmu. W roku 2016 więcej transakcji mieszkaniowych odbywało się za gotówkę, co udowadnia, że wprowadzona konieczność wyłożenia niezbędnej kwoty minimalnej nie jest dla łodzian przeszkodą.

SGI zrealizowała dotąd 10 dużych inwestycji mieszkaniowych w Łodzi są to m.in. Villa Park, Sokołówka czy Barciński Park. Ostatnio zakończono pierwszy etap budowy Lawendowego Osiedla przy ulicy Zamojskiej. Właśnie ono zwyciężyło w ubiegłorocznym plebiscycie internautów na najlepszą inwestycję w Łodzi (konkurs portalu rynekpierwotny.pl).

Express Ilustrowany 2017-02-22

Czytaj więcej: http://www.expressilustrowany.pl/lodz/a/najlepsze-inwestycje-w-lodzi-z-deweloperem-sgi,11816688/

 
 Oceń wpis
   

Zdarza się, że deweloper, który działał na rynku mieszkaniowym, przechodzi całkowicie na rynek komercyjny.

Najwięksi działający w Polsce deweloperzy bardzo chętnie łączą aktywność na rynku mieszkaniowym z działalnością w segmencie nieruchomości komercyjnych zwraca uwagę Piotr Capiga, negocjator w dziale powierzchni biurowych firmy doradczej Cushman & Wakefield. Dzięki temu mogą zdywersyfikować ryzyko biznesowe.

Wyprzedzają trendy

Deweloper, który zdecyduje się na pozostawienie obiektu komercyjnego w swoim portfolio i jego wynajęcie, może liczyć na stały długoterminowy przychód mówi Piotr Capiga. A sprzedaż mieszkań wiąże się z dużym, ale jednorazowym zastrzykiem gotówki.

Także Tomasz Błeszyński, doradca na rynku nieruchomości, zauważa, że duże spółki deweloperskie prowadzą wielotorową działalność, budując zarówno budynki mieszkalne, jak i biurowce oraz obiekty handlowe.

Zdarza się, że deweloper, który działał na rynku mieszkaniowym, przechodzi całkowicie na rynek komercyjny. Wszystko zależy od koniunktury na rynku i potencjału inwestycyjnego danej firmy mówi Błeszyński.

Na wahania koniunktury, które wpływają na deweloperski biznes, wskazuje także Sławomir Horbaczewski, ekspert na rynku nieruchomości. Wielu deweloperów wyprzedza trendy i decyduje się na rozszerzenie działalności. Często jest to konieczne, aby zachować jej ciągłość wyjaśnia. Stąd liczne przypadki, kiedy to inwestor biurowy interesuje się rynkiem mieszkań i odwrotnie. Nieco inaczej wygląda rynek logistyczny i hotelowy podkreśla.

A Piotr Capiga dodaje, że kluczowym elementem każdej inwestycji zarówno komercyjnej, jak i mieszkaniowej jest znalezienie odpowiedniego gruntu. Banki ziemi deweloperów mieszkaniowych są często bardzo duże. Daje to możliwość szybkiego reagowania na zwiększony popyt na biura czy parki handlowe poprzez rozpoczęcie inwestycji komercyjnych na najlepiej wyeksponowanych i skomunikowanych działkach podkreśla ekspert Cushman & Wakefield. Dodaje, że działający na rynku mieszkaniowym i komercyjnym deweloperzy budują różnorakie biurowce. Są wśród nich i wieże, jak Q22 firmy Echo Investment, są kompleksy biurowe np. Generation Park, którego wykonawcą jest Skanska, czy Warsaw Spire firmy Ghelamco. Są też kameralne projekty, jak Mokotowska Square firmy Yareal wylicza Piotr Capiga. Część deweloperów uruchamia inwestycje wielofunkcyjne, które oferują zarówno część mieszkaniową, jak i biurową czy handlową. Przykładem jest kompleks biurowy Harmony Office Center zrealizowany przez Eko-Park obok osiedla mieszkalnego Grazioso lub prowadzona przez White Star budowa EC Powiśle.

Zaczynają od małego

Sławomir Horbaczewski podkreśla, że planujący budowę biurowca deweloper mieszkaniowy nie zaczyna od dużego obiektu. Rozsądniej jest wybudować mniejszy obiekt towarzyszący budowie osiedla mieszkaniowego mówi. Przykłady całkowitego przejścia z jednego sektora do drugiego są nieczęste. Zwykle poszerza się działalność o nowy segment. Inwestorzy zajmujący się realizacją obiektów biurowych czy deweloperzy infrastrukturalni wchodzą w segment mieszkaniowy. Przykładem są Skanska i Budimex, które od lat z powodzeniem budują osiedla.

Według Horbaczewskiego w takich miejscach jak zagłębie biurowe Warszawy, czyli Służewiec Przemysłowy, wchodzenie z nowymi inwestycjami mieszkaniowymi przez deweloperów wyspecjalizowanych w mieszkaniówce jest bardziej korzystnym zjawiskiem niż poszerzanie dotychczasowej działalności przez deweloperów komercyjnych. Specyfika działalności wymaga innej wiedzy i doświadczenia wyjaśnia. Ważnym przykładem budowy biurowca przez firmę deweloperską działającą wcześniej wyłącznie na rynku mieszkaniowym jest Prosta Tower inwestycja Marvipolu podaje.

I przypomina, że budynek miał być apartamentowcem, ale plany pokrzyżowała zmiana koniunktury na rynku mieszkaniowym. Po kilku latach Marvipol ponownie wyszedł poza mieszkaniówkę, próbując swoich sił w logistyce (powierzchnie magazynowe pod Warszawą), co prawda wespół z międzynarodowym podmiotem mówi Sławomir Horbaczewski. W jego ocenie jeśli zmieni się koniunktura na rynku mieszkaniowym, wielu deweloperów przestawi się na budowę powierzchni komercyjnych.

Także Piotr Capiga uważa, że jeśli sytuacja na rynku mieszkaniowym będzie gorsza niż w segmencie nieruchomości komercyjnych, deweloperzy z myślą o maksymalizacji zysku skupią się na obiektach komercyjnych.

Na takie przebranżowienie stać jednak tylko duże firmy deweloperskie ocenia Tomasz Błeszyński. Małe lokalne firmy nawet w czasach bessy pozostają przy swoich projektach mieszkaniowych, a ich receptą na chwilowy kryzys w branży jest po prostu ograniczenie inwestycji. Inwestycje w rynek komercyjny biurowy czy handlowy wymagają dużo większego kapitału niż projekty mieszkaniowe. Dlatego też niewiele mniejszych firm stać na takie inwestycje.

A Piotr Capiga komentuje: Biorąc pod uwagę, że największą wartością dodaną wynikającą z aktywności dewelopera na rynku powierzchni mieszkaniowych i komercyjnych jest dywersyfikacja działalności biznesowej oraz ryzyka, inwestorzy bardzo niechętnie ograniczają się do jednego z segmentów. W szczególności, że oznaczałoby to niewykorzystanie doświadczenia nabytego podczas realizacji poprzednich projektów danego typu.

Aneta Gawrońska -Rzeczpospolita

Źródło; http://www.rp.pl/Komercyjne/301109955-Mieszkanie-ibiuro-od-jednego-dewelopera.html#ap-1

 
 Oceń wpis
   

Czy są chętni na pakiety mieszkaniowe? Jak inwestorzy finansują zakup?

Pakietowych zakupów nieruchomości właściwie już nie ma mówi pośredniczka Joanna Lebiedź z agencji Re/Max Action. Przynajmniej nie na taką skalę jak w latach 20072008. Część inwestorów do dziś nie może wyjść z tych inwestycji z oczekiwanym zyskiem. I nie chodzi o to, że mieszkania te nie są sprzedawalne. Po prostu nie można zarobić tyle, ile się spodziewano zarobić. Czasem trzeba się nawet liczyć ze stratą.

Szansa dla najmów

Jak mówi Joanna Lebiedź, dziś najlepiej sprzedają się małe dwa trzy pokoje. W tym segmencie widać stabilizację. Ale daleko nam jeszcze do pewności, że inwestycja w takie lokale przyniesie za chwilę krociowe zyski przy odsprzedaży zastrzega pośredniczka. Na pewno warto się zastanowić nad kupnem takich nieruchomości z myślą o wynajmie. Wszystko wskazuje na to, że rynek wynajmów ma szansę na rozkwit ocenia. Zdaniem Joanny Lebiedź tak długo, jak długo banki nie będą proponować korzystnych warunków kredytowania, tak długo można będzie twierdzić, że w Polsce warto się stać rentierem.

W ocenie Tomasza Błeszyńskiego, eksperta na rynku nieruchomości, inwestorzy szukają dziś przede wszystkim okazji. Na ich celowniku są lokale zadłużone, oferowane choćby na licytacjach. Kupują kawalerki lub dwa pokoje o powierzchni od ok. 30 do 50 mkw. Koncentrują się raczej na dużych miastach, gdzie łatwiej o najemców opowiada. I dodaje, że inwestorzy najczęściej wykładają gotówkę, likwidując np. nieopłacalne lokaty bankowe. Część inwestorów wspiera się kredytem w 1520 proc.

Pytany o pakietowe zakupy Tomasz Błeszyński odpowiada, że jeśli dużą partię mieszkań po okazyjnej cenie sprzedaje np. syndyk, to warto się zastanowić i obliczyć rentowność inwestycji.

O dużej aktywności inwestorów mieszkaniowych mówi Joanna Gregor, dyrektor oddziałów Freedom Nieruchomości w Lesznie i Wrocławiu. W Lesznie dominuje rynek wtórny. Wiele transakcji jest zawieranych w dużych miastach w pobliżu, np. w Poznaniu opowiada Joanna Gregor. Ośmiu na dziesięciu kupujących atrakcyjnie wycenione mieszkania w dobrych poznańskich lokalizacjach to inwestorzy. Firmy inwestują zaś w rynek pierwotny dodaje dyrektor. Z analiz Freedom Nieruchomości wynika, że w Lesznie brakuje mieszkań i pokoi na wynajem. A inwestorzy najchętniej wynajmują lokale na pokoje, bo to daje większe zyski.

Płatność w transzach

Joanna Gregor zauważa, że inwestorzy, mimo że dysponują gotówką, często nie chcą jej w całości wydawać. Bywa, że zadłużają się na ok. 50 proc. transakcji. Zdarzają się niewielkie pakietowe zakupy, po dwatrzy mieszkania, oczywiście z rynku pierwotnego. Płatności odbywają się w transzach za poszczególne etapy opowiada dyrektor.

O satysfakcjonujących zyskach możliwych do osiągnięcia na rynku nieruchomości mówi także Diana Polak, broker z Freedom Nieruchomości w Katowicach. Na inwestycje w mieszkania decyduje się coraz więcej osób mówi Diana Polak. Nie wszystkie jednak decyzje okazują się trafne przestrzega. Najważniejsza jest stopa zwrotu z inwestycji. Jeśli inwestor dysponuje mniejszym kapitałem, w grę wchodzą kawalerki i dwa pokoje wymagające często odświeżenia albo kapitalnego remontu opowiada Diana Polak. Za większe pieniądze kupowane są często duże nieruchomości, które można podzielić na kilka pokoi lub nawet kawalerek.

