Tomasz Błeszyński - od 2007 r. na blogu Money.pl
 Oceń wpis
   

Expo jednak nie dla Łodzi - opinie.

Tomasz Błeszyński - doradca rynku nieruchomości

Dotarliśmy do finału i godnie pokazaliśmy się na arenie międzynarodowej, ale niestety, nie udało się. Stąd pewne rozczarowanie. Jednak nie należy się załamywać i robić dalej swoje. Rewitalizacja, do której bardzo dobrze się przygotowaliśmy jest bardzo ważna i dzięki EXPO można było pokazać, jak to się robi.

Jeśli zaś chodzi o rynek nieruchomości w Łodzi, to nie będzie wielkiego trzęsienia ziemi. Rynek nadal będzie funkcjonował, natomiast rozpoczęte inwestycje będą kontynuowane. A to, dlatego że każdy inwestor mówiąc kolokwialnie pragnie zarobić.

Wystawa EXPO byłaby dodatkowym bonusem, który zdopingowałby inwestorów do dodatkowych przedsięwzięć. Niemniej nie spodziewam się, aby z powodu braku EXPO inwestorzy zaczęli uciekać z Łodzi.

Dziennik Łódzki  16.11.2017

Źródło: www.dzienniklodzki.pl

 
 Oceń wpis
   

Rosnące ceny gruntów i wykonawstwa oraz nowe prawo spędzają sen z powiek deweloperom. Ceny transakcyjne mieszkań idą w górę.

We wrześniu 2017 r. indeks Urban.one, przygotowywany przez Cenatorium specjalnie dla Pulsu Biznesu i Bankier.pl, wyniósł dla dużych miast 95,24 pkt., i był wyższy o 0,12 pkt. niż przed miesiącem.

- Zwyżka nie jest spowodowana jedynie wysokim popytem. Coraz częściej mówi się o mocnym wzroście kosztów wykonawstwa, który połączony z drogimi działkami pod zabudowę również wpływa na kształtowanie się cen transakcyjnych -  wyjaśnia Barbara Bugaj, starszy analityk ds. rynku nieruchomości w Urban.one. Według Michała Kubickiego, prezesa Unimax Development, od 2015 r. ceny wykonawstwa w Polsce wzrosły średnio o 30 proc.

- To skok niespotykany od 2007 r. Nakłada się na to chroniczny brak siły roboczej i nagminne żądania dopłat do kontraktów, zgłaszane generalnym wykonawcom przez podwykonawców wszystkich branż. Do tego dochodzą bardziej restrykcyjne warunki techniczne, dotyczące m.in. efektywności energetycznej budynków, które należy spełnić od 1 stycznia 2017 r. - mówi Michał Kubicki.

Dane Cenatorium wskazują również na znaczący wzrost cen gruntów pod zabudowę. We wrześniu wskaźnik Urban.one dla tego segmentu rynku poszedł w górę aż o 0,58 pkt.

- Gruntów nie przybywa, a Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa już szykuje nowe restrykcje. Rządowe Centrum Legislacji opublikowało dokument mówiący o tym, że jeśli choć jeden bok terenu o długości co najmniej 4 m nie graniczy bezpośrednio z zabudowaną już działką, nie będzie można się na nim pobudować. Projekt ustawy nie jest wersją ostateczną, dlatego też można przyjąć, że będzie mógł podlegać jeszcze modyfikacjom - tłumaczy Barbara Bugaj.

Według analizy Cenatorium warunki gospodarcze dla rynku gruntów pod zabudowę w najbliższych miesiącach się pogorszą. Tak twierdzi 50 proc. ankietowanych. 35 proc. uważa, że sytuacja się nie zmieni, a tylko 15 proc. oczekuje poprawy.

- Dramatyczny wzrost cen działek i niespotykany wzrost kosztów budowy będą bardzo mocno oddziaływać na zmianę cen mieszkań od początku 2018 r. albo już od czwartego kwartału 2017 r. Wobec planowanych przez rząd zmian w przepisach o planowaniu przestrzennym 2018 r. może być rokiem katastrofalnego kryzysu. Jeśli do tego dojdzie wzrost stóp procentowych w Eurolandzie i USA, to tąpnięcie będzie znacznie boleśniejsze niż po upadku Lehman Brothers. Czarny scenariusz może zmienić jedynie rozsądne prawodawstwo i utrzymanie stóp procentowych w Polsce na obecnym poziomie - uważa Michał Kubicki.

Dobrych prognoz nie ma także Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości, który uważa, że już mamy do czynienia z pompowaniem deweloperskiej bańki cenowej, która na początku przynosi efekt w postaci większej sprzedaży, ale w końcu odbije się negatywnie na rynku mieszkaniowym.

- Przewiduję początki bessy już w połowie 2018 r. - dodaje Tomasz Błeszyński.

Anna Gołas - Puls Biznesu

 
Foto: Tomasz Błeszyński
 
Dokąd płynie Łódź ? 2017-11-06 19:39
 Oceń wpis
   

Poniżej zamieszczam komentarz, który napisałem 11 lat temu. Nie miałem wtedy jeszcze bloga, tekst ukazał się na portalu dziennikarskim iThink.pl i innych mediach. Co się zmieniło w Łodzi przez ten czas? Czy postawione w komentarzu tezy okazały się trafne? Co zostało zrealizowane i jak jest teraz - niech czytelnicy ocenią sami?

Dokąd płynie Łódź?

Łódź tak jak inne miasta w Polsce jest miejscem, w którym można lokalizować inwestycje. Nie jest to szczególne zjawisko, decyduje tu po prostu czynnik ekonomiczny. W Łodzi jest jeszcze stosunkowo tanio. Począwszy od nieruchomości na pracownikach skończywszy. Firmy korzystając z chwilowego rozwoju gospodarczego szukają nowych tanich rynków. Wiadomo nie od dzisiaj, że po hossie przychodzi bessa.

Kilka lat temu wszyscy chcieli być w Warszawie i tak też się stało, Stolica jest bardzo droga i do tego pęka w szwach. Inne miasta już na tym dobrze skorzystały i korzystają Wrocław, Poznań, Kraków, Trójmiasto, ożywił się Śląsk. I w końcu inwestorzy dostrzegli Łódź.

Z jednej strony do dobry znak, ale z drugiej taki niekontrolowany i chaotyczny rozwój w dłuższej perspektywie może zaszkodzić miastu, które straci swój unikalny charakter.

Władze nie szanują lokalnych przedsiębiorców, którzy mają kapitał i chęci by go tutaj zainwestować. W konsekwencji tracą tylko czas i pieniądze. Ich cierpliwość po prostu się kończy i szukają możliwości robienia biznesu w innych miastach, bardziej otwartych na współpracę. Urzędnicy zachłystują się każdym zagranicznym inwestorem, a lokalnych przedsiębiorców związanych z Łodzią czasem i od pokoleń przeganiają od okienka do okienka od drzwi do drzwi. Robiąc tym wielką szkodę dla lokalnego środowiska biznesowego jak i dla mieszkańców miasta. Ciągle nie ma jasno sprecyzowanej strategii rozwoju miasta ani przychylnego klimatu inwestycyjnego. Łodzi od lat brakuje też spójnego programu architektonicznego, inwestycje są prowadzone wyrywkowo. Wiele do życzenia pozostawia też uchwalanie lokalnego prawa i polityka podatkowa i przestrzenna.

Zagranicznym firmom oddaje się najlepsze nieruchomości za śmieszne pieniądze pod nie zawsze przemyślane pod względem lokalizacji i architektury inwestycje. Koronnym przykładem jest zmarnowanie pięknie położonej w Centrum Łodzi wielofunkcyjnej działki na szpetny budynek biurowy Philipsa z wielkim parkingiem. A kiedyś mówiono mieszkańcom, że ma tam stanąć filharmonia, która byłaby obiektem reprezentacyjnym, ogólnodostępnym i ożywiłaby cały kwartał. A tak jednym ruchem zmarnowano nieruchomość i jeszcze dano ulgi podatkowe.

Drugim hitem łódzkich inwestycji jest umieszczenie fabryki Gillette na tyłach pięknie rozwijającego się od lat czystego osiedla mieszkaniowego Retkinia. Wybudowano fabrykę nie troszcząc się o sąsiedztwo, niedaleko położonych osiedli domów jednorodzinnych ani mieszkańców bloków. Z biegiem czasu dzięki tej inwestycji ceny nieruchomości mieszkaniowych w tym rejonie mogą nieznacznie spadać. Koncern na tym już skorzystał dostał dobrą działkę z infrastrukturą i niskie podatki.

Dlaczego tak się dzieje, ponieważ Łódź od 10 lat nie ma szczęścia do zarządzającego nią managementu, co pojawi się nowy prezydent, to serwuje nowe obietnice i koncepcje, które realizowane są często po omacku bez gruntownej wiedzy i umiejętności myślenia perspektywicznego. Co w przypadku inwestycji na rynku nieruchomości jest niezbędne. Inwestycje w nieruchomości wymagają, bowiem dobrego wieloletniego prognozowania. I tak wygląda dzisiaj to miasto jak krajobraz po urzędniczej bitwie, napchano w złych lokalizacjach super i hipermarkety, galerie handlowe, które cieszą się z takich lokalizacji nie martwiąc się przy tym o resztę tkanki miasta nawet tej wokół nich.

No i mamy miasto kontrastów. Ostatnio realizowane niektóre projekty deweloperskie w centrum miasta są tego doskonałym przykładem. Powstające tam tzw., lofty czy apartamenty budzą współczucie u architektów i specjalistów rynku nieruchomości. Ich lokalizacje są, bowiem nietrafione, a w perspektywie kilku lat właściciele tych teraz rzekomo upragnionych mieszkań stracą na ich wartości a banki hipoteczne przejmując te nieruchomości za długi nie będą bardzo zadowolone. Stara dewiza rynku nieruchomości mówi, że najważniejsza jest dla inwestycji dobra lokalizacja, lokalizacja i raz jeszcze lokalizacja.

Najpiękniejszy, czy najbardziej futurystyczny obiekt położony na  złej działce będzie po prostu śmieszny tak jak hotel wybudowany ostatnio przy zbiegu ulic Żeromskiego i Mickiewicza. Mam nieodparte wrażenie, że obecni inwestorzy nie interesują się tym, co będzie później, chcą tylko teraz bardzo szybko wybudować i sprzedać by zarobić jak najwięcej, korzystając z boomu, który sami zresztą sprytnie nakręcają, korzystając z mediów. Już szesnaście lat zajmuje się zawodowo rynkiem nieruchomości i znam z przeszłości podobne przykłady instrumentalnego traktowania rynku nieruchomości.

Co do rynku nieruchomości to nie przewiduje w ciągu najbliższych 2 lat znaczącego wpływu inwestycji zagranicznych na wzrost cen mieszkań, czy domów w Łodzi. Obecna gorączka cenowa i nadmuchany balon deweloperski na rynku mieszkaniowym będzie się stabilizował już w połowie 2007, a po 2008 kiedy wiele z zakładanych inwestycji deweloperskich nie wypali rynek odzyska równowagę. W lokale mieszkalne warto inwestować, ale po gruntownej analizie, zaufać specjalistom rynku nieruchomości i nie ulegać panice cenowej. Bo jak mówi znana reklama Po co przepłacać". W Łodzi nie ma wiodących dzielnic, każda ma w sobie coś dobrego i złego, teraz główną areną budowlaną jest szeroko pojęte Śródmieście, w innych realizowane są większe, czy mniejsze pojedyncze projekty.

Przewiduję, że rynek nieruchomości w 2007-2008 r. będzie czasem wzmożonych inwestycji indywidualnych jak i rozsądnych projektów deweloperskich w budowę domów mieszkalnych - jednorodzinnych. Zobaczymy, czy Łódź przyjmie to wyzwanie. Jeśli nie to naturalnymi terenami inwestycyjnymi będą ościenne gminy, które już maja lepsze lokalne prawo, podatki i są przyjazne dla mieszkańców.

Obecnie budowane mieszkania w obiektach pofabrycznych to nic nowego, koncepcję już w Łodzi lasowano 10 lat temu. Pomysł dobry, tylko nie może być tak realizowany jak te obecnie reklamowane obiekty. W starej substancji fabrycznej powstaną getta mieszkalne, na jednej działce mieszkać będzie 200 czy nawet 400 czy więcej rodzin. To koszmar, przypomina to czasy tzw. falowców, bloków o kilkunastu klatkach schodowych. Sprzedawane obecnie lokale są niestety do siebie podobne, ich funkcjonalność budzi wiele do życzenia. Czas okaże się dla nich bardzo surowym sędzią, atrakcyjność będzie spadać, wartość też. Radzę moim klientom by nie inwestowali w te koszmarki, ale nie słuchają, bo oferowana papka medialna jest silniejsza od zdrowego rozsądku.

Jest jeszcze jedno poważne niebezpieczeństwo. Deweloperzy obiecują w samym tylko Śródmieściu w ciągu dwóch lat wybudować ok 3000 mieszkań. Wprowadzenie tylu lokali na stosunkowo jednak biedny łódzki rynek nieruchomości spowoduje nie tylko spadek cen, ale i opłat za wynajem. Pamiętać trzeba, że wiele osób decyduje się na zakup mieszkania nawet na kredyt z myślą o długofalowej inwestycji i zarabianiu na wynajmie. Pojedynczy inwestor jakoś się przemęczy, a co zrobią  zagraniczni hurtownicy z Anglii, Hiszpanii, Irlandii, którzy kupili kilkanaście lokali, czy też fundusze inwestycyjne. Żeby je wynająć będą musieli obniżać stawki. Snobistyczne apartamentowce zasiedlać będą zwykli ludzie, których mieszkające tam Vip-y będą zmuszeni tolerować. Pryśnie jak bańka mydlana  sen o prestiżu, oferowanym obecnie w cenie mieszkania.

Rynek nieruchomości potrzebuje silnego wsparcia. Rozwój Łodzi uzależniony będzie od zapewnienia jej mieszkańcom stabilnego zatrudnienia, godziwych zarobków oraz dobrych warunków do życia. Infrastruktura komunikacyjna, sport, kultura, szkolnictwo, to niezbędne czynniki zapewniające standardy XXI w. Klimat polityczny nie może mieć wpływu na rynek inwestycyjny.

Łodzi pilnie potrzeba od zaraz dobrego sprawnego managera z charyzmą a nie politycznych graczy. A lokalni przedsiębiorcy, którzy są solą tej ziemi powinni być traktowani godnie. Wtedy Łódź będzie ziemią obiecaną raz jeszcze.

04.12.2006 r.  Tomasz Błeszyński - doradca rynku nieruchomości

Źródło: iThink.pl

 
 Oceń wpis
   

Rosnące ceny mieszkań w miastach skłaniają rodaków do migracji na peryferia.

Do 2030 r. liczba ludności w niektórych gminach podmiejskich może wzrosnąć nawet o 51 proc. - prognozuje GUS. Głównym powodem exodusu z miast jest czynnik ekonomiczny.

- Za cenę dwu-, trzypokojowego mieszkania w mieście można często zbudować 100 -150 -metrowy dom na przedmieściach - mówi Bartosz Turek, analityk Open Finance. W dodatku mieszkania na największych rynkach drożeją. W III kwartale 2017 r. zwyżek nie odnotowano tylko we Wrocławiu, natomiast w Trójmieście w porównaniu z poprzednim kwartałem wzrost wyniósł aż 23 proc.

Dwa razy mniej

Różnice w cenach domów i mieszkań zależą od lokalizacji. Według analizy portalu RynekPierwotny.pl, w Warszawie średnia cena 1 mkw. nowego lokalu wynosi około 7,7 tys. zł, natomiast na terenie powiatów graniczących ze stolicą za 1 mkw. domu od dewelopera trzeba zapłacić około 3,8 tys. zł. - Mamy, zatem do czynienia z dwukrotną różnicą cenową, która w ramach tego samego budżetu pozwala nabyć podmiejskie lokum o dwa razy większym metrażu - wskazuje Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Większym wzięciem cieszą się jednak domy z rynku wtórnego, którym przygląda się prawie 70 proc. potencjalnych nabywców. Według Domiporta.pl, około 42 proc. z nich chce kupić nieruchomości, za 350 - 450 tys. zł, a 15 proc. - do 150 tys. zł. - Druga grupa obiektów to oczywiście budynki w bardzo niskim standardzie, ale ich atutem jest to, że znajdują się na dość dużych gruntach. Inwestor nabywa, więc działkę ze starym domem, dzieli ją na połowę i ze sprzedaży jednej części finansuje modernizację albo budowę swojego domu - wyjaśnia Maciej Górka, ekspert portalu Domiporta.pl. Co ciekawe, kupujący na tym rynku mogą liczyć na spore upusty.

- Średni czas sprzedaży domów na rynku wtórnym wynosi obecnie 2 - 3 lata. Biorąc pod uwagę to, że na rynku kupuje się ostatnio głównie mieszkania, właściciele domów skłonni są do dużych obniżek, nierzadko sięgających nawet 20 - 40 proc. pierwotnej ceny - twierdzi Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości.

Na własną rękę

Wśród dążących do posiadania własnego domu najwięcej jest jednak samodzielnych inwestorów. Według danych GUS, w sierpniu 2017 r. liczba budów rozpoczętych przez Polaków w ostatnich dwunastu miesiącach wyniosła 93,7 tys., czyli najwięcej od września 2008 r., gdy było to 97 tysięcy. - Warto dodać, że rekord z 2008 r. padł krótko po tym, jak - według NBP - ceny mieszkań w największych miastach osiągnęły szczyt - zwraca uwagę Bartosz Turek. Samodzielne inwestycje są tańsze, ale pracochłonne.

- Preferują je raczej osoby z mniejszymi oszczędnościami, które budują etapami. Najpierw kupują działkę, później stopniowo realizują inwestycję. Czasem biorą kredyt albo sprzedają mieszkanie, by dokończyć budowę. Bywa, że takie przedsięwzięcia ciągną się latami do pełnego wykończenia wymarzonego domu. Projekty deweloperskie oferują gotową nieruchomość, bardzo często pod klucz, według gustu kupującego, ale są droższe o marżę - tłumaczy Tomasz Błeszyński.