W Katowicach, jak mówi przedstawicielka Freedom Nieruchomości, inwestorzy dzielą się na dwie grupy. Są tacy, którzy mają spory kapitał i chcą go ulokować w nieruchomościach, by pieniądze zaczęły zarabiać. Ale są i tacy, którym brakuje pieniędzy, ale widzą potencjał w inwestowaniu w nieruchomości i decydują się na kredyt opowiada. Z analiz katowickiego oddziału Freedom Nieruchomości wynika, że na transakcje pakietowe decydują się zwykle gotówkowicze. Czasem, jak mówi Diana Polak, kupują cały budynek, np. kamienicę lub blok. Łatwiejsze staje się wówczas zarządzanie i monitorowanie całej inwestycji.

Warto też wspomnieć o crowdfundingu. To pomysł na wspólne inwestowanie grupy osób, dzięki czemu kwota końcowa wspólnie zgromadzonych środków pozwala na przeprowadzenie większego projektu inwestycyjnego i podział wygenerowanych w ten sposób zysków przypomina przedstawicielka Freedom Nieruchomości. Radzi, by przy zakupach mieszkaniowych pamiętać o kosztach utrzymania nieruchomości. Trzeba się też zastanowić, kto wynajmie nasze mieszkanie. Na jaką grupę najemców można liczyć w danej lokalizacji, w danym otoczeniu? Same liczby mogą pokazać satysfakcjonujący wynik. Ale to teoria, natomiast cechy nieruchomości mogą sprawić, że nikt nie będzie chciał w niej mieszkać przestrzega Diana Polak.

Aneta Gawrońska

Żródło: Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/Mieszkania-i-apartamenty/306289956-Inwestycje-czy-inwestorzy-kupuja-mieszkania-w-pakietach.html#ap-2

Wszystkie prawa zastrzeżone

Kategoria: Biznes
 
 Oceń wpis
   

"Nie!" dla "gaci". Będą kary za suszenie prania na balkonie?

- Będziemy zmuszać do zdejmowania gaci - mówi prezydent Lubina. I chociaż chodzi mu o "gacie" suszące się po praniu, to i tak wzbudza tymi słowami mnóstwo kontrowersji. Bo mieszkańcy gdzieś pranie muszą suszyć, a prawnicy mówią, że "gaciowego" zakazu nie da się wyegzekwować. Robert Raczyński, prezydent Lubina podczas wywiadu radiowego zaczął mówić o pomyśle likwidacji szpecących reklam. I pewnie przyklasnęliby mu mieszkańcy, gdyby nie to, co powiedział potem. - Docelowo będziemy zmuszać do zdejmowania gaci z balkonów, bo to jest przykry widok w nowoczesnym, XXI wieku w mieście - powiedział prezydent w audycji radia "Elka". W mieście zawrzało. No kto i na jakiej podstawie mógłby "zmuszać" do suszenia prania w domu? Jacek Mamiński, rzecznik prezydenta szybko wyjaśnił, że miasto będzie "apelować" o to, żeby pranie nie wisiało na oczach przechodniów.

- Chodziło przede wszystkim o to, żeby wywołać publiczną dyskusję w sprawie estetyki w miastach - tłumaczy przed kamerą TVN24. Jak nie na balkonie, to gdzie? Jeżeli faktycznie chodziło o dyskusję, to się udało. O tym, gdzie pranie może wisieć, a gdzie nie mówi się już nie tylko w Lubinie. - Wiadomo, że to wygląda nieestetycznie, ale trzeba zrozumieć tych, którzy mają małe mieszkanka i nie mają gdzie wywiesić prania - mówi TVN24 jedna z mieszkanek Lubina. - W całej Europie widać powywieszane pranie i nikomu to nie przeszkadza - dodaje zdziwiona mieszkanka Łodzi.

"Gacie" kontra finanse

Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości broni jednak pomysłu lubińskich samorządowców. Tłumaczy, że "gacie" wywieszone na balkonach są nie tylko nieestetyczne, ale mogą w realnym stopniu uderzać w portfele samych mieszkańców. - Nieruchomości są mniej warte, jeżeli znajdują się w nieatrakcyjnym otoczeniu. Niestety, wciąż jest sporo osób, które twierdzą, że pranie suszące się w miejskim kurzu i pyle jest lepsze niż to z bębna pralki - podkreśla. Dodaje przy tym, że tego typu spadki cen są charakterystyczne m.in. dla Niemiec czy Anglii. W Polsce trudno oszacować ewentualne straty finansowe tych, którzy chcą sprzedać lokal w sąsiedztwie suszącej się bielizny. Dlaczego? Po prostu mało osób zwraca na to uwagę.

Nielegalne suszenie ?

Nie zmienia to faktu, że niektóre spółdzielnie mieszkaniowe wprowadziły zakazy wywieszania prania w miejscu, gdzie będzie widoczne dla osób postronnych. Tak jak Kujawska Spółdzielnia Mieszkaniowa w Inowrocławiu, w regulaminie której stanęło: "Suszenie drobnej odzieży, bielizny itp. dozwolone jest tylko wewnątrz balkonu i loggi do poziomu górnych krawędzi ich balustrad". Tyle, że takie rygory są - zdaniem prawników - tylko sugestią. Podobnie zresztą jak deklaracja prezydenta Lubina. - Trudno sobie wyobrazić kary za sposób korzystania z własnego balkonu - komentuje całe zamieszanie łódzki adwokat Bronisław Muszyński.

Link do reportażu: www.tvn24.pl/lodz,69/nie-dla-gaci-beda-kary-za-suszenie-prania-na-balkonie,656481.html

Źródło: TVN24 (http://www.tvn24.pl)

 
 Oceń wpis
   

Oferta firm budowlanych jest kusząca.

Zapewniają nie tylko wykonanie projektu, budowę i wykonanie prac wykończeniowych, ale także załatwienie niezbędnych formalności oraz wieloletnią gwarancję.

Stan surowy, deweloperski, pod klucz

Wiele osób planujących budowę domu chce zakończyć inwestycję jak najszybciej. Coraz więcej firm oferuje kompleksową usługę, a jedyne, o co musi zadbać klient, to zakup działki. Jeśli ma już własny grunt, może podpisać umowę z firmą budowlaną, określając w niej zakres usługi, cenę oraz termin zakończenia inwestycji. Następnie wspólnie z profesjonalnym doradcą klient musi dokonać wyboru projektu. Do dyspozycji ma bogatą bazę gotowych wzorów. Może też zlecić wykonanie indywidualnego projektu. Zakres samych prac budowlanych zależy od preferencji klienta - może zamówić doprowadzenie inwestycji do stanu surowego, deweloperskiego lub pod klucz.

W pierwszym przypadku firma wykona prace murarskie oraz dach budynku. Zapewni także przyłączenie budynku do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej oraz zasilenie w energię elektryczną. Jeśli zlecenie obejmie prace deweloperskie, klient będzie mógł liczyć także na wykonanie systemu centralnego ogrzewania, wykonanie tynków wewnętrznych oraz instalacji elektrycznej.

Natomiast prace pod klucz obejmą także montaż okien i drzwi zewnętrznych, wykonanie kominka, położenie glazury i parkietów, montaż drzwi wewnętrznych, malowanie ścian, montaż parapetów wewnętrznych oraz grzejników. Klientów, którzy decydują się na zlecenie całości prac, kusi przede wszystkim krótki czas realizacji zlecenia - od siedmiu miesięcy do roku. Dodatkowym atutem jest ich stosunkowo długa gwarancja - często jest to nawet dziesięć lat.

- Pierwsze dwa miesiące trwa przygotowanie dokumentacji, kolejne trzy są potrzebne na uzyskanie stanu surowego, dwa miesiące potrzeba na prace deweloperskie, a kolejne dwa na przygotowanie domu pod klucz - wymienia Robert Skulimowski z firmy New-House, która oferuje kompleksowe usługi budowy domów. - Realizujemy całość inwestycji, od A do Z. Możemy zaprojektować dom, wybudować go, odebrać prace, wykończyć budynek. Jeśli klient sobie tego życzy, możemy także zająć się zagospodarowaniem ogrodu - zapewnia. Chociaż trudno podać jedną cenę, bo zależy ona od zakresu zlecenia, w przypadku domu o powierzchni 150 mkw. wraz z wykonaniem prac wykończeniowych w firmie New House jest to ok. 3 tys. zł za mkw. W tej cenie jest już także uzyskanie zezwoleń. Ceny są stałe, niezależnie od tego, czy inwestycja jest prowadzona w stolicy czy małej miejscowości z dala od wielkich aglomeracji. - Coraz więcej klientów jest zainteresowanych taką formą budowy domu - mówi Robert Skulimowski. - Klienci mają mało czasu, dużo pracują, a dodatkowo odstraszają ich skomplikowane procedury - dodaje.

Podobnie ocenia sytuację Marek Osak z firmy Budmos. - Coraz więcej osób chce dostać gotowy produkt, czyli dom wykonany od początku do końca - podkreśla. - Według mnie są dwie główne przyczyny. Jest coraz więcej zamożnych klientów, którzy mają mało czasu, są zapracowani i nie mają kiedy prowadzić budowy. Wiele osób woli też taki model, bo sparzyło się na mało profesjonalnych firmach, które wykonywały różne częściowe prace. Później nie wiadomo, gdzie szukać odpowiedzialnych za zaniedbania - dodaje. Stawki za budowę domu (stan deweloperski) wahają się w jego firmie od 2,3 do 3,8 tys. zł za mkw.

Ważne materiały i konstrukcja

Dostępność i ceny podobnych usług sprawdziliśmy także jako klienci. W firmie Złotniccy usłyszeliśmy, że stawka zależy od charakteru projektu, rodzaju użytych materiałów i od konstrukcji planowanego budynku. Za wykonanie stanu surowego trzeba zapłacić średnio 1,2 tys. zł za mkw., zaś 2,4 tys. zł za mkw. domu w stanie deweloperskim. Inwestycja trwa ok. dziewięciu miesięcy. - Czas wykonania prac jest uzależniony od warunków pogodowych oraz wymagań zleceniodawcy. Jeśli zażyczy sobie np. ogrzewanie podłogowe lub kominek, proces budowlany może trwać dłużej - usłyszeliśmy. Pozyskanie dokumentacji jest dodatkowo płatne - zgromadzenie wszystkich dokumentów kosztuje ok. 4 tys. zł. Z kolei w firmie Budomax koszt budowy domu w standardzie deweloperskim to 3,5 tys. zł za mkw., a za pozyskanie dokumentacji trzeba zapłacić 3 tys. zł.

Eksperci rynku nieruchomości przewidują, że tego rodzaju usługi będą się rozwijać. - Budowa domu jednorodzinnego nie jest dziś tak skomplikowana jak kiedyś - zwraca uwagę Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości. - Inwestor indywidualny ma dziś do dyspozycji całą gamę możliwości. Może kupić nawet gotowy dom moduły. Sama procedura uzyskania wszelkiego rodzaju pozwoleń i zezwoleń również nie jest już tak uciążliwa, niedawno znowelizowano przepisy prawa budowlanego - przypomina. Jak dodaje, wykończenie domu pod klucz również nie jest trudne. Producenci wyposażenia wnętrz oferują całą gamę produktów i urządzeń często wraz ze specjalistycznym montażem.- Jedyną barierą mogą być tylko pieniądze. Standard domu i jego wykończenie nie zależą od dostępności towarów, a od zasobności portfela przyszłego właściciela - mówi doradca. - Na rynku od lat działają firmy deweloperskie, które na zlecenie klienta przygotowują wybrany przez niego dom pod klucz według jego gustu. Rynek domów jest od lat bardzo nasycony. Inwestor nie musi tak jak kiedyś samodzielnie rozpoczynać procesu inwestycyjnego. Oferta budynków do sprzedaży i indywidualnego wykończenia jest bogata. Wiele firm deweloperskich właśnie tą kompleksową usługą kusi przyszłych kupujących. Do tego na rynku wtórnym możemy kupić od ręki dom w dowolnym standardzie i lokalizacji - dodaje.