Globalna tendencja

Życie na przedmieściach to standard w wielu krajach na świecie. W centrach miast rozwijają się handel, usługi, biura i hotele, tymczasem domy i mieszkania powstają w bardziej odległych dzielnicach albo w okolicznych miejscowościach, które stają się tzw. sypialniami. - Paryż ma 2,2 mln mieszkańców, a aglomeracja niemal sześć razy więcej. Tokio zamieszkuje 8,7 mln ludzi, podczas gdy cały zespół miejski liczy prawie cztery razy tyle. Największą aglomeracją w Polsce są Katowice - przy 300-tysięcznym mieście aglomeracja to prawie 2,4 mln osób - mówi Agata Stradomska, ekspertka RE/MAX Polska.

 Anna Gołasa - Puls Biznesu

Źródło: https://www.pb.pl/polacy-szturmuja-przedmiescia-874603

 Foto: Tomasz Błeszyński

 
Lokal z piekła rodem 2017-10-25 19:51
 Oceń wpis
   

Oferta mieszkań na wynajem jest coraz bogatsza. Ich część woła jednak o pomstę do nieba.

Kuchnia z toaletą między zlewem a lodówką, łóżko piętrowe z zamontowaną tuż pod nim wanną czy mieszkanie dla osób do 160 cm wzrostu - to tylko niektóre opisy ofert najmu. I to tych umiarkowanie szokujących. Są też takie, które trudno zobrazować słowami. Na jednym z portali społecznościowych powstała grupa, której uczestnicy wymieniają się spostrzeżeniami na temat najbardziej szokujących nieruchomości na wynajem. Wiele z nich mrozi krew w żyłach. Przykładem jest piwnica dla pary - bez okien i z toaletą nieopodal łóżka. W takim luksusie we Wrocławiu można zamieszkać za 1000 zł miesięcznie. W opisie zaznaczono, że jedną z zalet mieszkania jest bliskość Biedronki. Dużą wyobraźnią wykazał się też inny właściciel, który poinformował, że w jego lokalu pralki można używać wyłącznie w godz. 13 - 15, natomiast jedna osoba może korzystać z urządzenia tylko raz w tygodniu. W sieci można znaleźć też inne perełki, jak np. mieszkanie z wózkiem z supermarketu zamiast regału. Zdaniem Macieja Górki, eksperta Domiporta.pl, najdziwniejsze oferty pojawiają się w kategorii mieszkań, w których głównym atutem jest cena.

- Bezczelność właścicieli nie zna granic. Pudrują rzeczywistość, nazywając np. lokal ze starymi dywanami i boazerią mieszkaniem z przytulnym salonem. Dają mało zdjęć, by nie pokazywać od razu mankamentów, albo stosują obróbki graficzne, które je ukrywają. Nieprecyzyjnie podawana jest także cena mieszkania, o dodatkowych kosztach potencjalny lokator dowiaduje się dopiero na miejscu - opowiada Maciej Górka. Marcin Krasoń, analityk rynku nieruchomości w Home Brokerze, potwierdza: nie brakuje osób, które szukają naiwnych.

- Oczywiście tacy właściciele zdają sobie sprawę z tego, że wciskają komuś bubel, bo inaczej nie zamalowywaliby grzyba królującego na ścianie. Niektórzy takie wady mieszkania zastawiają meblami. Najczęstszym mankamentem jest niewielka powierzchnia i upakowanie na niej wszystkiego, co się da. Inna sprawa to lokalizacja. Ktoś, kto ma mieszkanie blisko torów, będzie starał się pokazać je potencjalnemu najemcy wtedy, gdy nie jeżdżą pociągi. Jeśli natomiast wewnątrz jest brzydko, to zaprosi do oglądania wieczorem - tłumaczy Marcin Krasoń.

Eksperci zwracają też uwagę, że Internet jest pełen ofert matrymonialnych, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi wspólny najem lokalu. Zdarza się, że właściciel wprost sugeruje, że cena zależy od uległości najemczyni i jej aparycji.

- Bezpruderyjność objawia się także okazywaniem skłonności ekshibicjonistycznych i wytycznymi dla nowego najemcy, że powinien po lokalu chodzić nago. Na szczęście społeczność najemców nagłaśnia i piętnuje takie praktyki. Powstaje wiele profili w mediach społecznościowych, w których wskazuje się podejrzane oferty, niektóre mają nawet kilkadziesiąt tysięcy użytkowników - tłumaczy Maciej Górka.

Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości, zwraca uwagę na jeszcze inne wymagania właścicieli.

Czasem kulturalnie, czasem prosto z mostu mówią, że małżeństwo z dziećmi przyjmą niechętnie, podobnie samotną matkę czy studenta, a obcokrajowca ze Wschodu w żadnym wypadku. Czasem jest jeszcze cały katalog życzeń i wymagań, dotyczących korzystania z mieszkania, sprzętu, potencjalnej aranżacji wnętrz, drobnych remontów czy liczby osób przebywających w lokalu - dodaje Tomasz Błeszyński. Mieszkania z piekła rodem zdarzają się jednak coraz rzadziej.

- Rynek najmu w Polsce od kilku lat dynamicznie się rozwija i zmienia. Panują coraz wyższe standardy, segment się cywilizuje. Coraz więcej wynajmujących robi to legalnie, płacąc podatki, rośnie standard mieszkań - twierdzi Marcin Krasoń.

W zapomnienie odeszły też czasy, gdy właściciel żądał od przyszłego najemcy opłat za rok czy nawet dwa lata z góry.

 - Było to standardem w ofertach z końca lat 90. Zdarzało się też, że właściciel mieszkania zachowywał komplet kluczy i zastrzegał sobie prawo wizytowania i lotnych kontroli. Pamiętam zdziwienie najemców, kiedy po wejściu do mieszkania znajdowali na stole owoce z działki właściciela albo jego pod prysznicem. Obecnie w ofertach znajdziemy mieszkania nowe albo po remoncie, czyste, nowocześnie urządzone, z zabudową AGD, pralką dobrej marki, suszarką, zestawem RTV, Internetem i ciekawymi meblami - mówi Tomasz Błeszyński.

Anna Gołasa Puls Biznesu

Źródło: https://www.pb.pl/lokal-z-piekla-rodem-874582

 Foto: Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Nad przygotowywanym przez Lasy Państwowe projektem wsparcia budownictwa drewnianego mnożą się głosy zachwytu.

Budownictwo drewniane w Polsce nie cieszy się popularnością. W Europie Zachodniej i państwach skandynawskich domy z drewna stanowią nawet 50 proc. wszystkich budynków jednorodzinnych, tymczasem - według danych Oferteo.pl - w Polsce w 2016 r. odsetek ten wynosił zaledwie 12 proc.

- Przyczyny należy szukać w przywiązaniu rodaków do tradycyjnego modelu budowy domu systemem gospodarczym, a także w praktykach stosowanych w latach 90. poprzedniego wieku. Domy drewniane w technologii szkieletowej stawiały wówczas osoby niewykwalifikowane, co skutkowało ich kiepską jakością i negatywnymi opiniami  - mówi Anna Roszczenko, dyrektor sprzedaży i marketingu w firmie Danwood, która produkuje domy z drewna.

Wsparcie dla M+

Promocja budownictwa drewnianego to jeden z celów nowego projektu Lasów Państwowych (LP). Zgodnie z nim, na zarządzanych przez leśników terenach (ale tylko tych, gdzie nie rośnie las) będą powstawały drewniane mieszkania na wynajem oraz hotele. Anna Malinowska, rzeczniczka LP, zapewnia, że inicjatywa ma być wsparciem dla programu Mieszkanie+.

- Nieruchomości będą budowane w prefabrykowanej konstrukcji szkieletowej. Obecnie trwają prace nad wyłonieniem optymalnych lokalizacji. Uruchomienie pierwszych inwestycji przewidziano na drugą połowę 2018 r. Więcej o samych domach będzie można powiedzieć po przeprowadzeniu szczegółowej analizy potrzeb. Na pewno będą to jednak budynki energooszczędne. Powinny powstawać z naturalnych, odnawialnych surowców, przy minimalnym nakładzie energetycznym potrzebnym na ich wytworzenie i użytkowanie. Jeśli chodzi o wielkość i standard decydować będą przede wszystkim uwarunkowania lokalne. Ze względu na specyfikę prowadzonej działalności program LP będzie dotyczył głównie mniejszych miejscowości i obszarów wiejskich - zapowiada Anna Malinowska.

Aprobata ekspertów

Zdaniem ekspertów, pomysł leśników stwarza szansę na promocję budownictwa ekologicznego i ustandaryzuje procedury budowlane dla tego rynku.

- Nasz kraj od wielu lat prowadzi aktywną politykę związaną z zasobnością drewna, dzięki czemu może pozyskiwać coraz więcej tego surowca na cele przemysłowe. Już w 2015 r. produkcja drewna sięgnęła prawie 19 mln m sześc. i nadal rośnie. Z ekonomicznego punku widzenia decyzja Lasów Państwowych jest jak najbardziej słuszna - twierdzi Maciej Górka z portalu Domiporta.pl.

Projekt popiera także Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości.

- Lasy Państwowe to bardzo duży podmiot gospodarczy, dysponujący m.in. drewnem z odzysku po nawałnicach, zapleczem technicznym w postaci tartaków do obróbki surowca, ale też wykwalifikowaną kadrą. Realizacja takich projektów może nie tylko przynieść wymierne wpływy do budżetu państwa czy dać nowe miejsca pracy, ale także ożywić nieużytkowane tereny, stanowiące atrakcję turystyczną i wypoczynkową - tłumaczy Tomasz Błeszyński.

Zdaniem Agaty Stradomskiej z agencji nieruchomości RE/MAX Polska, projekt ma bardzo duże szanse na ciepłe przyjęcie. Koszt wybudowania domu z drewna może być o około 1/3 niższy niż w przypadku domu tradycyjnego. Ogromne znaczenie ma też czas budowy.

- Po wylaniu fundamentu montaż jednorodzinnego całorocznego domu drewnianego może zakończyć się nawet w kilka tygodni. Kiedyś domy budowano z myślą o kilku pokoleniach, stąd przekonanie, że murowane będą lepsze i trwalsze. Dziś społeczeństwo jest bardziej mobilne, dlatego budując myślimy o komforcie własnego życia, a nie miejscu zamieszkania wnuków czy prawnuków. Z drugiej strony drewno, wbrew pozorom, to również trwały materiał, a zadbany dom może służyć nawet 100 lat - uważa Agata Stradomska.

Spokój deweloperów

Tuż po ogłoszeniu prac nad projektem w branży pojawiły się głosy, że może on odebrać część klientów deweloperom. Ci jednak w propozycji leśników nie widzą konkurencji.

- Po pierwsze, zakłada ona budowę drewnianych budynków jedno- i wielorodzinnych na terenach, które znajdują się głównie na obrzeżach miast czy terenach wiejskich. Tymczasem nasza działalność koncentruje się przede wszystkim na dużych miastach. Po drugie, budownictwo drewniane to obecnie raczej niszowy trend i rozwiązanie dla nielicznej grupy klientów - pasjonatów ekobudownictwa. Klienci być może chętniej wybraliby budownictwo drewniane jako bardziej naturalne, natomiast finalnie ich decyzja zakupowa będzie podyktowana ceną i położeniem. W związku z tym wybiorą budownictwo murowane w dobrej lokalizacji, z rozbudowaną infrastrukturą i siecią komunikacyjną - uważa Andrzej Gutowski, członek zarządu spółki Ronson Development.

 Anna Gołasa - Puls Biznesu

 
Foto:Tomasz Błeszyński
 
Wielka niewiadoma 2017-09-07 21:08
 Oceń wpis
   

Mimo rosnących cen Polacy nadal chętnie kupują mieszkania. Ten trend może się jednak wkrótce odwrócić.

W lipcu 2017 r. Indeks Urban.one, przygotowywany przez Cenatorium specjalnie dla Pulsu Biznesu i Bankier.pl, wyniósł dla dużych miast poza Warszawą 95,20 pkt., co oznacza, że w porównaniu z poprzednim miesiącem ceny mieszkań wzrosły o 0,04 pkt.

- W większości dużych miast w ostatnim czasie zwyżki były kilkuprocentowe. Choć marże kredytów mieszkaniowych poszły w górę, od kilku miesięcy rośnie popyt na kredyty. Oznacza to, że polepszyła się sytuacja materialna Polaków, co widać szczególnie na rynku pracy. Dobra koniunktura sprzyja poczuciu stabilizacji i ułatwia szybsze podejmowanie decyzji zakupowych. Perspektywa zmiany pracy na lepiej płatną również podsyca dobre nastroje potencjalnych nabywców. Potwierdzają to nie tylko dane o rosnących wynagrodzeniach czy spadającym bezrobociu rejestrowanym, ale także opracowany przez GUS wskaźnik koniunktury konsumenckiej, który w maju 2017 r. po raz pierwszy od 2005 r. przekroczył poziom zero i wyniósł 5,7 pkt. - tłumaczy Barbara Bugaj, starszy analityk ds. rynku nieruchomości w Urban.one.

Mocne ruchy

W pierwszym półroczu 2017 doszło do ożywienia w transakcjach kupna i sprzedaży mieszkań zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Lokale w rozsądnych cenach i dobrze położone sprzedają się szybciej niż przed rokiem. Tomasz Błeszyński, prezydent Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości, uważa, że wpłynęło na to kilka czynników: dostępne finansowanie z programu Mieszkanie dla Młodych, rozsądne oprocentowanie kredytów, dobra rentowność zakupów mieszkań na wynajem, a także poprawa koniunktury w gospodarce, a tym samym wzrost wynagrodzeń.

- To spowodowało, że Polacy chętniej ruszyli na zakupy. Co prawda oferty mieszkań z rynku pierwotnego nie są szczególne atrakcyjne, ale deweloperzy wyraźnie spuścili z tonu. Jeszcze kilka lat temu niemal wszyscy reklamowali się, że budują wyłącznie apartamenty. Teraz skoncentrowali się na mieszkaniach z tzw. segmentu popularnego. Stąd atrakcyjna cena metra kwadratowego i większa dostępność ofert na rynku - mówi Tomasz Błeszyński. Rekordowa sprzedaż budzi jednak obawy.

- Jej dalszy wzrost może zachęcić spółki deweloperskie do śmielszych podwyżek cen, co może zdestabilizować rynek mieszkaniowy i doprowadzić do bańki znanej z lat 2006-08. Konsekwencją mogłoby być przegrzanie rynku i pojawienie się problemów, które już obserwowaliśmy. Nie będzie to dobre dla sektora ani dla jego inwestorów, a tym bardziej dla kupujących mieszkania na własne potrzeby z udziałem kredytu hipotecznego. Gdyby nowa banka deweloperska się nakręciła, spowodowałaby też zwiększenie oprocentowania kredytów mieszkaniowych - twierdzi Tomasz Błeszyński.

Niektórzy uważają jednak, że poprzedni kryzys dał sektorowi dotkliwą nauczkę, dzięki czemu podejmuje racjonalniejsze decyzje. - W najbliższym czasie dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym utrzyma się i nie grozi nam bańka nieruchomościowa. Polacy zarabiają coraz więcej, niskie stopy procentowe zachęcają do skorzystania z kredytów, stąd duży popyt na mieszkania. Z drugiej strony - deweloperzy budują na potęgę, ale większość inwestycji jest przemyślana i zabezpieczona. Spółki odrobiły lekcję sprzed prawie dziesięciu lat - uważa Renata Osiecka, partner zarządzająca Axi Immo.

Lekko w górę

Kosmetyczne zmiany zanotowano w lipcu na rynku gruntów. W porównaniu z poprzednim miesiącem Indeks Urban. one wzrósł zaledwie o 0,02 pkt. i wyniósł 126,78 pkt. W porównaniu z lipcem 2016 r. zwyżka sięgnęła 5,16 pkt. Aż 60 proc. ankietowanych ekspertów uważa, że w kolejnych miesiącach warunki gospodarcze dla sektora nie zmienią się, zaś 25 proc. prognozuje ich pogorszenie.

- Rynek gruntów jest przegrzany, ceny budowy idą znacząco w górę, nie tylko ze względu na rosnące koszty wykonawstwa, ale także ostrzejsze normy energooszczędności. Poza tym liczba rozpoczynanych projektów powoduje wzrost cen stali, betonu i innych materiałów budowlanych. To może przynieść przesilenie cenowe, gdy stopy procentowe ruszą w górę, przez co zdolność kredytowa kupujących zacznie spadać - twierdzi Michał Kubicki, prezes Unimax Development.

Indeks cen transakcyjnych

Urban.one, przygotowywany specjalnie dla Pulsu Biznesu i Bankier.pl, przedstawia kształtowanie się cen transakcyjnych nieruchomości w Polsce. Indeks opiera się na wiarygodnych danych z państwowych źródeł zgromadzonych w bazie cen Cenatorium. Ceny transakcyjne są wynikiem kształtowania się popytu i podaży, dlatego są rzetelną informacją o sytuacji rynkowej. Indeksowi Urban.one towarzyszą prognozy ekspertów. Raport publikujemy, co kwartał. W gazecie podajemy jedynie wycinek danych, dlatego zapraszamy, na Pb.pl i Bankier.pl, gdzie jest więcej szczegółowych informacji i analiz dotyczących nieruchomości.

Anna Gołasa - Puls Biznesu
Foto:Tomasz Błeszyński
 
 Oceń wpis
   

Deweloperzy budują coraz więcej, a sprzedają coraz drożej. Nowe mieszkania rozchodzą się niemal natychmiast, ale popyt nie maleje i winduje ceny. Te są już na najlepszej drodze, by dogonić rekordy sprzed 10 lat.

O tym, że w Polsce powstaje w ostatnim czasie wyjątkowo dużo mieszkań, pisaliśmy w money.pl już wielokrotnie. Według danych GUS, tylko do maja rozpoczęła się budowa ok. 80 tys. lokali.

Od tego czasu deweloperzy wcale nie zwolnili. Jak podaje czwartkowa "Rzeczpospolita", tylko w drugim kwartale liczba ta wyniosła 61,8 tys. To wzrost względem poprzedniego kwartału o prawie 40 proc. O 17 proc. zwiększyła się liczba wydanych pozwoleń na budowę.