- Jeżeli nie mamy czasu i słabo się orientujemy w gąszczu przepisów i dokumentów, jakie musimy zgromadzić, to warto powierzyć inwestycję wyspecjalizowanej firmie, która to załatwi szybciej - ocenia Jarosław Mikołaj Skoczeń, ekspert firmy Emmerson Realty. Jego zdaniem Polacy coraz częściej wolą zlecić budowę firmie, niż poświęcić swój czas. - Budownictwo jednorodzinne rozwija się bardzo szybko. Dzięki rozbudowie dróg dojazdowych i obwodnic możemy budować coraz dalej od centrum. Stosunkowo tanio możemy kupić działkę budowlaną i postawić 120 -150- metrowy dom w cenie 50-metrowego mieszkania w centrum. W Europie osiedla powstają do 30 km od miasta. W Polsce też staje się to możliwe - dodaje.

Edyta Żyła

Rzeczpospolita 29.05.2016 r.

www.rp.pl/Budowa-i-remont/305299976-Urzadza-ci-nawet-ogrod.html#ap-2

 
 Oceń wpis
   

Kawalerki w blokowiskach to często łakomy kąsek dla inwestorów. Ale w Łodzi nie mają wzięcia.

W Łodzi, jak mówi Tomasz Błeszyński, ekspert na rynku nieruchomości, podaż wielkopłytowych jednopokojowych mieszkań od miesięcy utrzymuje się na stałym poziomie. - Nie ma szczególnego zainteresowania tym typem lokali. Klienci nie biją się o oferty. Mieszkania są zwykle małe - mają 23- 28 mkw., a ich stan techniczny jest średni - mówi ekspert. - Jeśli klienci decydują się za zakup mieszkania, finansując go zazwyczaj kredytem, to poszukują większego lokalu. To rozsądna decyzja. Kawalerki są może trochę tańsze, ale w przypadku zmiany np. rodzinnych planów, takie lokum staje się po prostu za małe - wyjaśnia. Także kupujący mieszkania na wynajem, jak mówi Błeszyński, szukają lokali dwupokojowych. - Na kawalerki decydują się bardzo rzadko. Jeśli już, to szukają superokazji - zwraca uwagę doradca. - Przy tak dużej podaży mieszkań na sprzedaż w Łodzi nie spodziewam się podwyżek. Dla młodych, dla inwestorów - Ceny kawalerek w wielkiej płycie na łódzkim rynku wahają się, w zależności od lokalizacji, stanu technicznego i wyposażenia, od 3 do 4 tys. zł za mkw. - podaje Tomasz Błeszyński. - W czasie negocjacji można jeszcze dostać kilka procent rabatu.

W Trójmieście, jak podaje pośrednik Paweł Grabowski z BIG Nieruchomości, ceny kawalerek wzrosły w ostatnim roku o ok. 10 - 15 proc. - Głównie dlatego, że wielu klientów postanowiło zainwestować swoje oszczędności w mieszkania na wynajem, a doświadczeni inwestorzy - kupić kolejne mieszkania - wyjaśnia pośrednik. Na 30-metrową wielkopłytową kawalerkę w przyzwoitym stanie trzeba mieć ok. 200 tys. zł. - Ceny lokali wymagających remontu zaczynają się od ok. 170-180 tys. zł. Najdroższe kawalerki są oferowane nawet za 250 tys. zł - mówi Paweł Grabowski. - Na mniejsze, 17 - 20-metrowe lokale wystarczy ok. 140 tys. zł. W najlepszych lokalizacjach takie mieszkania sprzedają się w jeden dzień - podkreśla. Mikrokawalerki wymagające kapitalnego remontu sprzedawane są za 130 tys. zł. Trójmiejska oferta jest jednak, jak mówi pośrednik z BIG Nieruchomości, bardzo przebrana. - Doświadczeni inwestorzy wiedzą, że inwestycja właśnie małe lokale przynosi największe stopy zwrotu - zauważa Paweł Grabowski. - Na początku marca Akademia Morska ogłosiła przetarg na sprzedaż kilkudziesięciu mieszkań w wymagającym remontu budynku z wielkiej płyty. Oferowanych było ponad 20 ok. 30-metrowych kawalerek. Ceny ofertowe zaczynały się od 86 tys. zł, a ceny zwycięskich ofert lokali dochodziły do 140 tys. zł - opowiada. I dodaje, że oprócz inwestorów takie mieszkania kupują m.in. rodzice dla swoich studiujących dzieci oraz młode małżeństwa, często z jednym dzieckiem. - Zainteresowanie kawalerkami w wielkiej płycie jest tak duże, że nie przewidujemy spadków cen w najbliższym czasie, również z powodu niewielkiej podaży takich mieszkań - mówi Paweł Grabowski. Pośrednik z BIG Nieruchomości pytany o okazje w wielkiej płycie mówi o kawalerkach w cenie poniżej 130 tys. zł. - Takie oferty trafiają się jednak niezwykle rzadko. Nawet na licytacjach organizowanych przez miasta, spółdzielnie mieszkaniowe lub komorników ceny rosną nawet ponad 50 proc. - zwraca uwagę. - Kawalerka do kapitalnego remontu sprzedawana ostatnio na licytacji przez miasto Gdańsk w cenie ofertowej poniżej 50 tys. zł została kupiona za ponad 100 tys. zł, mimo że w poprzednim przetargu nie było chętnych przy cenie 96 tys. zł - dodaje. W innej licytacji organizowanej przez państwową instytucję 23-metrowa kawalerka do remontu (bez łazienki tylko z WC) na poddaszu kamienicy we Wrzeszczu została sprzedana za 140 tys. zł przy cenie ofertowej 86 tys. zł. - W tego typu licytacjach bierze zazwyczaj udział od kilkunastu do kilkudziesięciu oferentów. Cena ofertowa jest zwykle okazyjna, ale transakcyjna często znacznie przekracza wartość rynkową - mówi Paweł Grabowski.

Dobry adres

W Warszawie wielka płyta, w której podaż kawalerek jest największa, króluje w tych dzielnicach, gdzie w czasach głębokiego komunizmu udawało się cokolwiek wybudować - opowiada Joanna Lebiedź, pośredniczka z Re/Max Action. - Są to przeważnie dobre lokalizacje: śródmieście (np. Żelazna Brama), bliska Wola, Gocław, dalsze Bielany (Piaski, Wawrzyszew). Są to dziś doskonale skomunikowane z miastem miejsca z pełną infrastrukturą, często tuż przy metrze - podkreśla. I dodaje, że w tamtych czasach budowano tzw. gierkowskie metraże, czyli mieszkania stosunkowo małe. - Sporo było kawalerek, mieszkań naprawdę malutkich. Niektóre mają nie więcej niż 20 mkw. Ale trafiają się i większe, 33- 37-metrowe z osobną, czasem widną kuchnią - opowiada Joanna Lebiedź. - Dziś, w dobie niezwykłych trudności w uzyskaniu kredytu, coraz więcej młodych ludzi stać jedynie na bardzo małe, a tym samym niedrogie lokale - dodaje. Pośredniczka zwraca uwagę, że ceny wielkopłytowych kawalerek są mocno zróżnicowane, w zależności od adresu. - Zdecydowanie najmniej, bo już poniżej 100 tys. zł, zapłacimy za kawalerkę na niedalekich peryferiach Warszawy, jak Błonie, Ożarów, Nowy Dwór Mazowiecki - mówi Joanna Lebiedź. - Trafiają się tam nawet dwupokojowe mieszkania, co prawda do remontu, za to w cenie 80-90 tys. zł. Nieco bliżej, na Bielanach czy Białołęce, musimy dysponować kwotą przewyższającą magiczny próg 100 tys. zł. Ceny, w zależności od lokalizacji i standardu nieruchomości, wahają się od 150 do 170 tys. zł. Mieszkania do remontu są oczywiście tańsze. W samym centrum jest już drożej i ceny niejednokrotnie osiągają poziom zbliżony lub przewyższający kwotę 200 tys. zł. Tu dość często kupującym jest inwestor, którego zamiarem jest wynajem, a lokalizacja w tym przypadku jest kluczowa - tłumaczy pośredniczka. Jej zdaniem popyt na małe mieszkania nie powinien spadać. - Prawdopodobnie w tym segmencie będziemy mieli do czynienia ze stabilizacją cen, z lekką tendencją wzrostową - prognozuje Joanna Lebiedź.

Kawalerki w wielkiej płycie często kojarzą nam się z ciasnymi klitkami i PRL-owskim wystrojem. Skojarzenia te nie są zresztą bezpodstawne. Nadal wiele z nich tak właśnie wygląda, ale nie można przejść obojętnie wobec zmian. Coraz częściej możemy się spotkać z takimi właśnie pozornymi klitkami, na które właściciel znajduje niebanalny pomysł i zamienia w przytulne i gustownie urządzone mieszkanko - komentują komentują Kamil Kowalewski i Radosław Góral, eksperci z krakowskiego oddziału agencji NowodworskiEstates. - Zakładając, że metraż kawalerki waha się między 28 a 35 mkw. i przyjmując, że średnia cena mkw. w Krakowie to 6 tys. zł, to daje 168 - 210 tys. zł. Oczywiście znajdą się oferty lokali za ok. 130 tys. zł, ale standard takiego mieszkania będzie w najlepszym razie średni - podkreślają. Eksperci z NowodworskiEstates zwracają uwagę, że czasem za 180 tys. zł trafi się superwykończona nieruchomość. - Ceny jednopokojowych mieszkań utrzymują się raczej na stałym poziomie. W porównaniu z poprzednim rokiem nie ma znaczących różnic. W niedalekiej przyszłości ceny mogą spaść ze względu na wzrost liczby nowych nieruchomości z rynku deweloperskiego - prognozują Kamil Kowalewski i Radosław Góral.