Najwięcej budów jest oczywiście w dużych miastach - przodują Warszawa, Wrocław, Łódź Trójmiasto czy Poznań. Wraz z podażą rosną jednak również ceny. Średnia za metr przez trzy miesiące wzrosła na przykład o 156 zł w Gdańsku, a 135 zł w Łodzi.

Z czego to wynika? - Po pierwsze, deweloperzy potrzebują coraz więcej działek inwestycyjnych. Tymczasem ich dostępność, za sprawą ustawy o ustroju rolnym, zmalała - zauważa Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

- Po drugie, w Polsce coraz bardziej brakuje rąk do pracy. Coraz szybciej rosną, więc stawki za usługi budowlane. Po trzecie, rynek wymusza na deweloperach budowanie coraz lepszych, energooszczędnych i ekologicznych nieruchomości. A to musi kosztować - wyjaśnia Jędrzyński.

Inna sprawa, że sprzedaje się też coraz więcej drogich nieruchomości w centrach dużych miast. Te traktowane są głównie, jako inwestycja. Na wynajmie można zarobić kilkukrotnie więcej niż na lokacie bankowej.

Prezydent Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości -Tomasz Błeszyński uważa, że sytuacja na rynku może zachęcić deweloperów do jeszcze większych podwyżek.

- A to może się skończyć destabilizacją rynku i znaną z lat 2006-2008 bańką - ocenia. - Przegrzanie rynku oznaczałoby problemy i dla inwestorów, i dla kupujących mieszkania dla siebie na kredyt. Obawiam się, że jeśli ta nowa bańka deweloperska urośnie, to zwiększy się oprocentowanie kredytów hipotecznych.

Jakub Ceglarz - money.pl
 
Foto: Tomasz Błeszyński
 
 Oceń wpis
   

Nowe lokale sprzedają się na pniu. Deweloperzy budują jak szaleni. Ceny idą w górę. A może być jeszcze drożej. Czy to już bańka?

Popyt na mieszkania nie spada. Firmy deweloperskie biją rekordy z kwartału na kwartał, z półrocza na półrocze, z roku na rok. Budują tak dużo jak nigdy wcześniej.
 
- Sektor budownictwa mieszkaniowego ma się bardzo dobrze - mówi Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Mieszkaniowych Związku Banków Polskich. - Systematycznie zwiększa się i liczba wydawanych pozwoleń na budowę, i liczba rozpoczynanych inwestycji. W drugim kwartale tego roku firmy dostały zgodę na budowę 70,4 tys. mieszkań, a rozpoczęły prace przy 61,8 tys. lokali. To więcej niż kwartał wcześniej o 16,9 i 39,8 proc. - podaje.

Ledwie nadążają

Nieruchomości idą jak woda. - Oferta mieszkań na rynku pierwotnym może się wydawać spora, ale zapotrzebowanie jest jeszcze większe - zauważa Marcin Uryga, analityk Emmerson Realty. - Firmy ledwie nadążają z dostarczaniem odpowiedniej porcji kolejnych mieszkań - ocenia.

Rynek nieruchomości nakręcają m.in. inwestorzy. Na wynajmie lokalu można zarobić sporo więcej niż na bankowej lokacie. Z analiz Home Brokera i portalu Domiporta.pl wynika, że średnia rentowność z najmu mieszkania w Warszawie to 5,6 proc. netto, w Katowicach - 6,58 proc., w Krakowie - 4,75 proc.

O superatrakcyjne mieszkania klienci mocno rywalizują. Średnie ceny idą w górę. W ciągu kwartału metr nowego mieszkania w Gdańsku zdrożał średnio o 156 zł, w Łodzi - o 135 zł, a w Warszawie - o 45 zł - podaje ZBP.

- Rynek akceptuje podwyżki, o czym jednoznacznie świadczą rekordy sprzedażowe - komentuje Marcin Uryga. - Mówiąc w dużym uproszczeniu, najbardziej drożeją mieszkania, których zakup może być stosunkowo bezpieczną i korzystną inwestycją. Wzrost i tak jest umiarkowany, biorąc pod uwagę ogromny popyt - ocenia.

Maciej Mączka, prezes Grupy Deweloperskiej Sento, potwierdza: - Na pewno zdrożały mniejsze lokale w atrakcyjnych miejscach - mówi. - Podwyżki średnich cen wynikają także z mniejszej liczby tańszych mieszkań dostosowanych do programu MdM" - dodaje. A Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl, twierdzi, że dziś nie ma mowy o klasycznej silnej hossie, jaka panowała na rynku mieszkaniowym przed dekadą. Wtedy lokale drożały z dnia na dzień, deweloperzy zrywali wstępne umowy z klientami, bo pojawiali się inwestorzy gotowi za zarezerwowane już mieszkanie zapłacić więcej. - Dzisiejsza 4-6 proc. zwyżka cen jest jednak istotna - przyznaje. - Jednoznacznym sygnałem, że stan na rynku jest bliższy stabilizacji niż typowej hossy, jest brak wyraźnej tendencji wzrostowej na głównym, stołecznym rynku nieruchomości - dodaje.

Jędrzyński zwraca jednocześnie uwagę na drożejące grunty. - Po pierwsze, deweloperzy potrzebują coraz więcej działek inwestycyjnych. Tymczasem ich dostępność, za sprawą ustawy o ustroju rolnym, zmalała - zauważa. - Po drugie, w Polsce coraz bardziej brakuje rąk do pracy. Coraz szybciej rosną, więc stawki za usługi budowlane. Po trzecie, rynek wymusza na deweloperach budowanie coraz lepszych, energooszczędnych i ekologicznych nieruchomości. A to musi kosztować - wyjaśnia.

Także Marek Szmolke, prezes firmy P.B. Start, mówi o coraz lepszym standardzie mieszkań. - Spójrzmy, jak wyglądają budynki, które powstawały pięć, dziesięć lat temu. Oczekiwania klientów rosną. Rosną też ceny materiałów i stawki za robociznę.

Więcej apartamentów

Na rynek trafia też coraz więcej mieszkań z wyższej półki. Chętnych nie brakuje. Zakup drogich nieruchomości ma odzwierciedlenie w średnich cenach transakcyjnych liczonych dla całego rynku.

Jakub Misiewicz, dyrektor warszawskiego oddziału agencji Północ Nieruchomości, zwraca uwagę, że najbardziej drożeją mieszkania wyceniane na nie więcej niż 400 tys. zł. - Na rynku wtórnym o 10-15 proc. więcej płacimy za lokale w kamienicach i blokach wybudowanych po 2000 r. - wskazuje. - Mamy wiele transakcji gotówkowych. Inwestycja w mieszkanie na wynajem krótkoterminowy pozwala osiągnąć ponad 10 proc. rentowność.

Według Tomasza Błeszyńskiego, prezydenta Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości, dalszy wzrost sprzedaży mieszkań może zachęcić spółki deweloperskie do bardziej śmiałych podwyżek. - A to może się skończyć destabilizacją rynku i znaną z lat 2006 - 2008 bańką - ocenia. - Przegrzanie rynku oznaczałoby problemy i dla inwestorów, i dla kupujących mieszkania dla siebie na kredyt. Obawiam się, że jeśli ta nowa bańka deweloperska urośnie, to zwiększy się oprocentowanie kredytów hipotecznych - prognozuje.

Rekordy w Łodzi i Gdańsku

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań z programu Mieszkanie+ Polacy nie przestają kupować nieruchomości - podkreśla Marcin Krasoń, analityk Home Brokera. Firma ta wraz z Open Finance stworzyła indeks cen transakcyjnych. Pod uwagę brane są transakcje przeprowadzone za ich pośrednictwem.

Z najnowszego raportu Home Brokera udostępnionego Rzeczpospolitej" wynika, że indeks osiągnął najwyższą od sześciu lat wartość. - Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. - podaje Krasoń. Analityk wyjaśnia, że rynek w Łodzi cechuje duża zmienność.

Rok temu średnia cena transakcyjna mkw. lokalu była wyjątkowo niska - wynosiła mniej niż 3,6 tys. zł za mkw. Dzisiejszy odczyt jest porównywany z tą niską bazą. - Za taką zwyżką stoi zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, cena transakcyjna rośnie - wyjaśnia Marcin Krasoń.

Piotr Kijanka, Grupa Deweloperska Geo - Za wzrost cen mieszkań odpowiadają większe zakupy inwestycyjne, co jest pochodną niskich stóp procentowych. Inwestorzy kupują najczęściej lokale w centrum lub blisko centrum miasta, gdzie ceny są wyższe niż średnia rynkowa. Na wzrost średnich stawek ma też wpływ kurcząca się oferta tańszych lokali z puli MdM". Poza tym rosną koszty budowy, bo drożeją grunty i robocizna. Transakcjom sprzyjają m.in. wzrost gospodarczy, rekordowo niskie bezrobocie i niskie stopy procentowe. W drugim półroczu najpewniej odczujemy kolejny niewielki wzrost cen, także na rynku wtórnym. Nie sądzę jednak, że jesteśmy blisko bańki nieruchomościowej. Bańka sugerowałaby przeszacowanie cen w oderwaniu od czynników makroekonomicznych, a tak nie jest.

Aneta Gawrońska - Rzeczpospolita

Źródło: http://www.rp.pl/Mieszkaniowe/308309870-Inwestorzy-podbijaja-ceny-mieszkan.html#ap-1

Foto:Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Czy kilkudziesięcioletnie mieszkania na wielkopłytowych osiedlach wytrzymają konkurencję?

Deweloperzy zalali rynek mieszkań, ale produkcja nowych lokali nie ustaje. Można w nich przebierać jak w ulęgałkach. Czy kilkudziesięcioletnie mieszkania na wielkopłytowych osiedlach wytrzymają jeszcze konkurencję?

Lokale w blokach z wielkiej płyty sprzedawały się zawsze i nadal będą się sprzedawać przekonuje - Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości z Łodzi. Jako pierwsze własne lokale kupują je młodzi ludzie. Wybierają je też starsze osoby, szukające mniejszych powierzchni na zagospodarowanych osiedlach, niedaleko apteki, sklepów, przychodni.

Dyktuje deweloper

W Łodzi metr wielkopłytowego mieszkania można dziś kupić już za 2,9 - 3 tys. zł. Najładniejsze lokale w zadbanych blokach kosztują nawet 3,5 tys. zł za metr zauważa - Tomasz Błeszyński. Są też zrujnowane lokale, których metr jest wyceniany na 2,5 tys. zł, ale nikt ich nie chce nawet oglądać dodaje. Dla porównania mieszkania deweloperskie kosztują w Łodzi 4 - 4,5 tys. zł za mkw.

W szczycie boomu z lat 2007 - 2008 wielkopłytowe mieszkania osiągały ceny 4 - 4,3 tys. zł za metr podaje - Tomasz Błeszyński. W górę ciągnął je rynek pierwotny, na którym metr lokalu był wyceniany na 5,5 - 6 tys. zł. Także dziś ceny dyktują deweloperzy. Rynek wtórny się do nich dostosowuje tłumaczy.

Doradca nie ma wątpliwości, że wielka płyta wciąż dobrze sobie radzi. Część bloków stoi prawie 50 lat, podczas gdy niektóre dziesięcioletnie budynki, reklamowane kiedyś jako apartamentowce, już się rozsypują opowiada -  Tomasz Błeszyński. Właściwie eksploatowane i konserwowane wielkopłytowe bloki mają szansę przeżyć współczesne budownictwo deweloperskie ocenia.

W Warszawie nastał boom na małe lokale. Zainteresowanie dwoma - trzema pokojami w cenie do 350 tys. zł jest na tyle spektakularne, że przestało mieć znaczenie, w jakiej lokalizacji lokal się znajduje i z jakiego materiału jest zrobiony mówi Joanna Lebiedź, właścicielka agencji Lebiedź Nieruchomości. Mniej więcej od końca czerwca tego roku małe lokale, w tym w blokach z wielkiej płyty, znikają błyskawicznie, czasem w ciągu jednego dnia. Kluczowa jest cena podkreśla.

Niektóre rodzaje mieszkań w budynkach z wielkiej płyty są wybierane przez klientów niezależnie od rynkowych realiów przyznaje Marcin Jańczuk z agencji Metrohouse. Są to kawalerki i mieszkania dwupokojowe, kupowane i dla siebie, i w celach inwestycyjnych. W ostatnich latach popularne stały się także lokale czteropokojowe, których metr można kupić po niższej niż rynkowa cenie. Takie mieszkania są wynajmowane na pokoje.

Marcin Jańczuk twierdzi jednocześnie, że wielka płyta, która może rywalizować ceną, standardem zaczyna odstawać od nowoczesnego budownictwa. W szczycie boomu w latach 2007 - 2008 wielkopłytowe mieszkania były mocno przeszacowane wspomina. Teraz takie lokale w Warszawie można kupić za mniej niż 5 tys. zł za mkw. Marne to pocieszenie, skoro deweloperzy kuszą cenami już od 5,5 tys. zł za metr dodaje. Według eksperta Metrohouse pojawi się presja na dalsze obniżki cen wielkopłytowych lokali.

Problem z dużymi

W Poznaniu nieźle sprzedają się małe mieszkania z wielkiej płyty. Jak mówi Jarosław Krajewski, pośrednik z firmy Ager Nieruchomości, metr niedużego zadbanego lokalu może być wyceniany nawet na 6 tys. zł. To mniej więcej tyle, ile wynosi czasem metr lokalu na nowym osiedlu.

Jeśli mieszkanie jest ustawne i funkcjonalne, ma dobry adres, problemu ze sprzedażą na pewno nie będzie zapewnia Jarosław Krajewski. Zdarza się, że ceny transakcyjne mieszkań w wielkiej płycie są wyższe niż ofertowe. Takie lokale chętnie kupują także inwestorzy. Doceniają dobrą komunikację, osiedlową infrastrukturę opowiada.

Gorzej jest z dużymi, 70 - 80-metrowymi mieszkaniami w blokowiskach. Koszty ich utrzymania są bardzo wysokie, wynoszą 800 - 900 zł miesięcznie. Klienci szukający większych lokali zdecydowanie wolą tańsze w utrzymaniu nieruchomości od deweloperów opowiada pośrednik z Poznania. Duże lokale w blokowiskach muszą więc tanieć. I tanieją. Dziś kosztują niewiele ponad 4 tys. zł za mkw.

Inwestorzy mieszkania z wielkiej płyty kupują także we Wrocławiu. Klienci chętnie je wybierają, bo są stosunkowo tanie. Duże wzięcie mają nieruchomości w śródmieściu. Spada jednak popyt na lokale na obrzeżach zauważa Karolina Jaworska z WGN. Średnia cena mkw. lokalu z płyty to 5,5 tys. zł.

Aneta Gawrońska Rzeczpospolita

Źródo: http://www.rp.pl/Mieszkaniowe/308089876-Tanieja-duze-lokale-z-plyty.html

Foto: Tomasz Błeszyński

 
 Oceń wpis
   

Spółki chwalą się bardzo wysoką sprzedażą mieszkań, jednak dobra koniunktura może się wkrótce skończyć.

Dobrymi wynikami szczyci się m.in. firma Ronson Development, której przychody w pierwszym półroczu przekroczyły 146 mln zł, co oznacza wzrost o 29 proc. r/r. Deweloper przekazał klientom 371 lokali wobec 276 przed rokiem. Zysk brutto ze sprzedaży wyniósł prawie 25 mln zł, tymczasem rok wcześniej było to niespełna 20 mln zł. Powody do zadowolenia ma także Grupa Lokum Deweloper, która w tym okresie sprzedała o 42 proc. więcej mieszkań, a liczba umów rezerwacyjnych na koniec czerwca 2017 r. była ponad trzykrotnie wyższa niż przed rokiem. Na brak zainteresowania kupujących nie może narzekać także warszawski deweloper Dantex, który tylko w II kwartale 2017 r. sprzedał 386 mieszkań (wzrost wyniósł 60 proc.).

Na pełnych obrotach

Zachęceni wysoką sprzedażą deweloperzy nie zamierzają zwalniać tempa budów. Z jednej strony to bardzo dobra wiadomość, bo Polska wciąż zmaga się z deficytem mieszkań. Aby dorównać średniej unijnej, powinniśmy oddawać do użytku co najmniej 240 tys. lokali rocznie. Jest jednak druga strona medalu - według ekspertów, choć rynek wydaje się stabilny ze względu na brak galopujących cen i zakupów spekulacyjnych, nie będzie rósł w nieskończoność.

- Wciąż silnym motorem rozwoju są klienci kupujący mieszkania za gotówkę, a podwyżka stóp procentowych to nadal pieśń przyszłości. W końcu jednak dojdzie do nasycenia nowymi mieszkaniami i jeśli deweloperzy nie zdążą na czas zareagować na zmianę, mogą zostać z niesprzedanymi lokalami, a wtedy będą zmuszeni do obniżek cen - ostrzega Marcin Krasoń, analityk rynku nieruchomości w firmie Home Broker. Jego zdaniem, poważnym problemem będą też kupione za spore pieniądze działki, których za godziwą cenę raczej nikt nie odkupi. Deweloperzy wydają się jednak tego nie obawiać.

- W kolejnych miesiącach będziemy kontynuować rozpoczęte inwestycje mieszkaniowe. W planach mamy także poszerzenie oferty w jednej z najpopularniejszych dzielnic stolicy. Nie spodziewam się załamania i zagrożenia nadpodażą w Warszawie. Nawet jeżeli za kilka lat rynek mieszkaniowy w jakimś stopniu się nasyci i straci dzisiejszą dynamikę, szansy upatruję w mieszkaniach na wynajem, które dają wyższe stopy zwrotu niż lokata bankowa, a jednocześnie są bezpiecznym i niemal bezobsługowym instrumentem finansowym -  mówi Marek Roefler, prezes Danteksu.

Może być różnie...
 
Duża dynamika sprzedaży mieszkań deweloperskich niepokoi natomiast Tomasza Błeszyńskiego, doradcę rynku nieruchomości, który uważa, że oferty, proponowane przez spółki są przeciętne, a nabywcy mieszkań są tak pochłonięci kalkulowaniem cen, rat kredytu i ewentualnych zysków z wynajmu, że nie zwracają na to uwagi.