Jest popyt

We Wrocławiu ceny wykończonych w dobrym standardzie kawalerek w wielkiej płycie wynoszą ok. 200 tys. zł - podaje Bartosz Mach z wrocławskiego oddziału agencji NowodworskiEstates. - Ceny kształtuje spory popyt na jednopokojowe mieszkania, a jak wiadomo, im wyższy standard, tym wyższa cena. Bardzo ważna jest również lokalizacja. Im więcej nowych inwestycji powstaje w centrum, tym bardziej spada atrakcyjność mieszkań w starszych blokach, a co za tym idzie, spadają również ich ceny. - Warto zwrócić uwagę, że założeniem budownictwa wielkopłytowego było to, aby na małej powierzchni zmieścić jak najwięcej pomieszczeń. To jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego tak trudno jest znaleźć ofertę kawalerki w wielkiej płycie. Jest ich na rynku niesamowicie mało, można wręcz mówić o deficycie - dopowiada Radosław Góral. - Kto takich ofert poszukuje najczęściej? Jak się można się domyślić, najczęściej są to osoby starsze lub samotne, ale nierzadko zdarza się, że taką nieruchomością interesuje się inwestor, który przy niewielkim nakładzie środków jest w stanie wygenerować całkiem satysfakcjonującą stopę zwrotu - zwraca uwagę. We Wrocławiu, jak mówi Bartosz Mach, jest podobnie. - Podaż jest mała ze względu na duży popyt. Takie oferty znikają naprawdę szybko. Większość mieszkań sprzedaje się w ciągu miesiąca - informuje ekspert NowodworskiEstates. - Oczywiście najlepszymi z nich interesują się inwestorzy, ale sporo trafia również w ręce studentów, którym rodzice szukają lokum na czas studiów. Co można nazwać okazją na tym rynku? - Rynek w Krakowie jest spory i bardzo dynamiczny. Ciekawą ofertą byłaby bardzo dobrze wykończona i wyposażona 30-metrowa kawalerka za ok. 160 tys. zł - ocenia Kamil Kowalewski. - Takie ceny obowiązują raczej w oddalonych od centrum dzielnicach, jak Bieżanów czy Nowa Huta. Co nie znaczy, że pojawienie się takiej okazji w centrum jest niemożliwe. Warto zdać się na profesjonalnego agenta nieruchomości, który takie okazje będzie wyłapywał. podpowiada.

Niezwykle atrakcyjne są oferty wielkopłytowych kawalerek do remontu. Cena takiego mieszkania jest wtedy znacznie niższa - za metr zapłacimy mniej więcej 5 tys. zł, a po remoncie, jeśli oczywiście możemy sobie na niego pozwolić, zyskamy z pewnością dużo więcej - twierdzi Bartosz Mach. - Czy łatwo jest trafić na taką okazję? Raczej nie. Właściciele takich nieruchomości są zazwyczaj świadomi ich wartości i niechętnie się ich pozbywają. Jeśli jednak naszym priorytetem jest okazyjna cena, warto poczekać na taką ofertę. Świat należy do cierpliwych.

Aneta Gawrońska

Rzeczpospolita 22.05.2016 r.

www.rp.pl/Mieszkania-i-apartamenty/305229975-Superokazje-znikaja-w-jeden-dzien.html#ap-2

 
 Oceń wpis
   

Bardzo atrakcyjne są parterowe powierzchnie handlowo-usługowe z dużymi witrynami przy ruchliwych ulicach.

Powierzchnie handlowe przy ulicach w centrach dużych miast coraz częściej są wynajmowane przez biznes gastronomiczny mówi Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty. Podobny trend widać także na mniejszych rynkach. Sklepy powoli znikają, a w ich miejscu pojawiają się kawiarnie, restauracje i bary.

Na zakupy do galerii

Skoczeń ocenia, że Polacy pokochali centra handlowe, i to tam wolą robić zakupy. Jeszcze dziesięć lat temu najlepsze lokale w centrum miasta były masowo wynajmowane przez banki, ale to też się zmienia. Banki zmniejszają liczbę placówek lub przenoszą się do centrów handlowych zauważa ekspert Emmersona. A lokale komercyjne powstają na parterach nowych budynków wszędzie tam, gdzie jest to uzasadnione biznesowo. Na powierzchnie usługowe są też często przekształcane najniższe kondygnacje kamienic. Najczęściej są poszukiwane lokale od 100 do 200 mkw. W portalu OtoDom.pl jest oferowany 79-metrowy lokal w stołecznej kamienicy w rejonie ul. Foksal, wyceniony na 725 tys. zł. Na kupca czeka też 53-metrowy lokal na Powiślu, oferowany za 625,7 tys. zł.

Lidia Dołhan, ekspert Wrocławskiej Giełdy Nieruchomości, zauważa, że w ofercie dominują lokale na wynajem. Sprzedają się tylko powierzchnie w dobrej cenie. Tymczasem wystawiane lokale są mocno przeszacowane ocenia. Lokale na parterach biurowców mają najemców już na etapie budowy. Nie słyszałam jednak, żeby ktoś się bił o oferty. We Wrocławiu jest do kupienia np. 53-metrowy lokal w apartamentowcu na Starym Mieście, za który właściciel chce dostać 359 tys. zł.

Także w Krakowie, jak mówi Marcin Pajączek, ekspert agencji NowodworskiEstates, największym zainteresowaniem cieszą się 100200-metrowe lokale, w których można prowadzić działalność gastronomiczną. Właściciele chętniej decydują się na wynajem niż na sprzedaż. Najatrakcyjniejszymi lokalizacjami są niezmiennie Rynek Główny i okolice Plant Krakowskich wskazuje. Coraz większą popularność zyskuje południe miasta, a zwłaszcza Podgórze i Zabłocie. Ogromne zainteresowanie sprawia, że takie lokale zwalniają się rzadko. Ofert jest niewiele, a jeśli już się pojawiają, to znikają błyskawicznie. W najlepszych lokalizacjach, gdzie nic nowego raczej już nie powstanie, ceny lokali handlowych rosną dodaje. Najszybciej znikają lokale gastronomiczne. Bardzo atrakcyjne są także parterowe lokale handlowo-usługowe z dużymi witrynami przy ruchliwych ulicach. Topowe oferty najmu w najlepszych miejscach znikają w tydzień dwa. Rekordy popularności biją lokale sprzedaży z najemcą, długoterminową umową i dobrą stopą zwrotu. Sprzedaż takiej perełki to czasem kwestia kilku dni.

Na Piotrkowskiej

Inaczej jest w Łodzi. Jak mówi ekspert rynku Tomasz Błeszyński, podaż lokali użytkowych od pięciu lat przewyższa popyt. Powierzchnie na wynajem i handlowe, i usługowe są dostępne w każdej lokalizacji. Pustostany są nawet na głównej, prestiżowej ulicy Piotrkowskiej opowiada. Są to zarówno małe, 2040-metrowe lokale, jak i ponad 120-metrowe. W ofercie są też lokale na sprzedaż, ale ze względu na dość wysoką cenę i małą dziś atrakcyjność inwestycyjną czekają na chętnego nawet dwa - trzy lata. Najemców lokali miesiącami poszukują także zarządcy i gminne administracje nieruchomości. Zainteresowanie budzą ewentualnie nieduże lokale o dobrym standardzie, w dobrym miejscu mówi.

Czynsze są bardzo zróżnicowane. Zależą od wielkości lokalu, jego funkcji, lokalizacji, wyposażenia. Stawki raczej spadają i w najbliższym czasie nie zanosi się na zmianę tego trendu. Błeszyński przypomina, że przyszły przedsiębiorca musi też ponieść koszty adaptacji powierzchni pod odpowiednią działalność. Najważniejszy jest jednak pomysł na dobry i rentowny biznes, a z tym jest problem ocenia. Sklepy i lokale gastronomiczne często znikają z rynku po kilku miesiącach. W OtoDom.pl znajdziemy wiele łódzkich ofert lokali użytkowych na sprzedaż. Przy Piotrkowskiej jest do kupienia 108,5-metrowa powierzchnia w kamienicy z 1930 r. Lokal jest wyceniony na 303,8 tys. zł. Przy tej samej ulicy można kupić 85-metrowy lokal za 102 tys. zł.

Aneta Gawrońska Rzeczpospolita |14.05.2016|

Źródło: http://www.rp.pl/Nieruchomosci-komercyjne/305149987-Lokale-z-najemca-znikaja-w-kilka-dni.html

zdjęcie:Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Dla przypomnienia mój wywiad z zeszłego roku, w którym zwracałem uwagę na beztroską sprzedaż miejskich nieruchomości. Niestety do dzisiaj nic się nie zmieniło nadal Władze Łodzi przy aprobacie radnych wyprzedają majątek miasta.

Na ten rok znowu urzędnicy założyli ostre plany sprzedażowe. Pod młotek już trafiają wszystkie rodzaje nieruchomości od lokali mieszkalnych, domów jednorodzinnych, kamienic po działki niezabudowane. Zobaczymy ile nieruchomości miasto jest w stanie sprzedać by ratować budżet. Zadłużenie Łodzi na koniec 2015 roku wyniosło prawie 3 mld złotych, co stanowi to 75% dochodów UMŁ.

Łódź wyprzedaje rodowe srebra

Sprzedaż majątku komunalnego to nie to samo, co sprzedaż działki przez dewelopera Mariana - mówi Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości w rozmowie z Piotrem Brzózką

Działki pod Bramę Miasta nie udało się miastu sprzedać za 40 milionów, więc próbuje się ją spieniężyć za 28 milionów. Mam wrażenie, że ta sytuacja Pana bawi.

Tak, bo gdy miasto przygotowywało pierwszą ofertę, podawano koronne argumenty: że to najbardziej prestiżowa działka w Nowym Centrum Łodzi, że będzie plan miejscowy zakładający superinwestycję w tym miejscu, że jest fantastyczny projekt znanego architekta i że ta działka po prostu nie może być tania. Dokonano operatu szacunkowego, po czym - na podstawie dodatkowej opinii biegłego - została ustalona wyższa wartość, niejako antycypująca przyszłe możliwości zabudowy, po uchwaleniu planu dla NCŁ.

Cena ta wynosiła niemalże 40 mln zł. Radni nie wzięli tej kwoty z sufitu, ona wynikała z opinii biegłego, który tę opinię podstemplował, dał temu swoje imię i nazwisko. I wszyscy byli święcie przekonani, ze to fantastyczna działka, którą sprzedamy za fantastyczne pieniądze, a firma, która ją kupi, będzie wdzięczna do końca swojego istnienia, że otrzymała szansę jej nabycia. Z takimi argumentami Łódź pojechała na targi nieruchomości w Cannes, z tym biegano po Warszawie, po różnych funduszach inwestycyjnych, zapraszano do Łodzi, mówiąc, że to nieruchomość "cud miód". Pojawił się z w końcu nabywca, ale nic z transakcji nie wyszło. Wszystko się posypało, wróciliśmy do punktu wyjścia.

Z tą różnicą, że 12 milionów taniej.

I mamy pewnego rodzaju paradoks. Działka poprzednio była droższa, choć nie było planu miejscowego, tylko założenia studium. A teraz, gdy mamy plan, działka jest tańsza o 12 milionów. Z reguły plany miejscowe są "wartościotwórcze", a w tym przypadku okazało się, że nie.

Może ktoś w mieście wziął sobie do serca utyskiwania, że 40 milionów to za dużo. Sam Pan tak mówił...

Ale zaraz, zaraz. Wyceny znów dokonał rzeczoznawca. Dla mnie to paranoja. Raz zaklinamy rzeczywistość i mówimy: 40 milionów, a teraz, gdy plan faktycznie jest, rzucamy 28 milionów. Działka z planem jest dużo tańsza, niż działka z przyszłym planem. Więc powiem to wprost - albo przekombinowano na początku, albo ktoś kombinuje teraz.

A na rynku nieruchomości Pan nie obserwuje przecen? Przecież wszyscy wiedzą, jak niskie są ceny ziemi w Łodzi w porównaniu z tym, co było kilka lat temu.

Obserwuję przeceny na rynku, ale one mają konkretne uzasadnienie ekonomiczne. Zdarza się, że inwestor ma dół finansowy, śrubuje cenę działki, a potem posypuje głowę popiołem i przecenia grunt, albo godzi się na negocjacje. Tyle, że tak się robi na rynku prywatnym, a my mówimy o gospodarowaniu majątkiem publicznym. To nie jest sprzedaż ziemi przez dewelopera Mariana, który jednego dnia chce 20 milionów, a drugiego 5, bo musi spłacić długi. Mamy do czynienia z majątkiem publicznym, wspólną własnością, tymczasem dochodzą do mnie nieoficjalne newsy, że jeśli i teraz nikt nie kupi ziemi pod Bramę za 28 milionów, działka ta będzie dalej przeceniana. Oby nie skończyło się tak, że mówimy 40, wystawiamy za 28, a sprzedajemy za 10.

W ubiegłym roku, w jednym z komentarzy pisał Pan, że miasto wyprzedaje majątek lekką ręką. Podtrzymuje Pan?

Oczywiście. Wszyscy wiedzą, że na rynku nieruchomości panuje nadpodaż. Nieruchomości miasta nie są jedynym towarem na tym rynku. W Łodzi ziemię oferują wszyscy, inwestor ma do wyboru cały wachlarz ofert: od osób prywatnych, spółek, funduszy, spółdzielni, no i miasta. Tymczasem na rynku nieruchomości wciąż panuje kryzys polegający na tym, że inwestorom brakuje środków. Banki niechętnie finansują zakupy, płynność finansowa deweloperów jest ograniczona. Tak jest i w Warszawie, która też pokazywała się w Cannes, i Krakowie i w Poznaniu, i w Łodzi. Mam nadzieję, że takie informacje posiadają zarządzający Łodzią - mogą je otrzymać choćby z lektury gazet. Nie trzeba do tego wynajmować firmy analitycznej. Jeśli więc miasto wie, że od 2009 roku jest dół na rynku, i mimo to decyduje się w tak niekorzystnym momencie na sprzedaż własnego majątku, to warto byłoby chociaż do tego dobrze przygotować.

Czyli jak?

Ja, będąc operatorem na tym rynku i chcąc sprzedawać nieruchomości mimo dołu, po pierwsze dokonałbym inwentaryzacji majątku. Wytypowałbym nieruchomości tańsze, mniej strategiczne, które znajdą nabywców nawet w kryzysie. Działeczkę za pół miliona jakiś inwestor zawsze kupi. Ale jeśli w tabeli priorytetów znajduję nieruchomości strategiczne, jak NCŁ, jak działka na rogu ul. Zachodniej i Ogrodowej, to mówię stop. To są tak ważne działki dla miasta, tak kapitałochłonne, że w kryzysie i na płytkim rynku, jakim jest Łódź, tego prawdopodobnie nie sprzedam dobremu inwestorowi za dobre pieniądze. A nie ma sensu sprzedawać za bezcen, skoro działka ma potencjał.

W przypadku takich nieruchomości opracowałbym koncepcję ich zagospodarowania, przygotował ofertę opisującą różne funkcje, stworzyłbym mechanizmy zachęcające inwestorów, wskazałbym rentowność takiego projektu, ale jeśli okazałoby się, że nie znajduję klienta, to odłożyłbym te nieruchomości na półkę i spokojnie czekał na właściwy moment i właściwego klienta. Natomiast nie ośmieszałbym się wystawiając tą samą działkę za 40 i 28 mln zł. Czy w urzędzie miasta sobie nie zdają z takich rzeczy sprawy? Byłem na komisji ds. NCŁ, wygarnąłem im, że to jest maksymalna amatorszczyzna. Zadałem im jedno fundamentalne pytanie: kto w urzędzie miasta jest odpowiedzialny za bieżącą analizę rynku nieruchomości. Czy w ogóle macie orientację, co się na tym rynku dzieje, czy opieracie się tylko na plotkach? Cały czas powtarzam, że miasto wyprzedaje swoje rodowe srebra. Ale jak je sprzeda, to więcej tego nie będzie mogło zrobić, to jednorazowy zarobek.

Gdy miasto jest przyciśnięte, każdy grosz się przyda...

Wiadomo, że miasto sprzedaje nieruchomości, żeby łatać dziurę budżetową. Ale to wina gospodarza , który odpuszcza inne kanały finansowania miasta i liczy na doraźną sprzedaż. Cały czas słyszę argumentację, że gmina musi sprzedawać, bo miasto nie jest od zarządzania nieruchomościami, bo miasto powinno czerpać dochody nie z czynszów, a z podatku od nieruchomości. To jest kpina. Nich się pan zapyta, jakie podatki od nieruchomości miasto otrzymuje od właściciela działki, gdzie miał być Hilton? Jakie są podatki od właściciela zrównanej z ziemią zajezdni na Dąbrowskiego, albo od człowieka, który zrobił parking na działce po dawnej straży pożarnej przy Sienkiewicza? Jakie to są pieniądze?

Wiele osób powie, że zarządca komunalny z mieniem radzi sobie gorzej, niż poradziłby sobie dobry zarządca prywatny.

Dlatego ja bym rekomendował wariant pośredni. Zachowałbym nieruchomości, ale dałbym je w zarządzanie firmom zewnętrznym, które miałyby ciekawe pomysły na ich zagospodarowanie. Robiłem projekt doradczy dla prezydenta Dychto w Pabianicach, który miał problem z kilkunastoma nieruchomościami. Przedstawiłem koncepcję bieżącego zagospodarowania mienia, zarobienia kilku złotych, ożywienia tych miejsc i równoczesnych prób sprzedaży. Nie ma sensu, żeby ziemia leżała odłogiem i gniła. Proszę zobaczyć, co się dzieje po wyburzeniach na Zachodniej. Ta działka jest niewykorzystana. Doraźnie tam można zrobić parking, targowisko, lunapark, wszystko jedno co, byle ta działka przynosiła chociaż minimalne przychody.

No dobrze, ale miasto ma założone w budżecie przychody ze sprzedaży nieruchomości. To jest konkretna suma, jest też konkretna lista. Jak się nie sprzeda, to będzie problem natury finansowej.

Słyszałem, że na liście do sprzedaży jest kilkaset pozycji, takich po kilka milionów złotych i takich drobnych. Miasto chce to sprzedać w tym planie finansowym. A moim zdaniem, sprzedawanie nieruchomości wedle planu, żeby zrealizować zapisy budżetu, jest po prostu śmieszne.

Ja jestem w stanie zrozumieć nawet taką gminę, która wpisuje w budżet planowane dochody z fotoradaru. Ale nie potrafię pojąć, jak można uczynić plan do wykonania ze sprzedaży własnego majątku. Bo - jeszcze raz podkreślam - ten majątek stanowi unikatową wartość i można go sprzedać tylko raz.

Piotr Brzózka | 31 marca 2015 | Polska Press - Dziennik Łódzki - Forum Łódź |

Źródło: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/3804793,tomasz-bleszynski-lodz-wyprzedaje-rodowe-srebra,2,id,t,sa.html

 
Wyburzanie kamienic 2016-04-22 12:19
 Oceń wpis
   

W ostatnich latach nasilił się proces wyburzania starych zniszczonych kamienic.

Uzyskane w ten sposób tereny miasta bardzo często przeznaczają na sprzedaż. Pozyskanie środki ratują zadłużone gminne budżety.

Czy taki sposób na rewitalizację nieruchomości jest godny polecenia ?

Komentarz Tomasza Błeszyńskiego dla TVN 24. 13.04.2016 r.

      Foto: Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Co zrobić z dodatkowym 500 zł na dziecko jeśli ktoś chce zainwestować je na rynku nieruchomości ?

Myślę, że na taki luksus ew. inwestowania tej kwoty stać będzie nielicznych i bogatych. Przeciętni ludzie otrzymane pieniądze zapewne przeznacza na bieżące potrzeby dzieci a jeśli już będą inwestować to na pewno nie na rynku nieruchomości tylko bezpośrednio w dzieci np. dodatkowy sport, nauka języka obcego czy inne zajęcia edukacyjne.

Rodzice nie będą chyba lokować tych pieniędzy w bankach, bo oprocentowanie nie jest za interesujące i rentowne ?

Osoby o większych dochodach mogą przeznaczyć dodatkowe środki np. w inwestycje w jakiś fundusz nieruchomościowy, z samej tej kwoty miesięcznie na pewno nie sfinansują od razu większych projektów typu kupna mieszkania po wynajem, ostatecznie mogą uzyskane pieniądz wpłaca w kasy mieszkaniowe, jeśli taki zgodnie z programem rządu powstaną.

Nie spodziewałbym się przynajmniej na początku spektakularnych zysków, jeśli program się utrzyma prze kilka lat wtedy będzie można liczyć na większe inwestycje mając zasobniejszy portfel.

Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości | 20.03.2016 r.|

 
 Oceń wpis
   

Mieszkania dla starszych.

Deweloperzy, pośrednicy i zarządcy nieruchomości powinni już teraz zainteresować się nieruchomościami przeznaczonymi dla seniorów, zanim będzie za późno. Nastawianie się na obsługę młodych ludzi kupujących mieszkania będzie pomału, co raz mniej rentowne. Cały czas na rynku mieszkaniowym utrzymuje się olbrzymia przewaga podaży na popytem. A migracja młodych za granicę dodatkowo podnosi tą statystykę niżu demograficznego. Młodzi dobrze zarabiający mają już zupełnie inne podejście do życia ich szczytem marzeń nie jest i nie będzie zakup mieszkania na 25 letni kredyt hipoteczny. Takie lansowane przez banki i deweloperów projekty przywiązują chłopa do ziemi nie dają perspektywy na zysk i powodują utratę mobilności. To przecież oczywista strata czasu i pieniędzy młodzi doskonale zdają sobie z tego sprawę i potrafią liczyć, co i, gdzie się najbardziej opłaca.

Rynek mieszkaniowy, by przetrwać musi się zmienić.

Rynek potrzebuje wprowadzenia gwałtownych zmian prawnych i podatkowych. Całą masę sztywnych nie życiowych ustaw trzeba znowelizować, by dać alternatywne rozwiązania zachęcające i faktycznie wspierające młode i starsze pokolenia do inwestycji. Buble legislacyjne takie jak min. ustawa o ochronie praw lokatorów zamiast pomagać tylko szkodzą rynkowi. Uważam, że nadszedł wreszcie czas na dobre rozwiązania w zakresie leasingu nieruchomości, czy projektów Partnerstwa Publiczno Prywatnego. To tylko niektóre przykłady, problemów jest więcej, gospodarka przestrzenna, prawo budowlane, rewitalizacja nieruchomości. Złe funkcjonowanie gospodarki i rynku nieruchomości odbija się na kondycji społeczeństwa. Młodzi zniecierpliwieni niewidzący perspektyw dla siebie, po prostu wyjeżdżają. Starsze pokolenie tkwi związane z ojczyzną siłą tradycji na dobre i złe biedniejąc z roku na rok.

Społeczeństwo nieuchronnie starzeje się.

Co raz więcej osób jest nie tylko w podeszłym wieku, ale i chorych. Nie będę pisał o Naszym systemie emerytalnym, czy opiece zdrowotnej, bo doskonale wiemy jak jest. Na rynku pojawiło się już wiele ciekawych pomysłów. Pracuje na kilkoma projektami z zakresu gospodarki senioralnej i muszę przyznać, że jest to ciekawe i kreatywne zajęcie. Zabezpieczanie potrzeb mieszkaniowych osób starszych jest nie lada wyzwaniem . Bo przecież tu nie tylko potrzebny jest sam lokal mieszkalny, ale cały system opieki nad często już leciwą i schorowaną osobą. Dodatkowy problem stanowi tutaj jak zawsze bariera ekonomiczna, niestety w obecnym stanie nie wszystkie osoby starsze będzie, po prostu stać na skorzystanie z takich rozwiązań. Emerytury, czy renty są za niskie, a inne formy, choćby odwrócona hipoteka też nie zawsze jest dostępna dla każdego, korzystna i bezpieczna.