- Obawiam się, że dalszy, chaotyczny wzrost sprzedaży mieszkań może zachęcić deweloperów do podwyżek, a to pomoże zdestabilizować rynek mieszkaniowy i doprowadzić do powrotu bańki cenowej z lat 2006-08 - ostrzega Tomasz Błeszyński. Podobnego zdania jest Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu Rynek- Pierwotny.pl.

- W perspektywie 2-3 lat nie należy obawiać się nadpodaży mieszkań deweloperskich i załamania koniunktury. Bardziej prawdopodobne jest zagrożenie sytuacją analogiczną do boomu z lat 2006-08, kiedy popyt napędzany łatwym kredytem doprowadził do niekontrolowanego wzrostu cen mieszkań do poziomu bańki spekulacyjnej. Cała nadzieja w doświadczeniu banków i deweloperów, których działania powinny skutecznie wyeliminować tego typu ryzyko - uważa Jarosław Jędrzyński. Optymistą jest natomiast Sławomir Horbaczewski, ekspert rynku nieruchomości, który uważa, że deweloperzy nie mają na razie powodów do obaw.

- Jak zawsze w gospodarce rynkowej, systematycznie odpadać będą ci, którym nie chce się dalej pracować i wolą zamieniać firmy na płynną gotówkę. Każda passa musi się kiedyś skończyć. Wiele jednak wskazuje na to, że na polskim rynku mieszkaniowym koniec nie musi być bliski ani nadmiernie gwałtowny. Deweloperzy są zbyt doświadczonymi graczami, stale śledzą rynek, analizują go pod każdym kątem, starają się patrzeć daleko do przodu. Oczywiście może się zdarzyć, że w okresie prosperity, niejako z rozpędu, nagle na rynku będzie nieco więcej lokali. Deweloperzy w ciągu kilku miesięcy powinni jednak przywrócić równowagę, choćby poprzez ograniczenie nowych budów czy odsunięcie ich w czasie lub poprzez odpowiednią politykę cenową - uważa Sławomir Horbaczewski.

Anna Gołasa Puls Biznesu
 
Foto: Tomasz Błeszyński
 
 Oceń wpis
   

Wokół nas powstaje coraz więcej nowych budynków. Deweloperzy nieustannie zalewają rynek mieszkaniami z pierwszej ręki. Jednak, choć możemy w nich przebierać i wybrzydzać do woli, to nie słabnie popularność kilkudziesięcioletnich mieszkań w blokach z wielkiej płyty. Czy chodzi wyłącznie o cenę ? A może o coś jeszcze ?

Jak to możliwe, że potępiane kiedyś osiedla z wielkiej płyty wytrzymają jeszcze konkurencję i wciąż cieszą się zainteresowaniem? Lokale w blokach z wielkiej płyty sprzedawały się zawsze i nadal będą się sprzedawać - mówi dla Rzeczpospolitej Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości z Łodzi. - Jako pierwsze własne lokale kupują je młodzi ludzie. Wybierają je też starsze osoby szukające mniejszych powierzchni na zagospodarowanych osiedlach, niedaleko apteki, sklepów, przychodni dodaje.

Przykładowo w Łodzi chętni na mieszkanie w bloku z wielkiej płyty zapłacimy dziś 2, 9-3 tys. zł za metr. Dla porównania, metr mieszkania deweloperskiego kosztuje w Łodzi 4-4, 5 tys. zł. Czyli tyle, ile kosztowały wielkopłytowe mieszkania w szczycie boomu z lat 2007/2008. Na rynku pierwotnym metr lokalu wyceniano na 5, 5-6 tys. zł. Dziś ceny dyktują deweloperzy. Rynek wtórny się do nich dostosowuje - wyjaśnia Tomasz Błeszyński.

Co warto też zauważyć, wbrew czarnowidzom część bloków stoi niewzruszenie prawie 50 lat, a niektóre nowe budynki rozsypują się już po 10 latach od wybudowania. To także przyciąga chętnych. - Właściwie eksploatowane i konserwowane wielkopłytowe bloki mają szansę przeżyć współczesne budownictwo deweloperskie - przewiduje ekspert.

W wielu większych miastach, np. w Warszawie największym zainteresowaniem cieszą się małe lokale (2 lub 3 pokoje w cenie do 350 tys. zł). I to niezależnie od tego, gdzie mieszkanie się znajduje i kiedy powstał budynek. Mniej więcej od końca czerwca tego roku małe lokale, w tym w blokach z wielkiej płyty, znikają błyskawicznie, czasem w ciągu jednego dnia. Kluczowa jest cena mówi Joanna Lebiedź, właścicielka agencji Lebiedź Nieruchomości. Niewielkie mieszkania są kupowane często również w celach inwestycyjnych, pod wynajem. Podobnie jak np. czteropokojowe, które również w ostatnich latach stały się popularne. W tak dużych lokalach metr kosztuje mniej niż cena rynkowa, a wynająć je można na pokoje.

Jak mówi ekspert Metrohouse, Marcin Jańczuk, wielka płyta może ponownie zacząć tanieć. Deweloperzy kuszą cenami już od 5, 5 tys. zł za metr, a więc pojawi się presja na dalsze obniżki cen wielkopłytowych lokali. Szczególnie, że standardem nadal odstają od rynku pierwotnego.

FAKT24.PL /Rzeczpospolita/
 
Foto:Tomasz Błeszyński
 
 Oceń wpis
   

Rosnąca sprzedaż na rynku pierwotnym jednych zachwyca, innych niepokoi.

W czerwcu 2017 r. Indeks Urban.one, przygotowywany przez Cenatorium dla Pulsu Biznesu i portalu Bankier.pl, wyniósł 95,85 pkt i był o 0,08 pkt wyższy niż miesiąc wcześniej. W porównaniu do czerwca 2016 r. ceny mieszkań wzrosły o 0,35 pkt.

Słupki w górę

W pierwszym półroczu 2017 doszło do ożywienia w transakcjach kupna i sprzedaży mieszkań zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym zauważają specjaliści od nieruchomości.

- Lokale w rozsądnych cenach i dobrze położone sprzedają się szybciej niż przed rokiem. Powodami są nadal dostępne finansowanie z programu Mieszkanie dla Młodych, w miarę rozsądne oprocentowanie kredytów, dobra rentowność zakupów mieszkań na wynajem, a także delikatna poprawa koniunktury w gospodarce, a tym samym wzrost wynagrodzeń. To spowodowało, że Polacy chętniej ruszyli na zakupy mieszkań - tłumaczy Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości.

Jak zauważa Jan Mickiewicz, rzeczoznawca majątkowy, na rynku pojawiła się także nowa grupa kupujących. To obywatele Ukrainy, pracujący w Polsce albo prowadzący tu własną działalność gospodarczą. Z badania przeprowadzonego przez Cenatorium, wynika też, że rośnie zapotrzebowanie na tereny pod zabudowę inwestycyjną.

- Zarówno w przypadku rynku mieszkaniowego, jak i komercyjnego największym powodzeniem cieszą się grunty w dużych ośrodkach miejskich i ich okolicach, gdzie wielkość rynków konsumenta i pracy decyduje o rozwoju inwestycji biurowych, magazynowych, a w konsekwencji także mieszkaniowych. Nowe obiekty komercyjne oznaczają nowe miejsca pracy, a stabilność zatrudnienia motywuje do zakupu mieszkań.

Elementem, który hamuje lub opóźnia sprzedaż gruntów, jest brak miejscowych planów, co w szczególności jest utrudnieniem dla inwestycji mieszkaniowych - komentuje Renata Osiecka, dyrektor zarządzająca Axi Immo.

Znak zapytania

Niektórych ekspertów niepokoi jednak szybki wzrost sprzedaży nowych mieszkań.

- Oferty wystawiane przez deweloperów nie są szczególne atrakcyjne, wręcz przeciętne. Kupujący zdają się tego nie zauważać, pochłonięci kalkulowaniem cen, rat kredytu i ewentualnych zysków. Obawiam się, że dalszy wzrost sprzedaży mieszkań może zachęcić spółki do podwyżek, to z kolei może zdestabilizować rynek mieszkaniowy i doprowadzić do bańki cenowej znanej z lat 2006-08. Konsekwencją mogłoby być przegrzanie rynku i pojawienie się problemów, jakie już wcześniej obserwowaliśmy. Nie będzie to dobre ani dla rynku, ani dla jego inwestorów - obawia się Tomasz Błeszyński.

Anna Gołasa - Puls Biznesu
 
Foto: Tomasz Błeszyński
 
Wynajmę halę inwestorom 2017-08-05 13:21
 Oceń wpis
   

 Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna chce aktywnie włączyć się w realizację projektów związanych z chińskim Nowym Jedwabnym Szlakiem.

Dziewięć inwestycji o łącznej wartości ponad 611 mln zł zadeklarowali w pierwszym półroczu inwestorzy w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej (ŁSSE). Pozwolą one na utworzenie prawie 430 miejsc pracy i utrzymanie prawie 1, 7 tys. istniejących. - Przyjęliśmy do strefy ciekawe projekty. Będą realizowane przez firmy polskie i zagraniczne, przez duże koncerny i rodzinne przedsiębiorstwa - zapowiada Marek Michalik, prezes ŁSSE.