Czasu mało problemów dużo.

Dlatego nie czekając na skutki niżu demograficznego i pogłębiania się procesu starzenia się społeczeństwa na problematyką senioralną należy pracować już dziś. Problemów do rozwiania jest wiele, a czasu mało, bo przecież już niedługo i My będziemy starsi. Myślę, że niestety jest to ostania szansa, by przygotować dla sobie miejsce na spokojną jesień życia.

Moim zdaniem projekty senioralne, to przyszłość inwestycji na rynku nieruchomości.

Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości |23.01.2016r.|

 
 Oceń wpis
   

Niszczymy dziś więcej zabytków niż straciliśmy w czasie wojny.

Z Tomaszem Błeszyńskim, ekspertem rynku nieruchomości, rozmawia Piotr Brzózka.

Syndyk sprzedał praktycznie wszystkie lofty u Scheiblera. Przeszło 3 lata po upadłości dewelopera, ponad 5 lat po oddaniu inwestycji do użytku, 10 lat od jej rozpoczęcia. A ponoć lofty rozchodziły się jak świeże bułeczki...

Lofty to jest produkt nietypowy, na naszym rynku wcześniej nieznany. Analizowałem przed laty projekty w Łodzi, Żyrardowie, Warszawie, na Śląsku i ewidentnie widać, że moda na lofty do Polski nie przyszła. Inwestor podszedł do trudnej adaptacji przędzalni Scheiblera bardzo ryzykownie, bez gruntownej analizy rynku. Budowanie loftów w postindustrialnych nieruchomościach wymaga dużych nakładów na modernizację techniczną, oczyszczenie murów - a w tym przypadku była to fabryka włókiennicza, w której należało usunąć wszelkie ślady starych chemikaliów.

Tymczasem w Polsce nie ma zainteresowania, Polacy nie kochają, nie fascynują się tego typu nieruchomościami. Jeżeli mamy wydać duże pieniądze, to wolimy zbudować dom, lub kupić zwykłe mieszkanie. Dlatego brak analizy zemścił się na inwestorze. Na początku, przy dużym wsparciu marketingowym, faktycznie była duża fala sprzedaży, ale potem nadeszła fala wycofań klientów. Sam proces budowlany był kilkanaście razy przerywany, a to z powodu sporu z konserwatorem zabytków, a to z innego powodu, a na koniec, już po oddaniu inwestycji, doszło do upadłości dewelopera.

Syndyk sprzedawał mieszkania za część ich wartości. Wcześniej na rynku te lofty osiągały ceny nawet 6-7 tys. zł za metr kwadratowy, a u syndykach ceny ledwie przekraczały 3 tysiące. Zajęło to 3 lata, bo w Łodzi nie ma klienteli. Zresztą loft w rozumieniu polskich deweloperów różni się od tego, co pod pojęciem loftu rozumie się na Zachodzie. Tam loftami są całe piętra powierzchni pofabrycznych. 200, 300, 500 metrów kwadratowych. Te powierzchnie są kupowane za stosunkowo niewielkie pieniądze i aranżowane indywidualnie. I przeważnie mieszkańcami są filmowcy, fotografowie, malarze. Oni wykorzystują te wielkie powierzchnie i do mieszkania, i do swojej twórczości artystycznej.

W Łodzi marketing też poszedł w stronę środowisk twórczych.

Tyle, że tu bardziej chodziło o PR. Moim zdaniem faktycznym odbiorcą byli inwestorzy kupujący nieruchomości z myślą o przyszłym zysku na wynajmie, czy odsprzedaży. Zwłaszcza, że duża część mieszkań była mała i szablonowa.

Wydaje się, że ta inwestycja wpłynęła odstraszająco na innych deweloperów. 10 lat temu mogło się wydawać, że w Łodzi powstanie więcej loftów, tymczasem oprócz Scheiblera, są tylko pojedyncze przykłady.

Rzeczywiście na początku był hurraoptymizm. Wielu inwestorów myślało o loftach i nawet władze miasta dostały pozytywnego szału , chwaląc się łódzkimi loftami, opowiadając ile jest tu fabryk do zagospodarowania. Realia rynku szybko to zweryfikowały. Stagnacja u Scheiblera sprawiła, że deweloperzy zaczęli się zachowywać ostrożniej. Jeśli już ktoś nabył starą fabrykę, gdzie konserwator nie pozwalał zburzyć zabudowy, to zaciskał zęby i budował 3 czy 10 takich mieszkań a la loft. Ale nie na szerszą skalę. Wszystko przygasło, nie tylko w Łodzi, ale też w warszawskich zakładach optycznych, czy w Żyrardowie, w Poznaniu.

Ale koniec końców rewitalizację przędzalni Scheiblera należy chyba zapisać na plus, bo uratowano piękne stare mury i zapewniono im nowe życie... Łódź jest dziś u progu wielkiej rewitalizacji kwartałów miasta, ale myśląc o niej mamy przed oczyma raczej kamienice, czy też wątki społeczne. A stare fabryki?

Ja bym tu rozdzielił jednak pewne wątki. Dla mnie budowa loftów nie jest rewitalizacją. Jest remontem budynku i zmianą jego funkcjonalności. Natomiast jeśli chodzi o prawdziwą rewitalizację, boleję od lat nad postępującą degrengoladą nieruchomości. Brak jest miejscowych planów zagospodarowania, co powoduje, że na łapu capu wyrywane są i wyburzane kawałki nieruchomości.

To powoduje chaos, znikają przez to unikatowe obiekty. Śmiem twierdzić, że niszczymy dziś więcej zabytków, niż zniszczono w czasie wojny. Postindustrialne obiekty po prostu znikają. Trafiły w ręce deweloperów, którzy mieli różne pomysły, niekoniecznie lofciarskie. Ale zmienił się rynek i dziś te nieruchomości niszczeją. Jadąc przez Łódź widzimy resztki fabryk, których dziś nie ma już nawet jak ratować. Uniontex, Norbelana i inne - tam zostały pojedyncze ściany.

Niestety, poprzez brak planów, poprzez brak strategii, władze miasta przyczyniły się do tej degrengolady. Nie znam innego miasta, gdzie pozwolono by na tak rabunkową politykę. Władze miasta same sprzedają na łapu capu nieruchomości, często nie interesując się, co dalej z nimi dzieje, nie potrafią wyegzekwować zabudowy działki. Skutki braku planów i spójnej koncepcji zabudowy Łodzi są takie, że dziś na przykład deweloperzy chcą dziś wejść na stary Julianów, budować bloki obok zabudowy jednorodzinnej. To pokazuje, że po prostu nie ma koncepcji Łodzi.

Jakieś koncepcje są... Jak Pan ocenia nową politykę mieszkaniową autorstwa wiceprezydenta Ireneusza Jabłońskiego? Sprowadziliśmy ją niedawno do haseł: prywatyzować, remontować, windykować, podnieść czynsze...

Rozmawiałem o tym w radio z panem wiceprezydentem, trochę na niego drastycznie naskoczyłem, pytając czy jest spadkobiercą idei kontenerów i osiedli biedy Arkadiusza Banaszka. On zaprzeczył, powiedział, że miasto absolutnie nie idzie w kontenery. I powiedział kilka rzeczy racjonalnych, rozsądnych. Punkt pierwszy - określenie zasobu, inwentaryzacja tego co Łódź posiada i kto tam mieszka. Rzecz druga - dokonanie zmian mentalnych. Dobra jest koncepcja odpracowywania długów czynszowych. Ale cały czas w Łodzi, jak i zresztą w całej Polsce, pozostaje na przykład problem braku mieszkań zastępczych, socjalnych. Nawet robiąc rewitalizację kwartału, nie ma gdzie przenieść ludzi. Dlatego często utrzymuje się swoich lokatorów w drogich kamienicach prywatnych.

Łódź ma parcie na sprzedawanie i czasem dochodzi do sytuacji groteskowych. Sprzedaje się kamienicę z lokatorami, prywatny inwestor ma swoje plany, wypowiada umowy mieszkańcom i mówi do miasta: zabierzcie mi tych ludzi. A miasto mówi: nie ma gdzie. I płaci odszkodowanie inwestorowi. Koło się zamyka... Jako ciekawostkę dodam, że pretekstem do naszej rozmowy w radio była informacja prezydenta Skierniewic, który ogłosił, że jego miasto zbuduje dla swoich ubogich mieszkańców nowoczesny, energooszczędny budynek mieszkalny. Jabłoński to skomentował tak: przecież zdewastują i zniszczą. A ja na to: ale jeśli miasto chce pomóc mieszkańcom, to pierwszym ich problemem są koszty utrzymania nieruchomości. Jeśli ktoś mieszka w starej kamienicy i opala te zawilgocone mury gazem czy prądem, to nigdy w życiu nie będzie miał pieniędzy na czynsz. Często są to osoby starsze, które mają do wykupienia leki, mają też inne niezbędne wydatki.

Jeśli chcemy, żeby ludziom starczało na płacenie czynszów, to pozwólmy im mieszkać w godnym standardzie. We wtorek w wiadomościach pokazywano starszego pana. Siedzi w kocu w swoim w mieszkaniu komunalnym. Ma zalany komin, więc nie może się grzać węglem. A pani rzecznik prasowa administracji mówi: niech ogrzewa się prądem. Na co facet: ja mam 20 złotych do końca miesiąca, a poza tym kable nie wytrzymują, bo to stara kamienica... A swoją drogą, proszę sobie wyobrazić, że dzisiaj każda administracja nieruchomości ma swojego rzecznika prasowego.

Łódź może nie buduje, ale zaczęła remontować.

Tylko dla kogo są te mieszkania? Starych mieszkańców nie stać na powrót z powodu wysokich czynszów. W Łodzi często rewitalizacja oznacza komercyjny remont. Przykładem odnowienie kamienicy przy ul. Północnej, tylko po to, żeby ją wystawić na sprzedaż. To nie jest rewitalizacja. Polityka mieszkaniowa Łodzi jest niespójna. Dotyka tylko niektórych obszarów. Ireneusz Jabłoński odpowiada na moje argumenty: ależ panie Tomaszu, jest przecież opieka społeczna. A ja mu na to, że kiedy człowiek mieszka w starym mieszkaniu, gdzie woda leje się po ścianie, to pieniędzy na czynsz i tak mu zabraknie.

Rozmawiał Piotr Brzózka

Dziennik Łódzki 16.01.2016 r.

Źródło;http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/9294022,tomasz-bleszynski-niszczymy-dzis-wiecej-zabytkow-niz-stracilismy-w-czasie-wojny-rozmowa,2,id,t,sa.html

 
 Oceń wpis
   

Po pół roku przestali płacić czynsz. Wyprowadzali się zostawiając długi i strasząc właścicielkę donosem do skarbówki. Ona z kolei zagroziła sądowym pozwem. - Jak tylko o nich pomyślę, to rozstroju dostaję - mówi kobieta, która wynajęła mieszkanie nieuczciwym lokatorom.

Młode małżeństwo, zaraz po ślubie. Nie chcieli mieszkać z rodzicami, a nie stać ich było na kupno mieszkania i zaciągnięcie kredytu. Został wynajem. Zapłacili za pół roku z góry. Umowę podpisali na rok. - Umówiliśmy się, że za sześć miesięcy przedstawię im rachunki za zużycie wody, gazu i energii, które uregulują. Potem należności za wynajem mieli płacić już, co miesiąc. Zrobili na mnie dobre wrażenie. Młodzi, sympatyczni, mieszkanie przyjechali oglądać w towarzystwie ojca tej dziewczyny. Ucieszyłam się, że mieszkanie wynajmę rodzinie, a nie studentom. Nawet poprosiłam syna, żeby pomógł w przeprowadzce - mówi. Marianna wspomina młodych lokatorów i odpala kolejnego papierosa. - Z nerwów tak palę, bo jak tylko o nich pomyślę, to rozstroju dostaję tłumaczy.

Nie jesteśmy przygotowani na taką kwotę

Kiedy pokazała im rachunki, zrobili wielkie oczy, że wyszło aż tyle. - Nie jesteśmy przygotowani na taką kwotę - usłyszała. Dogadali się, że na uregulowanie rachunków poczeka miesiąc, do następnej wypłaty. - Ale przyszedł kolejny miesiąc, a na koncie nie miałam przelewu ani za zaległe rachunki, ani za wynajem - wspomina Marianna. - Proszę poczekać jeszcze dzień, jeszcze dwa - usłyszała tym razem. - Czekałam, bo co miałam zrobić - mówi kobieta. Tyle, że przelewu nie było. Dzień, dwa, tydzień, dwa tygodnie, miesiąc, dwa miesiące. Młodych lokatorów coraz trudniej było zastać w domu, coraz rzadziej odbierali telefon od Marianny, a kiedy już odebrali to karmili ją kolejnymi tłumaczeniami. A to męża zwolnili z pracy, a to firma spóźnia się z wypłatami. Zrobiło się nieprzyjemnie. Marianna zagroziła, że młodych lokatorów wyrzuci z mieszkania, jeśli nie uregulują należności. Interweniował syn, ale sytuacja tylko się zaogniła. Ojciec dziewczyny, ten, który przyjechał z młodymi oglądać mieszkanie, od wszystkiego umył ręce. - To sprawa między panią, a nimi, ja się nie wtrącam w życie dzieci - powiedział. - Czułam, jakby ktoś mi splunął w twarz - opowiada nerwowo kobieta. Batalia z nieuczciwymi lokatorami trwała dobrych kilka miesięcy. Mariannę kosztowała nerwy, kilka nieprzespanych nocy, ale też uszczerbek w portfelu. Nie chciała zadłużać mieszkania, które zostało w spadku po rodzicach, a ze skromnej pensji krawcowej nie była w stanie utrzymać dwóch mieszkań - swojego i tego, w którym mieszkali niechciani już wtedy lokatorzy. Do rachunków dokładał się, więc syn, pieniądze pożyczyła dalsza rodzina. Młode małżeństwo w końcu wyprowadziło się, regulując tylko część długów i na do widzenia strasząc Mariannę donosem do skarbówki. Ona w odpowiedzi zagroziła sądowym pozwem, jeśli młodzi nie zapłacą całości. Od ich wyprowadzki minęło kolejnych kilka miesięcy, a przelewów jak nie było, tak nie ma. - Na szczęście nie zniszczyli mieszkania, bo i o takich przypadkach słyszałam - mówi Marianna.

Nie chcą się wyprowadzić, albo znikają bez słowa

Rzeczywiście, takich historii nie brakuje, choć biorąc pod uwagę rynek najmu (z danych GUS wynika, że w Polsce ponad 570 tys. mieszkań wynajmowanych jest przez osoby fizyczne) stanowią one jedynie wycinek. Jednak, co jakiś czas media przytaczają historię właścicieli mieszkań, którzy trafili na nieuczciwych lokatorów. Właścicielce mieszkania z Łodzi groziła komornicza egzekucja, bo lokator, któremu wynajęła mieszkanie nie płacił, a jej nie było stać na regulowanie rachunków i spółdzielnia w końcu wystąpiła o ściągnięcie długów. Mężczyzna z Krakowa pomieszkiwał kątem u znajomych, bo lokator, któremu wynajął mieszkanie nie dość, że nie płacił za wynajem, to jeszcze nie chciał się wyprowadzić. Bywa też tak, że nieuczciwi lokatorzy znikają z dnia na dzień zostawiając za sobą długi i nierzadko zdewastowane mieszkanie, a klucze przesyłają właścicielowi np. pocztą. Właściciele mieszkań skarżą się, że w takich wypadkach często bywają bezradni, bo prawo stoi po stronie najemców.

- Nie do końca zgodzę się z takim stwierdzeniem - mówi nam Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości z 25-letnim doświadczeniem. - Mamy przepisy, które dają właścicielowi mieszkania narzędzia do ochrony przed nieuczciwymi najemcami. Tyle tylko, że właściciele mieszkań rzadko sięgają po te narzędzia, umowy sporządzają na kolanie, a znam przypadki, że wynajmują mieszkania nawet bez żadnych umów, choćby minimalnie zabezpieczających ich interesy - dodaje Błeszyński.

Co stanowi prawo?

Przepisy precyzyjnie regulują kwestie rozwiązania umowy z lokatorem, który nie płaci czynszu. Zanim właściciel mieszkania wypowie umowę lokatorowi musi wezwać go do zapłaty zaległości i uprzedzić o zamiarze wypowiedzenia umowy. Takie wezwanie musi być sporządzone na piśmie, a właściciel musi określić termin (minimum miesięczny) na uregulowanie długu. Samo wypowiedzenie umowy można zastosować dopiero wtedy, gdy lokator zalega z opłatami za trzy pełne okresy rozliczeniowe i nie uregulował należności w dodatkowym okresie wyznaczonym mu przez właściciela mieszkania. Takiego dłużnika nie możemy wyrzucić z mieszkania - o ewentualnej eksmisji może zdecydować jedynie sąd.

Właściciel nie może też zmieniać zamków w drzwiach, wyrzucić rzeczy lokatora, nie może od mieszkania odłączyć prądu czy wody. Takie zachowanie - odcięcie mediów - zakazane było też do tej pory, ale od 7 stycznia 2016 roku, (kiedy w życie wejdzie nowelizacja kodeksu karnego) będzie ono traktowane, jako przestępstwo. Znowelizowany przepis to bat na tzw. czyścicieli kamienic, ale rykoszetem dostają też ci, którzy wynajmują mieszkanie nieuczciwemu lokatorowi.

- Odcinanie mediów klasyfikowane jest przez kodeks, jako tzw. przemoc pośrednia i od 7 stycznia będzie traktowane jak przestępstwo. Pozycja lokatora została wzmocniona, a nie zastosowanie się do przepisów może mieć dla właściciela nieoczekiwane skutki - mówi nam mecenas Wojciech Rudzki, który prowadzi bloga, na którym doradza jak skutecznie (i bezpiecznie) załatwić formalności z wynajmem mieszkania. Mecenas Rudzki dodaje, że problemy z wynajmem mieszkań związane są m.in. z niską świadomością prawną właścicieli mieszkań. - Bardzo często zdarza się, że zawierane umowy to gotowe wzorce ściągnięte z Internetu, które nie zawsze regulują wszystkie kwestie związane z konkretnym wynajmem - tłumaczy Wojciech Rudzki.

W podobnym tonie wypowiada się Tomasz Błeszyński: - Najczęściej kłopoty z nieuczciwymi lokatorami mają ci, którzy wynajmują mieszkanie odziedziczone w spadku. Nie mają doświadczenia, na wszystkim chcą zaoszczędzić, umowy, które zawierają są źle przygotowane. Zdecydowanie bardziej bezpieczne jest skorzystanie z usług biura nieruchomości.

Najem okazjonalny. Co to takiego?

Moi rozmówcy solidarnie mówią, że właściciele mieszkań, nawet, jeśli nie korzystają z usług pośredników mają możliwości zabezpieczenia swoich interesów. W grę wchodzą kaucje, żądanie zaświadczenia o zarobkach od potencjalnych lokatorów, poręczenie kogoś bliskiego (np. rodziców w przypadku wynajmowania mieszkań studentom). Rozwiązaniem jest też tzw. najem okazjonalny.

W tej opcji najemca składa przed notariuszem oświadczenie, że zobowiązuje się do opuszczenia mieszkania (na podstawie umowy najmu w terminie wskazanym w żądaniu opuszczenia lokalu). Najemca musi też wskazać inny adres, pod którym może zamieszkać w przypadku egzekucji obowiązku opróżnienia lokalu. W zamian ma pewność, że np. właściciel mieszkania nie podniesie nagle czynszu (warunki ewentualnej podwyżki muszą być zawarte w umowie - red.) . Mówiąc w dużym skrócie, najem okazjonalny pozwala dużo łatwiej pozbyć się właścicielowi nieuczciwego lokatora, który nie płaci czynszu i nie chce opuścić mieszkania. Wszystko oczywiście musi odbywać się oficjalnie, bo żeby umowa najmu okazjonalnego miała moc prawną musi zostać zgłoszona do urzędu skarbowego.

- Umowa najmu okazjonalnego eliminuje dużo zagrożeń związanych z wynajęciem mieszkania nieuczciwej osobie - mówią zgodnie mecenas Wojciech Rudzki i Tomasz Błeszyński. Pani Marianna z jednej strony przyznaje im rację, ale zaraz dodaje, że znalezienie lokatorów gotowych godzić się na te wszystkie formalności, po to by zamieszkać w jej mieszkaniu po rodzicach graniczyłoby z cudem. Wydaje się, że podobnie myśli więcej osób, bo najem okazjonalny jest ciekawym (i bezpiecznym), ale bardzo rzadko stosowanym rozwiązaniem.

Słowem, właściciele mieszkań wolą ryzykować spotkanie z nieuczciwym najemcą niż grzęznąć w gąszczu formalności.

Maciej Stańczyk | Dziennikarz Onetu | Onet.pl | 04.01.2016|

 
 Oceń wpis
   

Przez większą część roku klientów od mieszkań używanych odciągali deweloperzy. Dopiero jesienią sytuacja się zmieniła.

Jaki był kończący się rok na rynku wtórnym i dla pośredników, i dla ich klientów? Czym różnił się od poprzedniego, czego szukali klienci? Czy rynek pierwotny miał dużą przewagę nad wtórnym? Zapytaliśmy o to pośredników w obrocie nieruchomościami.