Nowe przedsięwzięcia obejmują m.in. produkcję szkła, tworzyw sztucznych, płytek ceramicznych oraz jachtów i łodzi sportowych. Do tej pory w łódzkiej strefie, obejmującej 44 podstrefy o łącznej powierzchni prawie 1, 5 tys. hektarów, zrealizowano inwestycje o wartości 13 mld zł.

Największym tegorocznym projektem jest inwestycja spółki Euroglas, która w gminie Ujazd rozbuduje zakład produkcji szkła. Firma w czterech zakładach w Niemczech i polskim w Ujeździe produkuje m.in. szkło stosowane do systemów solarnych, laminowane i hartowane. W Ujeździe powstanie druga linia produkcyjna, przy której znajdzie zatrudnienie 120 osób. Przewidziane nakłady to 337 mln zł. Druga inwestycja pod względem wysokości nakładów to nowy zakład niemieckiej firmy Goldbeck mający produkować stalowe elementy nośne dla budownictwa w Lućmierzu na terenie gminy Zgierz. Będą to słupy stalowe, dźwigary kratownicowe i inne elementy dla branży budowlanej. Firma zainwestuje 105 mln zł i utworzy 100 miejsc pracy. Kolejne duże przedsięwzięcie to rozbudowa zakładu Grupy Tubądzin w Sieradzu. Produkowane są tam ceramiczne płytki podłogowe i fasadowe. Inwestor wyłoży na nową inwestycję 60 mln zł i zatrudni 21 osób. Pozostałe inwestycje, na które wydano zezwolenia w pierwszej połowie roku, będą realizowane przez firmy: Yamada Wenworth Development, Pojazdy Komunalne Gamon, BSH Sprzęt Gospodarstwa Domowego, Sirmax Polska, Cortizo i Cobra Yachts.

Strefa szykuje się także do zrealizowania własnego projektu. Przy ul. Telefonicznej wybuduje halę produkcyjno-magazynową, którą będzie wynajmować inwestorom. Powierzchnia działki pod inwestycję to ponad 3 hektary. Docelowo w hali powstanie 12 tys. mkw. powierzchni pod produkcję, logistykę, magazyny i biura.

- Strefa uzyska w ten sposób przychody z najmu, a także zyska silny oręż w staraniach o nowe inwestycje - ocenia Tomasz Błeszyński, ekspert rynku nieruchomości. Hala ma być gotowa w I kwartale przyszłego roku.

W planach ŁSSE jest zaangażowanie się w projekty związane z realizacją chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Strefa wspiera towarowe połączenie kolejowe Łodzi z Chengdu i planuje rozwój terminala przeładunkowego na łódzkim Olechowie. Aby znaleźć partnera do tych projektów, strefa zorganizowała w czerwcu misję gospodarczą do Chin. Jej zadaniem było także poszukiwanie chińskich inwestycji dla regionu. Spotkania z przedstawicielami biznesu oraz agend rządowych odbyły się w Pekinie, Wuxi, Szanghaju, Chengdu i w Changsha. - Do Łodzi przyjeżdża coraz więcej transportów z Chengdu. Łódź jest zauważalna dla Chińczyków na mapie Europy, a to potwierdza słuszność rozwijania i wzmacniania kolejowego połączenia z Chinami - twierdzi Michalik.

Jednym z warunków dalszego rozwoju strefy będzie pozyskanie nowych gruntów. Jeszcze w lutym ŁSSE złożyła w Ministerstwie Rozwoju wniosek o włączenie w jej granice nowych terenów w Piotrkowie Trybunalskim, Sieradzu, Łęczycy, Opocznie oraz w Rozprzy. Kolejny wniosek złożony w czerwcu przewiduje powiększenie istniejących podstref w Łodzi, Łęczycy oraz Wieluniu.

Adam Woźniak - Rzeczpospolita

 
                    Foto: Tomasz Błeszyński
 
 Oceń wpis
   

Od 2019 roku zmieniają się przepisy dotyczące rozliczania się z fiskusem z pieniędzy zarobionych na wynajmie mieszkań. Już nie wszyscy będą mogli wybrać niski ryczałt.

Ministerstwo Finansów proponuje wprowadzenie dla tej formy ograniczenia przychodów do 100 tysięcy zł rocznie.

- Rząd konsekwentnie uszczelnia system podatkowy. Co do zasady, w pierwszej kolejności dotyczy to tak zwanych dużych graczy, których stać na tak zwaną agresywną optymalizację podatkową - mówi Tomasz Zaleski, partner w kancelarii Kochański, Zięba i partnerzy, szef działu doradztwa podatkowego

A teraz resort finansów chce zmienić zasady dotyczące opodatkowania wynajmu mieszkań.

Jak przypomina gość radiowej Jedynki, do tej pory wynajmujący płacił 8, 5 proc. ryczałtu od uzyskanego przychodu.

Od 2019 r. ryczałt tylko dla dochodu z wynajmu poniżej 100 tys. zł

- Od 2019 r. fiskus chce ograniczyć ten przywilej tylko dla tych najemców, którzy uzyskują z tego tytułu dochody poniżej 100 tys. zł, wyjaśnia ekspert.

Dochód powyżej 100 tys. zł wg. skali podatkowej 18-32 proc., lub podatek liniowy 19 proc.

I kontynuuje, że ci, którzy uzyskają wyższe dochody z tego tytułu, będą rozliczani na zasadach ogólnych, czyli wg. skali podatkowej 18 i 32 proc., bądź mogą rozpocząć działalność gospodarczą w tym zakresie i wybrać podatek liniowy 19 procent.

Tomasz Zaleski uważa, że to rozwiązanie jest dobre, swego rodzaju równościowe.

Uzasadnia, że dochód powyżej 100 tys. zł jest w znacznym rozmiarze, nie jest pomocniczy, i wynajmujący powinien być traktowany tak jak inni podatnicy prowadzący działalność gospodarczą.

Czy nowe regulacje są niespójne z Mieszkaniem plus?

- Tomasz Błeszyński, prezydent Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości zauważa, że propozycja Ministerstwa Finansów jest niespójna i stoi w sprzeczności z programem Mieszkanie plus, przeznaczonych przecież na wynajem.

I przypomina, że rząd zachęca Polaków do wynajmowania mieszkań. A ponadto od dwóch lat, to właśnie wynajem mieszkań stał się alternatywa dla lokat bankowych. Średnia rentowność wynajmu to ok. 6 procent.

- A lokaty bankowe to maksymalnie 2 procent - przypomina Błeszyński.

Grozi nam czarny rynek wynajmu?

Jego zdaniem nastąpi powrót do czarnego rynku wynajmu.

Przypomina, że 8, 5 procentowy ryczałt miał zachęcić do legalnego, zgłaszanego fiskusowi, wynajmu.

- Podniesienie danin z tego tytułu może oznaczać powrót do starych czasów - wynajmowaniu bezpłatnie dla "wujków, braci czy szwagrów", mówi gość Polskiego Radia.

W Polsce dochody z wynajmu mieszkań ma - jak się szacuje - prawie pół miliona ludzi.

Ten rynek ma duży potencjał wzrostu. W mieszkaniach wynajętych na warunkach rynkowych mieszka w Polsce około 5 procent ludzi. W Niemczech - ponad 40 procent.

Aleksandra Tycner - Polskie Radio - Jedynka

Źródło; http://www.polskieradio.pl/42/277/Artykul/1791518,Fiskus-ograniczy-ryczalt-przy-wynajmie-mieszkan-Wroci-szara-strefa

Foto: Polskie Radio - Jedynka

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

Najnowsze wpisy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



 
doradca rynku nieruchomości, coach biznesu, bloger, analityk, wykładowca, think - tank, fan - muzyki, literatury, filmu, sztuki, architektury i biegania.
 


      



Najnowsze komentarze
 
2017-11-18 08:53
mam w głębokim poważaniu gigantomanie... do wpisu:
Expo jednak nie dla Łodzi
Byłoby jednak milej, aby miast walczyć z wiatrakami połatać dziury w jezdniach na Wojska[...]
 
2017-11-17 15:19
pieniadze do wpisu:
EXPO 2022 Łódź
Wynik bardzo dobry. Praktycznie wygraliśmy ale sądzę, że przeważył argument niemerytoryczny tj.[...]
 
2017-11-15 19:08
Tomasz Błeszyński do wpisu:
EXPO 2022 Łódź
Polska nie zorganizuje International EXPO 2022 Poland w Łodzi. Wystawę zorganizuje stolica[...]
 
2017-11-07 15:38
angling do wpisu:
Dokąd płynie Łódź ?
Tak jest potencjał na 10 lat pracy dla eksperta dobrego. W pozytywnym sensie - jest co[...]
 
2017-09-25 17:18
Andrzej z Warszawy do wpisu:
Nowelizacja Ustawy o gospodarce nieruchomościami podpisana
Świetny artykuł, ma Pan rację rzeczoznawstwo nie jest zawodem wybranym, jest jeden rynek, jest[...]