Mariusza Kania Metrohouse Franchise Rok upłynął pod dyktando deweloperów. Jeśli spytamy o nastroje w branży deweloperskiej, większość wypowiedzi będzie entuzjastycznych. Bo to deweloperzy rozdawali w tym roku karty. Nawet włączenie do programu MdM" ofert z rynku wtórnego nie stanowiło przełomowego momentu i nie poprawiło istotnie koniunktury na rynku wtórnym. Nowe mieszkania, dzięki znacznie wyższym limitom cen, i tak są uprzywilejowane. Choć sytuacja poprawiła się w części miast powiatowych, gdzie dotychczas MdM" nie miał prawa istnieć z uwagi na brak inwestycji deweloperskich, to już w Warszawie i Krakowie znalezienie mieszkania z rządowym wsparciem to wybór z ofert o fatalnej lokalizacji, ewentualnie do remontu. Jednocześnie na MdM" zyskała cała branża. Dzięki wzrostowi popularności rynku pierwotnego poprawiliśmy wyniki sprzedażowe wynikające z kooperacji z deweloperami. Klienci, oprócz najczęściej sprzedawanych lokali mających 4050 mkw., poszukiwali również ofert spoza tego zakresu. Deweloperzy, skupieni na budowie tzw. kompaktowych mieszkań, spotykali się ze zwiększoną liczbą zapytań np. o duże mieszkania trzypokojowe o wyższym standardzie. Tych na rynku pierwotnym nie ma wcale tak wiele, pozostaje więc rynek wtórny. Obserwujemy mniejsze niż zwykle zainteresowanie kawalerkami. Grupa osób szukała też tanich domów i segmentów, zwłaszcza wybudowanych w ostatnich kilkunastu latach. Jeśli sprzedając mieszkanie trzypokojowe, uda się niewielkim nakładem środków przeprowadzić się do domu, jest to poszukiwany produkt. Oceniamy, że średnio co druga transakcja jest finansowana kredytem hipotecznym. Są oczywiście pewne uwarunkowania geograficzne, ale jeżeli mówimy o skali ogólnopolskiej, tak to właśnie wygląda. W porównaniu z ubiegłymi latami można mówić o spadku poziomu finansowania zewnętrznego. Wielu nabywców uruchamia oszczędności z lokat, bo oprocentowanie depozytów nie zachęca do lokowania pieniędzy w bankach.

Agnieszka Grotkowska Freedom Nieruchomości Warszawa Śródmieście Rok 2015 był kolejnym dobrym rokiem na rynku nieruchomości. Średnie ceny utrzymywały stały poziom. Maleją różnice między cenami ofertowymi a transakcyjnymi, co świadczy o bardziej realnej wycenie nieruchomości ze strony właścicieli, ale też o mniejszej skłonności do obniżek. Przeciętna różnica między cenami ofertowymi a transakcyjnymi w naszym biurze wynosiła 6 proc. w przypadku mieszkań i 9 proc. w przypadku domów. Największym zainteresowaniem cieszyły się dwa pokoje w cenie do 300 tys. zł i trzy pokoje za 450500 tys. zł. Można powiedzieć, że rok 2015 był bardzo podobny do roku 2014. Nie zaobserwowaliśmy znaczących zmian na rynku, które w wyraźny sposób wpłynęłyby na wzrost lub spadek sprzedaży. W dalszym ciągu utrzymuje się wysoka sprzedaż na rynku pierwotnym. Deweloperzy przeżywają kolejny dobry rok, oddają coraz więcej inwestycji, rozpoczynają nowe projekty, a to pociąga za sobą duży popyt na działki pod osiedla. W dalszym ciągu przeważająca liczba transakcji wspierana jest kredytem, chociaż transakcje gotówkowe stanowią spory udział, ponad 30 proc. Zakup nieruchomości jest alternatywną formą inwestowania w czasach, gdy kredyty hipoteczne osiągają rekordowo niskie ceny, a oprocentowania lokat są bliskie 0 proc.

Joanna Lebiedź ReMax Action/Lebiedź Nieruchomości Mijający rok sprzyjał sprzedaży małych mieszkań (średni kredyt hipoteczny wynosił 212 tys. zł). Ceny w tym segmencie zachowywały się stabilnie, z niewielką tendencją wzrostową w samej końcówce roku. Sprzedaż mieszkań do 55 mkw. odbywała się płynnie. Natomiast segment lokali większych (powyżej 80 mkw.) oraz domów i działek nadal znajduje się w zapaści. Ceny domów i dużych mieszkań spadają. Na razie nic nie wskazuje na to, aby ta tendencja miała się odwrócić. Problemem w przypadku tego segmentu jest wysoka cena, a więc przy średniej wysokości kredytu droższe nieruchomości po prostu są dla Kowalskiego niedostępne. Drugim czynnikiem zniechęcającym potencjalnych zainteresowanych do zakupu domów są znaczące koszty utrzymania oraz ewentualne wysokie koszty dojazdu w przypadku domów zlokalizowanych na obrzeżach miast. Stosunkowo nieźle w 2015 roku radził sobie rynek najmów. Zarówno młodzież wchodząca w życie, jak i osoby przyjeżdżające do stolicy za chlebem w znaczącej mierze wybierają wariant wynajmu zamiast zakupu finansowanego długoterminowym kredytem hipotecznym. Decyzje takie są o tyle uzasadnione, że najemca nie wiąże sobie na szyi pętli kredytowej, co w przypadku zmiany miejsca pracy może za jakiś czas okazać się kłopotliwe. Poza tym dość duża podaż daje spore możliwości wyboru. Nie można też nie wspomnieć, że rok 2015 był dobry dla deweloperów. Pomocny był program MdM".

Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości To był dobry rok dla polskiego rynku nieruchomości. Pierwsze półrocze 2015 r. należało jednak do deweloperów. To oni skupiali na sobie zainteresowanie kupujących. Druga połowa roku przyniosła widoczne ożywienie na rynku wtórnym i zwiększenie liczby transakcji. Przyczyniła się do tego głównie nowelizacja programu MdM" wprowadzająca możliwość skorzystania z ulg przy zakupie mieszkania również na rynku wtórnym. Mniej zamożni klienci zaczęli rezygnować z zakupu mieszkań na rynku deweloperskim, poszukując tańszych ofert z dopłatą. Mieszkania używane stały się atrakcyjnym towarem szczególnie w tych miastach, w których ich pula dostępności w programie MdM" była największa. Ceny ofertowe już nie podlegały tak znacznym negocjacjom, a i lokale sprzedawały się szybciej. Klienci na rynku wtórnym kupowali najczęściej mieszkania 510-letnie, 12-pokojowe, do 50 mkw., w dobrych lokalizacjach i standardzie. Nabywali je na potrzeby własne i z przeznaczeniem na wynajem. Nie było dużego zainteresowania zakupem dużych lokali i apartamentów. Od lat rynek premium rządzi się swoimi prawami i wielu klientów na nim nie inwestuje. W tym roku dominowały inwestycje w mieszkania w tzw. segmencie popularnym, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.

Małgorzata Pressler Freedom Nieruchomości Olsztyn Rok 2015 przyniósł sporo zmian na rynku nieruchomości. Jedną z nich było ustabilizowanie się cen mieszkań, które w ostatnich latach systematycznie spadały. Podaż lokali była na podobnym poziomie, ale na rynku pojawiło się więcej kupujących. Również średni czas sprzedaży mieszkań skrócił się o kilka miesięcy. Początek roku przyniósł więcej niż zwykle transakcji gotówkowych. Klienci szukali nieruchomości pod inwestycje, głównie na wynajem. Powodem tego były m.in. niskie stopy procentowe, które zmobilizowały do poszukania innych alternatyw niż lokata w banku, o czym mówili sami kupujący. We wrześniu "MdM" objął też rynek wtórny. To spowodowało bardzo duże zainteresowanie mieszkaniami spełniającymi jego kryteria. Głównymi zainteresowanymi zaś byli single, pary oraz rodziny z co najmniej trójką dzieci. Ostatni kwartał był intensywny i zaowocował licznymi transakcjami, które w większości były kredytowane, w tym w ramach MdM". Na rynku wtórnym największym zainteresowaniem cieszyły się mieszkania 2- i 3-pokojowe w bardzo dobrym standardzie oraz nowym budownictwie. Mało atrakcyjne dla poszukujących okazały się mieszkania do remontu. Tego typu lokale musiały mieć odpowiednio niską cenę, ok. 3 tys. zł za mkw. w Olsztynie, aby zrekompensować koszty remontu i czas na jego wykonanie. Pośrednicy mieli w kończącym się roku ręce pełne roboty. Był to intensywny czas dla wszystkich stron na rynku nieruchomości.

Opinia Michał Krajkowski, główny analityk w firmie Notus Doradcy Finansowi Zgodnie z rekomendacją S w 2016 roku kwota udzielonego kredytu nie może przekroczyć 85 proc. wartości nieruchomości. Możliwe jednak będzie udzielenie kredytu w wysokości do 90 proc., pod warunkiem ubezpieczenia części brakującego wkładu własnego lub ustanowienia innego zabezpieczenia na papierach wartościowych lub oszczędnościach kredytobiorcy. Koniecznie trzeba jednak pamiętać, że o ostatecznym poziomie kredytu lub ewentualnych stosowanych zabezpieczeniach decyduje bank kredytujący. Rekomendacja S narzuca tylko minimalne wymagania, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby bank udzielający kredytu stawiał znacznie bardziej rygorystyczne wymogi. Możemy jednak przypuszczać, że część banków zdecyduje się na udzielenie kredytu z wkładem własnym na poziomie 10 proc. Myślę jednak, że najczęściej stosowanym zabezpieczeniem będzie ubezpieczenie brakującego wkładu własnego. Zastaw na papierach wartościowych NBP lub Skarbu Państwa czy zabezpieczenie na środkach zgromadzonych na IKE lub IKZE będzie rzadko stosowane przez banki, choćby z racji problemów ze zmianą wartości tych aktywów wynikających z ryzyka inwestycji w IKE/IKZE. Oczywiście nie możemy także wykluczyć, że część banków będzie wymagać 15-proc. wkładu własnego, nie stosując żadnych dodatkowych zabezpieczeń. Tak jak jest to w kilku bankach, które już od kilku lat wymagają 20-proc. wkładu własnego do kredytu. Z naszych informacji wynika, że co najmniej pięć instytucji deklaruje chęć udzielania kredytów z 10-proc. wkładem własnym przy zastosowaniu ubezpieczenia brakującego wkładu. Oznacza to, że możliwe będzie uzyskanie kredytu z wkładem własnym na dotychczasowym poziomie, chociaż może być to droższe niż dziś. Jednak podwyższenie kosztów kredytu będzie wynikać bardziej z wprowadzenia podatku bankowego niż ze zmian wynikających z zabezpieczeń stosowanych przy kredytach z niskim wkładem własnym.

Grażyna Błaszczak 21.12.2015 źródło: Rzeczpospolita http://www.rp.pl/Kupno-i-sprzedaz/312219907-Rynek-wtorny-dopiero-odzyl.html

 
1 | 2 |

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
doradca rynku nieruchomości, coach biznesu, bloger, analityk, wykładowca, think - tank, fan - muzyki, literatury, filmu, sztuki, architektury i biegania.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-09-25 17:18
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Nowelizacja Ustawy o gospodarce nieruchomościami podpisana
Świetny artykuł, ma Pan rację rzeczoznawstwo nie jest zawodem wybranym, jest jeden rynek, jest[...]
 
2017-09-14 20:37
Z.Maria do wpisu:
Będą chętni na drewniane domy
Witam Pana, Bardzo dobry komentarz i trafne spostrzeżenia. To może być dobry pomysł z tymi[...]
 
2017-09-06 20:46
Marek I. do wpisu:
Trudny wybór po ciężkiej walce
uczucie takiej walki na pewno nie raz niejednemu towarzyszące, mnie na pewno też. Czasem nie[...]
 
2017-09-02 14:10
Michoł do wpisu:
Inwestorzy podbijają ceny mieszkań
Pan Błeszyński może mieć rację, bo chciwość deweloperów na pieniądze jest nam znana od lat. Oby[...]
 
2017-08-31 22:14
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Trudny wybór po ciężkiej walce
Dokładnie tak - trafnie Pan to określił - ciężki życiowy wybór. Jak zachować w tym wszystkim[...]